jesień fetyszysty


mama: Chciałabym sobie zrobić dziarę.
ja: Zaprojektować ci coś?
mama (ucieszona): Nooo!
ja: A co byś chciała?
mama: Nie wiem. Może jakiś motyw zwierzęco-roślinny?
ja (bez zastanowienia): Ropuchę z cytryną?

Byliśmy wczoraj odwiedzić swoją ziemię. Zajrzeliśmy też do sąsiadów. Dali nam tyle warzyw i śliwek, że z trudem upchnęliśmy je w sakwach.

zrobić miejsce, poprosili
żeby mogli wynieść z, no
to przestawiliśmy kosz i pudło
i wynieśliśmy jakieś śmie
śmieci

cyk, powiedziały drzwi
szczęk, powiedziały nosze
proszę zabrać dzieci
powiedzieli

tutaj dzieci, chodźcie
powiedzieliśmy
nie patrzcie, nie wychodźcie
a myśmy patrzeli

puk, powiedziały, powiedziało, po
o po
(może nie dało się nie
no już, to nic
to było lekko, no)
o podłogę

ziuut, powiedział suwak
od worka na zło
zwłoki
(worek był biały)

pasy nic nie powiedziały
jak przypinali
(na górze, na dole, po
pośrodku)

dzyń, powiedziała winda
jak się zmieścili?
dziecinnie proste, po
postawili

a więc to
to się robi
kiedy człowiek staje się ciałem
z którym trzeba coś zro


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zdjęcie zrobił
najprawdopodobniej dziadek Bubu.

Opowiadam terapeutce, że staram się sobie tego nie robić. Nie rugać się w myślach za każdy błąd, nie mówić sobie, że jestem beznadziejna, gruba, głupia, że nie mam racji, nie dam rady, że znowu coś spieprzyłam albo źle powiedziałam, albo czegoś nie dopilnowałam i teraz wszyscy mnie nienawidzą, odwrócą się ode mnie, porzucą mnie i wyrzucą z pracy, że jestem chujową kierowczynią, bo źle przejechałam skrzyżowanie, i na pewno nie zamknęłam domu i nie zakręciłam gazu, więc będzie wybuch, pożar i włamanie, i to wszystko jest i będzie moja wina. Ale to jest trudne, nie bardzo wychodzi, więc – opowiadam jej – złoszczę się na siebie, że mi nie wychodzi, że ciągle sobie to robię, chociaż wiem, że to nieprawda, co sobie mówię, i tak dalej, i tak dalej.
– To niech pani myśli o tym nie jak o czymś, co pani sobie robi, tylko jak o czymś, co się pani dzieje. Bo pani została nauczona myśleć o sobie w ten sposób.
Więc od wczoraj, jak tylko sobie coś niemiłego o sobie pomyślę, to mówię sobie:

I działa. Nie wiem, co terapeutka powie na tę metodę, ale chyba naprawdę działa.

Dziś, teraz. Ciepły wiosenny wieczór. W-wa, bloki, za oknem kilku mężczyzn. Piją piwo, rozmawiają. Jeden ma bardzo dźwięczny głos, melodyjny, leniwy, i mówi, jakby śpiewał.

Niech będzie nas dwóch, nie przeżyje. Niech będzie nas trzech, nie przeżyje. Niech będzie nas czterech, nie przeżyje. Niech będzie nas pięciu. Niech będzie nas pięciu.
Cały czas niech chodzi dalej. Cały czas niech chodzi dalej.
Ale zesrać się, ale srać na niego. Normalnie na kamerach. Normalnie na kamerach go kurwa. I tego bejsbola łam mu na dupsku. I tego bejsbola kurwa.

No pij to kurwa piwo, pij piwo. Co jest, kurwa ty? Co jest, ja pierdolę. Ja nie chcę.
Dobra weź mi piwo. Powiedz, że to nie jest dla ciebie, że to jest dla wujka. Dla brata powiedz, dla brata.
Małolat dawaj. Widziałeś go? Małolat dawaj. Ale będzie wkurwiony. Ale będzie wkurwiony, jak przyjdzie, ty.
Sprzedali ci colę? Sprzedali ci colę? Spierdalaj.
Ale dlatego kurwa i dlatego kurwa, dlatego go widziałem. I mówię, ty weź kurwa, ty weź się kurwa.

Normalnie w ramach podziękowania puszczam im właśnie Jarretta.

Zbliżam się na rowerze do przejazdu rowerowego z przejściem dla pieszych obok. Jest czerwone. Przed przejazdem stoi jakaś starsza pani z siatkami. Zatrzymuję się za nią i trąbię. Wolę ostrzec od razu, żeby potem, kiedy światło się zmieni i ruszymy, nie spłoszyła się nagle i nie wskoczyła mi pod koła. Pani się odwraca, ja uśmiecham się do niej zachęcająco.
– Co pani?! – krzyczy pani.
– Tu jest przejazd rowerowy.
– Co pani trąbi!? – krzyczy pani, nie ruszając się z miejsca.
– Tu jest przejazd rowerowy. Przejście dla pieszych jest tam.
– A pani to tak dobrze jeździ?! – krzyczy pani, stojąc tam, gdzie stała. – Ja widziałam, co wy wyrabiacie!
– Ja stoję na przejeździe dla rowerów.
– Ja mam chore serce! Mogłam dostać zawału!
– Gdybym w panią wjechała na tym przejeździe, dostałaby pani bardziej.
– Pani… – mówi pani z oburzeniem – pani jest nieczłowiekiem!

Więcej (ale niedużo) tu.

Útburðarvæl. „W Islandii – mówi w rozmowie z Adamem Pluszką Jacek Godek, tłumacz Lindy Vilhjálmsdóttir – jeszcze długo po konwersji na chrześcijaństwo panował zwyczaj, że niechciane dzieci wynosiło się z domu i zostawiało na zimnie”. Útburðarvæl to płacz takiego dziecka.

W pobliskim urzędzie pocztowym do bogatego asortymentu wystawionych na sprzedaż rzeczy do niczego niepotrzebnych i najbrzydszych na świecie doszły jakiś czas temu książki o tematyce, jak można wnosić po tytułach i okładkach, patriotyczno-historycznej. Do przepisów siostry Anastazji i wspomnień śmiertelnie chorych księży dołączyli rozmaici husarze i żołnierze wyklęci. Dziś w okienku numer 1 w oczy szczególnie rzucał się Dotyk Katynia. Czarna sylwetka mężczyzny w czapce z daszkiem, w kark wbija się trzymany przez czarną rękę pistolet, czerwone tło, duże beżowe litery. No dobra, 356, oczekujących 12.
Do okienka podchodzi jakiś mężczyzna.
– Dzień dobry, ja po pfesyłkę.
Pani z poczty idzie na zaplecze.
– I co, i co? – pyta niecierpliwie dziewczynka w wieku na oko późnoprzedszkolnym. – Mas jus psesyłke?
– Ale ty nie fepleń, ja cię bardzo profę – strofuje ją mężczyzna. – Mówi się „pfesyłkę”, a nie „psesyłke”.
– Pfesyłkę. A co on mu robi? – Dziewczynka dotyka palcem okładki Dotyku Katynia. – Scela go?
– Tak, fcela go.
– A cemu?
– Bo tak.

Więcej tu.

wewte »