Lola Amatorka


Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Lola starała się nie patrzeć w lustro, zamontowane nad blatem jakby specjalnie dla tych, którzy piją w samotności.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – zakończył Lolek, kiedy powiedział, co miał do powiedzenia.
– Tak – Lola skubała etykietkę na wypitym do połowy piwie – jasne. Ja jeszcze trochę zostanę.

Bar dworcowy w Olsztynie siedemnaście lat temu był chyba dość szary, a przynajmniej tak go Lola zapamiętała. I pewnie przyjemnie chłodny, bo wielkie brudne szyby nie wpuszczały do środka sierpniowego słońca. Dostali herbatę w szklankach ze spodkami i smutne mieszadełka – białe plastikowe patyczki zakończone przekreślonym zerem, które po włożeniu do wrzątku trochę się wyginały.
Lola patrzyła, jak Ola słodzi, miesza i dociska torebkę z fusami do dna. Skrzywiła się; to z torebką było prawie tak nieprzyjemne jak dźwięk piszczącej po tablicy kredy. Bordowy lakier na paznokciach Oli w paru miejscach już się łuszczył. Dziewczyny miały taki wakacyjny patent; szlajały się zwykle byle gdzie i spały po kempingach bez ciepłej wody – a jak się pomaluje na ciemno, zdradziły Loli, to nie widać brudu za paznokciami. Bardzo sprytne, powiedziała wtedy.
Ola wyjęła torebkę i położyła ją na spodku. Oblizała mieszadełko, popukała nim w szklankę, w stół i w spodek i zaczęła je wyginać. Biały plastik najpierw się poddał i zgiął, a potem złamał z cichym pyk. Loli zrobiło się smutno.
– Może przyjedziecie do mnie, jak wrócimy? – zaproponowała. – Ojca nie ma.
– Wszyscy? – zapytały Ela i Lala.
– Pewnie. Moja mama was lubi. A ciebie – spojrzała na Lolka – na pewno polubi.

Zostali do końca wakacji. Wieczorami pili z mamą Loli, a mama Loli opowiadała im historie o zdradach, porodach i życiu. Najciekawsze – te, które Lola już znała, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz – jak była porządnie wstawiona; podnosiła wtedy brwi w sposób, którego Lola nie lubiła, poprawiała się na skrzypiącym leżaku i oznajmiała: „Coś wam powiem. Ale tak naprawdę”. Za dnia dziewczyny malowały, Lola pisała na maszynie, brat Loli rozmyślał i cierpiał, a Lolek siedział w mansardzie przy kuwecie i czytał stare dwutygodniki. To było trochę dziwne, Lola nigdy nie widziała, żeby ktoś w jej wieku czytał prasę, a nieaktualne gazety przygnębiały ją chyba jeszcze bardziej niż suchy chleb.

I Lolek został w zasadzie już tak w ogóle. Zdecydowała o tym najprawdopodobniej krótka wymiana zdań.
– Wiesz – zwierzyła mu się Lola – wydaje mi się, że nie umiem rozmawiać z ludźmi. Jak mnie ktoś pyta, co słychać, to odpowiadam, ale nigdy nie pamiętam, żeby na końcu dodać „A co u ciebie?”.
Lolek uśmiechnął się jak człowiek, który właśnie znalazł coś, w czego istnienie nie wierzył.
– Ja też!

Przyjeżdżał codziennie, pomagał Loli posprzątać i pozmywać, wypijał herbatę i kładł się na materacu pod kocem; Lola mówiła, a on odpowiadał kojącym, coraz bardziej sennym „Mhmmm”. Albo siedzieli i czytali, Lola książki, a Lolek te swoje gazety. Mogła z nim nie rozmawiać i było dobrze. Zaakceptował go nawet Loli ojciec. Jak pytała, czy Lolek może przyjechać, zawsze się zgadzał. Tylko raz zareagował dziwnie.
– Tato – zapytała Lola – czy mogę na piątek zaprosić Lolka i Chudego?
– Obu naraz? – zdziwił się ojciec Loli.
– No, tak. A co?
– A nic w sumie. Nie ma sprawy. Myślisz, że w sobotę mogliby mi pomóc z drewnem?

Ale Lola i Lolek byli przyjaciółmi. Bo może Lola i była po ojcu puszczalska, ale przyjaciół też miała. Wymieniała się z Lolkiem szklanymi kulkami i kraciastymi chustkami do nosa, przegrywali sobie kasety, jeździli razem na wakacje i tak dalej. Przyjaźń. Lola myślała wprawdzie, że z Lolkiem jest coś trochę nie tak, bo jakby w ogóle nie miał uczuć – wszyscy byli wtedy młodzi i nieszczęśliwie zakochani, niektórzy nawet pisali słabe wiersze (Lola znalazła jeden w książce pożyczonej od Łysego, ale akurat o starości, nie o uczuciach), a Lolek nic, ani słowa, że ktoś mu się podoba, że się z kimś spotyka czy coś – ale w zasadzie po co człowiekowi uczucia i słabe wiersze, prawda?

Minęło jakieś siedem lat, Lola zdążyła mieć iluś chłopaków i złamane serce, wyprowadzić się do innego miasta, skończyć studia i wrócić. Siedziała właśnie z Lolkiem w Café Autodafé i marudziła („Kurde, co jest? Czy piwo się robi coraz gorsze, czy ja jestem już stara? Przecież to smakuje normalnie jak woda od groszku z puszki”), kiedy przyszedł esemes. Lola zasadniczo szanowała prywatność innych ludzi i nie zaglądała im w komórki, ale telefon Lolka leżał na stoliku tuż przed nią, więc komunikat „Nowa wiadomość od JUTRO” przeczytała właściwie odruchowo. Spojrzała na Lolka zdziwiona.
– Jutro? Kto to jest Jutro?
Lolek chrząknął, poprawił się na krześle i zapalił papierosa.
– Bolek.
Bolek, przyjaciel Lolka, szalony chirurg. Bardzo go lubiła. Kiedy się po raz pierwszy spotkali, jakoś przed rokiem, akurat pokazywał jej młodszej siostrze złapanego w krzakach zaskrońca. Trzymał go za ogon, za koniec, a reszta wiła się w powietrzu.
– Ale czemu Jutro?
Lolek przez chwilę jakby coś rozważał. Potem strzepnął popiół i wyjaśnił, nie patrząc na Lolę:
– Od roku jesteśmy razem. Poznaliśmy się, jak chodziłem po klubach. Umawiałem się z różnymi kolesiami, przeważnie narąbany. Żeby mi się nie pomieszało, zapisywałem numer telefonu jako datę następnego spotkania. Wiesz, „Sobota 17.30”, „12 maja”, „Pojutrze”.
– Jezu, jak dobrze – powiedziała Lola, która od „jesteśmy razem” w zasadzie go nie słuchała. Naprawdę jej ulżyło, ale teraz gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, czy nie opowiadała przy nim jakichś dowcipów o pedałach. – Ty jednak jesteś normalny.

Zaczęła chodzić z Lolkiem na występy drag queen, parady i Warlikowskiego. Raz pojechali na działkę do Pawcia, gdzie oprócz Loli byli sami geje i dwie lesbijki, i wszyscy jej powtarzali, żeby się nie martwiła, że ją tolerują, że ją nawet akceptują, chociaż są zdania, że seks między osobami różnej płci jest obrzydliwy, ale dopóki się z tym nie afiszuje, to spoko.
No i Bolek. Bolek był wolny, szalony i genialny, miał adehade i skrzypiące schody w świątyni umysłu, myślał o stu rzeczach naraz i bez przerwy to na bieżąco relacjonował, wszystko, co robił, robił kosmicznym mimochodem i niczego nie oceniał – jakby wszystko miało tę samą wartość albo jakby wszystko było w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Lolek tymczasem został urzędnikiem i chyba dlatego był coraz bardziej zasadniczy.
– Bo tobie nic nie można powiedzieć – wyrzucał Loli. – Żyjesz w swoim świecie i nie przyjmujesz żadnej krytyki.
– Ale o co ci chodzi? Coś zrobiłam nie tak? – zapytała Lola nerwowo i sięgnęła po papierosy.
Trochę się bała życia w swoim świecie. Jej ojciec tak żył i nie przyjmował żadnej krytyki, i jak mama Loli chciała Loli dokuczyć, co się stosunkowo często zdarzało, to mówiła „Jesteś dokładnie taka jak twój ojciec”.
Lolek spojrzał na nią krzywo.
– Chodzi mi o ostatnią imprezę.
– Ale że co?
Przypaliła, trochę drżały jej dłonie.
– Jak to co? Nie pamiętasz? No tak. No pewnie, że nie pamiętasz. Strasznie się narąbałaś. Kleiłaś się do ludzi, a tam były same ciotki. I wszyscy się dziwili i pytali „Jezu, kto to jest?”. A ja bez mrugnięcia okiem mówiłem „Moja przyjaciółka”. Bez mrugnięcia okiem – powtórzył i spojrzał na nią wyczekująco.
Lola zaciągnęła się i wydmuchała dym.
– Dziękuję – odpowiedziała, patrząc w okno. – Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.

A później Lolek zerwał z Bolkiem. Odchodził parę razy, ale łamał się i wracał, aż w końcu odszedł na dobre. Trochę Loli powiedział, ale – jak mówił – nie wszystko, bo wie, że ona Bolka lubi, i nie chciał jej robić przykrości. Loli było smutno, że stało się, jak się stało, ale uznała, że Lolek chyba podjął właściwą decyzję. Że chyba nie było innego wyjścia.
Zrobiło się dziwnie. Lola widywała się i z Lolkiem, i z Bolkiem, każdy opowiadał jej swoją wersję zdarzeń, a ona czuła się trochę jak dziecko z rozbitej rodziny; chociaż akurat jej rodzice po rozwodzie właściwie się nie rozstali, a jak nowa żona ojca umarła, to znowu wzięli ślub, więc nie była do końca pewna, czy wie, jak to jest.

I wtedy zaszła w tę ciążę z Ponurym Monterem, Operatorem Fotoplastikonu albo Księdzem po Kolędzie i dowiedziała się, że płód cierpi na nieuleczalną depresję. I cierpiał, i zatruwał ją od środka, jakby przez pępowinę tłoczył smołę w jej żyły. I naprawdę nie wiadomo, co by z się z Lolą wtedy stało, gdyby nie Bolek.
Lolek tymczasem jakoś zamilkł, a potem, akurat tego dnia, kiedy Lola podjęła w końcu decyzję, poprosił ją o spotkanie.

Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Nie rozmawiali. Usiedli i Lolek po prostu powiedział, co miał do powiedzenia. Wygłosił doskonale przemyślane oświadczenie, tak skonstruowane, że niczego nie dało się w nim podważyć. Właściwie nie dało się go nawet skomentować, bo całkowicie wyczerpywało temat.
Lolek nie radzi sobie z tym, że Lola przyjaźni się z Bolkiem. Tak, wie, że nie może mieć jej tego za złe i nie może oczekiwać, że Lola zakończy tę znajomość. Ale rozstanie było dla niego niewyobrażalnie trudne, a teraz jest w sytuacji nałogowca, który zrywa z nałogiem i potrzebuje wsparcia. A Lola mu tego wsparcia nie daje. Sama świadomość, że Lola widuje się z jego byłym, sprawia, że towarzystwo Loli źle Lolkowi robi. Tak to w skrócie brzmiało.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – powiedział na koniec.

Lolek wyszedł, Lola została. Wypiła piwo, spojrzała w lustro i poszła. Ale jakoś nie mogła. Rozumiała, że nie ma wyjścia i nie ma sensu, ale jakoś nie mogła, więc wzięła telefon i napisała. Że jej przykro i ma nadzieję, że kiedyś jeszcze będą mogli normalnie rozmawiać. Po chwili przyszła odpowiedź. „Jak zwykle musisz mieć ostatnie słowo”.
I wtedy Lola usłyszała ciche pyk, jakby pękł w niej jakiś patyk. I zrozumiała, że nie, nie będą mogli. Bo ona już nie chce.

Jak Lola Amatorka była mała, to wymyśliła, że ożeni się ze swoim ciotecznym bratem. Znali się od urodzenia i bardzo lubili. Zakładali bandy, wymyślali alfabety, budowali szałasy, kopali pułapki, chodzili na wyprawy, rysowali mapy i tak dalej. Świetnie się razem bawili.
Wszystko było zaplanowane, przyszłość wydawała się jasna i prosta. Za kilkanaście lat zostaną dorosłymi i jak wszyscy dorośli ożenią się, będą pić wino, palić papierosy, chodzić do pracy i spać bez piżamy.

Kiedy Lola miała sześć lat, dowiedzieli się, że nie mogą wziąć ślubu, bo są rodzeństwem.
– Dokładnie pamiętam ten moment – opowiadała Lola. – Staliśmy w ogrodzie, pod oknem kuchni. Było otwarte, w środku mama zmywała naczynia. To ona nam powiedziała. W jednej chwili wszystko się zawaliło. Cały plan na życie legł w gruzach, a przyszłość stała się przerażającą niewiadomą.

Potem Lola zaczęła mieć chłopaków, a brat dziewczynę. Poznał ją na studiach. Nazywała się Hania, była nieśmiała i smutna, i nigdzie nie puszczała go samego, nawet z Lolą. Albo po prostu byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, a w domu (tak przynajmniej mówiła babcia Loli) siedzieli godzinami przy smutnej muzyce, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy.

Jak już zostali dorosłymi, Lola poszła do pracy i miała jeszcze więcej chłopaków. Piła wino, paliła papierosy i spała bez piżamy. A brat Loli poszedł do pracy, rzucił palenie i ożenił się z Hanią. Na weselu opowiadał wzruszony o wspólnym dzieciństwie, a Hania wreszcie się uśmiechała:
– Bo ja i Hania znamy się od zawsze. Od dziecka. Razem się w piaskownicy bawiliśmy.

Ojciec Loli Amatorki był strasznie puszczalski, pewnie po nim to miała. Tyle że ona nie robiła nikomu krzywdy, a ojciec robił.
Matka Loli cierpiała. Najtrudniejsze było to, że zwykle lubiła kochanki ojca, przynajmniej te ważniejsze, które już teraz nie żyją. Z Anną nawet się przyjaźniła. Opowiadała później, jak któregoś wieczora leżały przytulone w łóżku i zastanawiały się, co zrobić, żeby ojciec Loli nie zdradzał ich z taką jedną z Bielska.
Lola też lubiła Annę. Pojechała kiedyś do niej z ojcem, miała wtedy z pięć lat. Spali wszyscy w jednym pokoju i rano Lola zobaczyła piersi Anny. Były bardzo ładne, nieduże, ze sterczącymi ciemnymi sutkami, a skóra dookoła miała kolor miodu. Tylko nie mów nic mamie, powiedział ojciec.

– Ale twoi rodzice są razem? – zapytała Wala.
– Są, niestety – odpowiedziała Lola. – Rozwiedli się, ale kiedy druga żona mojego ojca nagle zmarła, znowu wzięli ślub. W sumie nigdy się tak naprawdę nie rozstali. Na placówce ojciec mieszkał z Fridą, ale jak przyjeżdżał do Polski, to z nami…
Nie są szczęśliwi, ale chyba już nie umieją inaczej. Wiesz – dodała po chwili, zapalając papierosa – najchętniej porwałabym swoją matkę. Przyjechała tam do nich na białym koniu i ją porwała…
Fridę matka w sumie też lubiła, chociaż często życzyła jej śmierci. Wyobraź sobie, jak się czuła, kiedy to się w końcu rzeczywiście stało… Ale się bardzo męczyła. Wieczór w wieczór upijała się na smutno, odprawiała jakieś gusła i mi się zwierzała.
– Jezu… – westchnęła Wala. – Jak ty sobie z tym radziłaś?
– Nie radziłam sobie – wzruszyła ramionami Lola. – Weź. Miałam siedemnaście lat…
Ale w sumie naprawdę ją lubiła, tak mi się wydaje. Pocieszała ją po kłótniach z ojcem, potrafiły godzinami gadać przez telefon. Jak wracałam ze szkoły, a matka siedziała z butelką wina, odpalała jednego od drugiego i nadawała do słuchawki po rosyjsku, to już wiedziałam, co jest grane.
– Po rosyjsku?
– No – potwierdziła Lola. – Z ojcem Frida też rozmawiała po rosyjsku. Wymyślili sobie, że tak będzie sprawiedliwiej niż po niemiecku, bo rosyjski jest dla nich jednakowo obcy.

Kiedy się poznały, matka Loli nie wiedziała jeszcze, że Frida jest kochanką jej męża, w dodatku już w ciąży. Od razu przypadły sobie do gustu, przegadały cały wieczór, wypiły mnóstwo wina i anyżówki. Rano Lola znalazła je nagie w łóżku. Podniosła z podłogi białe majtki Fridy, zrobiła herbatę i przyniosła aspirynę. Resztkę anyżowki zabrała do swojego pokoju, bo uznała, że jej też się coś z tego wszystkiego należy.
Usiadły we trzy przy okrągłym stole z ciemnego drewna, matka Loli i Frida naprzeciwko siebie, Lola między nimi. Kobiety piły herbatę, zmęczone, zachrypnięte, rozczochrane. Przyglądały się sobie trochę niepewnie. Usiłowały się jedna od drugiej dowiedzieć, co zaszło, ale żadna z nich nie wiedziała, czy to, co pamięta, jednak jej się nie śniło, więc urywały w pół zdania, żeby za dużo sobie nawzajem nie zdradzić. A Lola patrzyła to na jedną, to na drugą i coraz bardziej się śmiała.

– Tylko nie mów nic tacie – poprosiła wieczorem matka Loli. A potem dodała: – Frida chwaliła twój rosyjski.
– Przecież nic nie mówiłam – zdziwiła się Lola.
– Ale widać było, że wszystko rozumiesz.

Był początek wiosny, szalała śnieżna zamieć. Lola Amatorka czekała w Cáfe Atodáfe na Walę, kuzynkę.

Wala chodziła z Łańciem od lat, chyba szesnaście miała, jak się poznali. Układało im się różnie, ale przeważnie jakoś, a jak przepili kasę, którą im dziadek Łańcia dał na obrączki, to po całej rodzinie złoto zbierali, żeby przetopić, i zebrali, więc na facebooku ma Wala w informacjach, że jest z Użytkownikiem Łańcio Ł-ski zaręczona.

– Jak będę wychodzić za mąż – mówiła Wala – zaproszę na wesele wszystkich. Nawet tatę i ciotkę S, i wujka pedofila.

– Super – odpowiadała Lola wesoło. – Tylko, jeśli można coś zasugerować, zmień pana młodego.

Ale ostatnio pojawił się Cichy. Zdrady nie było, coś jednak było, coś się działo, coś zdarzyło. Lola nie wnikała, ale wyglądało na poważnie, a Wala tak jakby odżyła.

Szczęknęły drzwi Cáfe Atodáfe, do środka wpadł zimny podmuch, Lola dostała gęsiej skórki. Wala była zmarznięta i wyraźnie przybita.

A potem Łańcio się dowiedział. Wala mu powiedziała, bo miała wyrzuty sumienia i poczucie obowiązku, a te dwa uczucia zawsze przeżywała najmocniej i bardzo dotkliwie.
Że jest Cichy, że coś było, coś się dzieje, się zdarzyło.
– Z Cichym – wyznała Wala – mogę rozmawiać o rzeczach, o których nie mogę rozmawiać z tobą. O książkach, o Paradżanowie, o kaczce, która zniosła jajko, z którego powstał świat.
I raz, dostała Wala od Łańcia z jednej, dwa, dostała Wala od Łańcia z drugiej strony.

– Walu – zdenerwowała się Lola – Walu, rzuć go. Są dwie rzeczy, na które nigdy nie można pozwalać. Bicie i
– Ale ja jestem taką pizdą… – jęknęła Wala żałośnie.
– Cipą – poprawiła ją Lola. – Pizdą to jest moja szefowa.
– Boję się, że jak odejdę, to on coś sobie zrobi… Albo zacznie pić…

Po tym, jak Wala dostała raz i drugi, Łańcio zarządził:
– Naprawiamy związek. Będziemy się starać. I nie będziesz się z nim kontaktowała. To jest warunek.
A następnego dnia rano poszedł do kościoła, wyspowiadał się i pomodlił, a potem zrobił Wali śniadanie do łóżka.

– Śniadanie do łóżka? – Skrzywiła się Lola. – Rozlana kawa i okruchy pod tyłkiem. Przereklamowane i do dupy.

Ale czy Wala mogła tak zostawić Cichego, tak bez słowa? Tak się nie robi. Cichy był dla Wali ważny i ogólnie bardzo w porządku. Należało mu się wyjaśnienie. Więc jak przyszła do pracy, to się Wala zalogowała do poczty i zaczęła pisać mejla. Mejl był długi, jeszcze nie skończyła, a już zaczęła mieć wyrzuty sumienia.
Wzięła telefon, wykręciła numer Łańcia.
– Łańcio, słuchaj, ja cię strasznie przepraszam. Ale ja uznałam, że jednak muszę napisać do Cichego. Chcę mu powiedzieć…
– Wiem – przerwał jej Łańcio. – Właśnie to czytam. Powinnaś wyrzucić drugie zdanie i

Poduszkę to akurat Lola długo miała tylko jedną. „I jeszcze, choć pewnie wyda się to Panu śmieszne, pisała, niech może weźmie Pan ze sobą poduszkę”. Więc przychodzili z ulubionymi jaśkami, z poduszkami samolotowymi, takimi w kształcie nerki, albo z nadmuchiwanymi, które szeleściły w nocy jak suche liście.
Na następny dzień pakowali szczoteczki do zębów, grzebienie, wczorajsze majtki, skarpetki i koszule. Zwijali poduszki; z tej turystycznej powietrze uchodziło z cichym sykiem. Zabierali wszystko, jakoś nigdy niczego nie zapominali. Lola też nie zostawiała śladów. Nawet jak dawała prezenty, to takie, żeby nie rzucały się w oczy. Książki bez dedykacji, które można było upchnąć na półce i zapomnieć od kogo, albo obrazki tak małe, że w razie czego dało się je po prostu schować do pudełka.
Ale któregoś dnia, w sumie przypadkiem, poszła do supermarketu. Kupiła płyn do udrażniania rur, paczkę irysów, litr whisky i poduszkę, chociaż nikogo się nie spodziewała. A potem nocowała u kolegi, też w sumie przypadkiem, dlatego bez szczoteczki. Kolega za to miał zapasową. Rozpakował ją i dał Loli. „Ta, powiedział, będzie twoja”.

Z kobietami Lola Amatorka nigdy się dobrze nie dogadywała. Przyjaciółkę miała tylko jedną, Obłąkaną Bibliotekarkę. Spotykały się od czasu do czasu na piwo. Lola przychodziła po południu do biblioteki i szukała przyjaciółki między półkami. Najczęściej znajdowała ją drzemiącą w literaturze rosyjskiej, z rozczochraną głową wspartą na oprawnych w papier pakowy grzbietach Archipelagu GUŁag. Potem szły do pobliskiej Café Autodafé. Po drodze mijały starego czerwonego saaba. Bibliotekarka za każdym razem pluła pod jego koła, mamrocząc najgorsze złorzeczenia.

A żebyś kurwo zdechła, trudną rybką się zadławiła, od pioruna zginęła, utonęła, wypadek samochodowy samolotowy okrętowy miała, coś przedawkowała, żebyś na raka zachorowała, hifa syfa alzheimera, obturę i białaczkę, grzybicę i motylicę, żeby wszystkie te dzieci wyskrobane do twojej macicy obwisłej wróciły i rzygając w łożysko przez gnijące pępowiny, na śmierć cię zatruły, żeby cię własna pizda zębata pożarła, żebyś zdechła, zeszła, nie żyła i umarła… a ty, ty, szkoda, żeś na tej wojnie nie zginął, na minie nie wyleciał, bym miała rentę i dobre wspomnienia bym miała, tfu.

Bo Obłąkana Bibliotekarka miała męża, Bojownika o Pokój i Szczęście, a ten mąż miał zagraniczną kochankę. Kochanka też walczyła o pokój i szczęście i też była obłąkana, ubierała się tak samo jak Bojownik, strzygła krótko, dużo piła i po swojej zagranicy jeździła rozklekotanym czerwonym saabem, dokładnie takim, jak ten zaparkowany niedaleko Café Autodafé.

A potem ta kochanka miała wylew i umarła.
Lola i Bibliotekarka umówiły się na piwo. Kiedy przechodziły koło czerwonego saaba, Bibliotekarka spuściła wzrok. Nie splunęła. Za boczną szybą Lola zauważyła karteczkę.
Sprzedam. Tel. 606…

Któregoś zimowego wieczoru Lola Amatorka jechała tramwajem do Inkasenta o Białych Dłoniach. Stała przy drzwiach, tyłem do kierunku jazdy, oparta plecami o ścianę kabiny motorniczego. Na przystanku Rondo B wsiadł niski starszy pan z dziwnym błyskiem w oku. Stanął obok Loli i nie patrząc na nią, powiedział półgłosem:
– Stoję obok pani.
Lola spojrzała na niego, uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
– Z tyłu oparcie – kontynuował starszy pan – z przodu pustka… Jak zahamuje, to polecimy. Ma pani spadochron? …Ja też nie.
– Jak gwałtownie ruszy – poprawiła go Lola po chwili namysłu.
– Tak… Niech nie rusza. Niech tylko hamuje. Narzeczony jedzie?
– Tym tramwajem nie.

Po rozstaniu z Pilotem Balonu Loli Amatorce zostały trzy opakowania pigułek antykoncepcyjnych. Ponieważ nie miała akurat żadnych innych kochanków, poszła do apteki, żeby je oddać.
– Przykro mi – powiedział Złotooki Magister – „leki zakupione w aptece nie podlegają zwrotowi”. Ale – spojrzał na pudełko i dodał z rozbrajającym uśmiechem – to ma termin do listopada 2013, przez ten czas dużo się może wydarzyć…
– Racja! – odparła Lola wesoło. – Choćby koniec świata, planowany przecież na rok bieżący.

lolaosobie

Pod koniec kwietnia Lola Amatorka zorientowała się, że jest w ciąży. Nie była pewna, czy ojcem dziecka jest Ponury Monter, Ksiądz po Kolędzie, czy Operator Fotoplastikonu, ale było to w zasadzie nieistotne. Ponury Monter miał ładne dłonie, Ksiądz po Kolędzie miły głos, a Operator Fotoplastikonu czarne oczy, ale żaden z nich nie nadawał się na ojca i z żadnym Lola nie chciała się wiązać.

Kiedy zobaczyła na teście dwie kreski, była trochę zaskoczona, ale naprawdę się ucieszyła. Zawsze lubiła dzieci i zawsze chciała jakieś mieć. Swoją ciążę potraktowała poważnie i odpowiedzialnie; rzuciła palenie, zaczęła się zdrowo odżywiać i chodzić do lekarza. Była szczęśliwa i coraz ładniejsza, więc Ponury Monter, Ksiądz po Kolędzie i Operator Fotoplastikonu kochali ją jeszcze mocniej i czulej niż przedtem.

Mała kropka na pierwszym USG była strasznie ciemna. Czarniejsza niż oczy Operatora i sutanna Księdza i bardziej ponura niż Monter. Lola starała się o tym nie myśleć, ale im mocniej się starała, tym silniejszy ogarniał ją niepokój, choć lekarze zapewniali, że „płód jest prawidłowy”. W końcu zdecydowała się na amniopunkcję.

– Naprawdę przykro mi to mówić – powiedział lekarz, i naprawdę było mu przykro, bo zdążył już pokochać Lolę Amatorkę – ale pani dziecko cierpi na nieuleczalną depresję. Nie chce żyć i nigdy nie będzie chciało. Podczas porodu zrobi wszystko, żeby umrzeć. Odwróci się tyłem, okręci sobie pępowinę wokół szyi albo wypchnie łożysko przed sobą. Może przy tym – tu trochę załamał mu się głos – niechcący panią zabić.
Lola Amatorka milczała.
– Jeżeli pani dziecko nie umrze przy porodzie – ciągnął lekarz – nigdy nie będzie szczęśliwe. Znam takie przypadki – odwrócił wzrok. – Znam ludzi, którzy nie chcą żyć, i nic im nie pomaga. Ani najlepsi lekarze, ani najnowsze leki, ani najwymyślniejsze terapie. Ani kochające rodziny, ani wspaniali przyjaciele, ani sukcesy, ani sława i pieniądze, ani alkohol i narkotyki. Nic.
Lola Amatorka patrzyła na swoje stopy. Lekarz patrzył w okno.
– Nieuleczalna depresja płodu może być uznana za wskazanie do przeprowadzenia aborcji – powiedział. – Jeżeli zdecyduje się pani na usunięcie ciąży, pomogę pani.

Około trzeciej nad ranem Lolę obudziło głośne pukanie do drzwi. Owinąwszy się prześcieradłem, poszła otworzyć.
– Ach – zdziwiła się wdzięcznie, widząc doskonale sobie znaną twarz Bola. – To ty!
– A gdyby to był gwałciciel? – dowcipnie zapytał Bolo.
– O tej porze?!