Kiedy byliśmy dziećmi, wielki ogród w P-nie był dużo bardziej uporządkowany. Pradziadek gracował ścieżki, kosił trawniki, pielęgnował róże i wyrywał chwasty, a na gałęziach czereśni wiązał czerwone szmatki, które miały odstraszać szpaki. Czasami wieszał banany na winorośli albo kładł arbuzy w pokrzywach i tłumaczył, że tam najlepiej rosną.

Dzikie były tylko niektóre rejony, w dole, gdzie ogród rozrastał się chorobliwie, z siatki zwieszały się jakieś pnącza, a w najwyższych chaszczach Dorośli hodowali marihuanę. „To? To taka egzotyczna przyprawa. Tylko nie mówcie dziadzi.” (Pradziadek miał przed wojną skład apteczny, nie dałby się nabrać).

W tej części zainstalowaliśmy sobie na drzewach ławki i windy, zbudowaliśmy szałas, dookoła wykopaliśmy pułapki. Pułapki były naprawdę niezłe. Kopało się dołek, niezbyt szeroki, tyle, żeby się noga zmieściła, głęboki na jakieś trzydzieści centymetrów, na górze układało się kratownicę z kruchych badyli, na kratownicy zeschłe liście i to wszystko przysypywało się cienką warstwą ziemi. Raz w taką pułapkę wpadł ojciec. Nawet się nie pogniewał, bo był naprawdę pod wrażeniem – zapytał, czy nie moglibyśmy zrobić takich samych wzdłuż ogrodzenia.

Oprócz prac inżynierskich mieliśmy i inne zajęcia. Zakładaliśmy bandy, w których przeważnie było dwóch dowódców (Iwasz i ja) oraz kuchcik (starsza z moich młodszych sióstr). Bandy się rozpadały, dzieliły na frakcje. Bywało, że siostra zakładała swoją, przeciwko nam. Albo Iwasz z siostrą przeciwko mojemu przyjacielowi Krzysiowi (banda nazywała się PK, co było skrótem od „Przeciwko Krzyśkowi”). Opracowywaliśmy szyfry i alfabety. Mieliśmy hasła, flagi i wymyślne rytuały inicjacyjne (np. bieganie w samych majtkach przez pokrzywy, siostra chyba do dziś mi tego nie wybaczyła). Organizowaliśmy wyprawy badawcze. Wymykaliśmy się przez dziurę w ogrodzeniu, chodziliśmy po okolicy, nad rzekę, do lasu, po polach i nieużytkach, nadawaliśmy wszystkiemu nazwy, rysowaliśmy mapy.

Duża część zabaw odbywała się w wyobraźni. Każde z nas miało swoje królestwo, niektórzy nawet po kilka. Opowiadaliśmy sobie historie (często powracał wątek gównianego i sterylnego miasta), powoływaliśmy do życia potwory, odgrywaliśmy role. Mieliśmy huśtawkę, która pozwalała przenosić się między światami. Światów było kilkanaście, może i kilkadziesiąt. Trzeba było uważnie liczyć bujnięcia, żeby się nie zgubić albo nie wylądować z powrotem w świecie, z którego chwilę wcześniej uciekło się przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Mieliśmy naturalnie po kilka żyć, ale nie tak znowu dużo, żeby nierozważnie nimi szastać.

Te zabawy wymagały ogromnego skupienia i bezustannej czujności. Chwila nieuwagi mogła spowodować przegraną, śmierć, wybuch bomby atomowej, koniec świata.
A przecież komuś może się zachcieć siku. Albo ktoś się skaleczy i trzeba będzie przemyć ranę wodą utlenioną (woda utleniona nie szczypie), zakleić plastrem. Albo Dorośli będą czegoś chcieli („Dzieeeci! Dzieeeci!”).

W takich sytuacjach krzyczało się głośno: „Zabawa stop!”. I już. Czas się zatrzymywał, światy zastygały, potwory zamierały w bezruchu.