2010 Kwiecień

04.2010


Kiedy nie zajmuję się niczym konkretnym, opowiadam sobie historie albo prowadzę w myślach rozmowy. Niestety często wyobrażam sobie sytuacje irytujące i nieprzyjemne i potem chodzę wkurzona.

Dziś wieczorem, wracając po angielskim do domu, byłam trochę smutna, więc zaczęłam sobie wyobrażać, że w moim życiu zaszły niespodziewane zmiany i oto po sześciu latach mieszkam w Australii, gdzieś pod – chwileczkę, rzucę okiem na mapę – gdzieś pod Wagin (naprawdę mają takie miasto).
Którejś soboty idę na spacer. Na pustynię, czy co tam się nieopodal Wagin znajduje. Spaceruję po tym australijskim stepie i rozkoszuję się dziką przyrodą. Dookoła skaczą kangury, bardzo wysoko, wombaty śpią w krzakach, a elefanty chodzą. Mijam wioskę Eufagów – podobnych do ludzi trójokich istot, które jedzą tylko to, co smaczne, w związku z czym grozi im wyginięcie; Eufagowie są przyjaźni i jak ze wszystkimi inteligentnymi stworzeniami w kosmosie, bez problemu można się z nimi porozumieć po amerykańsku. Mijam łąkę, na której pasą się jednosorożce. Trawy falują na wietrze, na niebie wyświetla się zorza polarna…

(Oczywiście opowiadałam sobie zupełnie inną historię, ale nie będę przecież publikować na blogu historii, które sobie naprawdę opowiadam).

WTEM, na krętej ścieżce pośród tych jedwabistych traw, natykam się znienacka na dawnych znajomych, jeszcze z Polski, Iksa i Igreka. Jesteśmy wszyscy bardzo zaskoczeni.
– Iks! Igrek! – wykrzykuję. – Nigdy bym nie pomyślała, że spotkamy się kiedyś w takim miejscu!

I wtedy przypominam sobie mgliście, że kilka lat temu, chyba tego samego dnia, kiedy wyjmowano mi szwy po wyrwaniu ósemki, wracając po angielskim do domu, wyobrażałam sobie, że mieszkam w Australii pod Wagin i którejś soboty w rezerwacie Eufagów niespodziewanie spotykam Iksa i Igreka.

Mieszkałam kiedyś na Śląsku, przez parę lat.
Moje życie wyglądało wtedy trochę inaczej. Na przykład starałam się gotować obiady.
Podchodziłam do sprawy systematycznie. Zupa ogórkowa. Telefon do mamy.
– Cześć, mamo. Jak się robi zupę ogórkową?
– Więc tak. Bierzesz ziemniaki…
– Ile?
– Nie wiem ile, na oko.
– Jak to na oko?
– No, jakiś kilogram.
– A ile to jest ziemniaków? Ile sztuk?
– Nie wiem.
– Oj, proszę, tak z grubsza.
– Z grubsza siedem.

Potem szłam do warzywnioka na winklu.
Sąsiad mówił:
– Dej mi no kartofli.
– Wiela? – pytała ekspedientka.
– Pół kila.
– Dzień dobry – mówiłam ja. – Poproszę ziemniaki.
Ekspedientka przełączała się ze śląskiego na polski.
– Ile?
– Siedem.