2010 Listopad

11.2010


Przezroczysta skóra pęcherza napina się pod moim palcem. Coraz gładsza, coraz bardziej śliska i błyszcząca. Czuję wzbierające wewnątrz ciśnienie, nienaturalną twardość powierzchni, wzruszający opór naprężonej do granic możliwości cienkiej błony. I jest w tym oporze jakaś kokieteria, jakieś zniszcz mnie, sponiewieraj, zgnieć…
Przeciągam to. Zwiększam nacisk z okrutną powolnością. Nie umiałabym się już wycofać, nawet gdyby ktoś mnie w tym momencie przyłapał. Sprawy zaszły za daleko, zbyt dużą mi to sprawia przyjemność.
Żałuję tylko, że to nie może trwać wiecznie, że za ułamek sekundy stanie się nieuniknione – pęcherz się podda i pęknie z bezradnym, cichutkim „pyk!”.

Robię to z każdym kawałkiem folii bąbelkowej, który wpadnie mi w ręce.

– Mamo, ty mnie urodziłaś, prawda? – jakieś dziesięć lat temu pyta mamę mój czteroletni wówczas brat.
– Tak – odpowiada mama.
– A przedtem urodziłaś Z?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś T?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś K?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś siebie?
– Nie – mama wybucha śmiechem.
– Mamę urodziła jej mama – wtrącam się, bo zainteresowała mnie ta rozmowa.
– Mama mamy?
– Tak, L. L jest mamą mamy.
– Ale najpierw L urodziła siebie?
– Nie, L urodziła jej mama.
– A… – widzę, że brat łapie regułę, ale chyba przeszkadza mu regressus ad infinitum.
– Chodzi ci o pierwszą mamę? – pytam.
– Tak.

W imię wolności przekonań postanawiam dać bratu dwie opcje do wyboru (na koncepcję, że pierwsza mama jest tylko konieczną ideą rozumu, której jednak nie musi odpowiadać żaden konkretny byt, jest chyba jeszcze za młody).
– Więc tak – mówię. – Nie wiadomo, kto był pierwszą mamą, są tylko przypuszczenia. Różne, ale najczęstsze są dwa. Jedno jest takie, że pierwszą mamą była Bozia. Nie wiadomo, czy Bozia istnieje, ale wielu ludzi uważa, że tak – dodaję. I opowiadam. Staram się, żeby nie było słychać, że zupełnie w to nie wierzę. Jeśli brat ma dokonać naprawdę samodzielnego wyboru, to trzeba mu obie hipotezy przedstawić jak najbardziej bezstronnie. Opowiadam o tym chaosie na początku, duchu, co unaszał się nad wodami, sześciu dniach, rybach, ptakach i zwierzętach lądowych, Adamie i Ewie, i tak dalej. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu brat słucha tej opowieści bez najmniejszego zdziwienia.
– Drugie przypuszczenie jest takie, że pierwszą mamą była Bakteria – ciągnę. I opowiadam o wielkim wybuchu, o wodzie, o małej, malutkiej bakterii, która się w niej pojawiła, a potem się zmieniała i zmieniała, i powstały z niej eugleny, pantofelki i ameby, które też się zmieniały i zmieniały…
A brat patrzy na mnie coraz okrąglejszymi oczami i w końcu zaczyna się śmiać.

(Jakiś rok albo dwa lata temu dostał piątkę z religii – za wyjaśnienie co ma na myśli, mówiąc, że jest agnostykiem).

Kiedy byłam mała, ciągnęłam Dorosłych za włosy.
– Nie rób tak – powiedział któregoś razu tata. – To boli.
– Boli? – zdziwiłam się.
– A pociągnij się za włosy – powiedział tata.
Pociągnęłam, z całej siły. I zaskoczona wybuchnęłam płaczem.

Parę dni temu, rano. Jadę do pracy. Tramwaj zatrzymuje się przy dworcu, podnoszę wzrok znad książki. Patrzę przez okno – mężczyzna w jaskrawozielonej ortalionowej kamizelce zamiata śmieci. Tramwaj rusza, mężczyzna się odwraca. Na plecach ma napisane NOE.

 

I bonus, specjalnie dla komentatorów:

Matura, egzamin ustny z biologii. W komisji dwie starsze panie i jeden starszy pan. Z pytaniem o budowę łodygi radzę sobie doskonale. Z drugim, już nie pamiętam o co, także. Trzecie było pytanie o ludzki narząd wzroku.
Opisuję szczegółowo budowę oka, ale panie mi przerywają.
– Nie, nie. Nie o to chodzi. Pomyśl, po czym poznajesz mamusię?
Opowiadam więc o tym, jak odbite od mamusi światło wpada do oka i jak zostaje przetworzone na impuls nerwowy. Opowiadam o neuronach, ich budowie i działaniu. Ale panie znowu mi przerywają.
– Nie, nie – kręcą głowami. – Po czym poznajesz mamusię?
Poznajesz, poznajesz… Ach, no tak, pewnie chodzi im o to, że aby coś rozpoznać, nie wystarczy bodziec, w tym przypadku wzrokowy, trzeba jeszcze zapamiętanego obrazu i potwierdzającej zgodność konfrontacji obrazu postrzeżonego z zapamiętanym. Ale czy mam mówić o fizjologii pamięci i rozpoznawania? To przecież sprawy nie za dobrze zbadane, a w liceum, nawet na biolchemie, prawie się o tym nie wspomina… Mimo to zaczynam. Ale panie znowu mi przerywają.
– Nie, nie – kręcą głowami, grożą palcem. – Mamusię poznajesz po kształcie i kolorze.

– Ojej, a czemu ja mam takie brudne stopy? – zapytała kiedyś starsza z moich młodszych sióstr na następny dzień po imprezie.
– Bo tańczyłaś boso w kałuży rozlanej na podłodze wódki – odpowiedziałam rzeczowo.
– Dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienie.

W czwartek 28 października o 20:40 Panna To, czyli starsza z moich młodszych sióstr, urodziła syna o parametrach: 3,2 kg, 57 cm, 10/10 pkt.