2011 Sierpień

08.2011


czemunie

Zuza po raz pierwszy zauważyła to pewnego letniego wieczora, kiedy siedziała przy łóżeczku swojego niespełna czteroletniego wówczas synka i czytała mu na dobranoc.

Nie wie tata ani mama,
że jest w domu czarna jama…
Czarna, czarna, czarna dziura
bardzo straszna i ponura.

Po słowie „straszna” Pawełek gwałtownie usiadł na łóżku i utkwił przerażony wzrok w zalegającej wokół pudła z zabawkami ciemności. Zanim głośno krzyknął i ukrył twarz w dłoniach, Zuza z rozpędu przeczytała jeszcze:

Tam jest chyba mokro, ślisko,
jakby przeszło ślimaczysko…

Że może chodzić o coś więcej niż nadmierna lękliwość i zbyt żywa wyobraźnia, Zuza zorientowała się, kiedy po wielokrotnym czytaniu Baśni o stalowym jeżu jej syn zaczął zdradzać objawy lekkiego zatrucia rtęcią.
Od tej pory lektury dobierała z najwyższą ostrożnością. Było trudno. Po zupełnie na pierwszy rzut oka niegroźnych Przygodach Pędrka Wyrzutka Pawełek zaczął mieć kłopoty z koncentracją. Całymi dniami wsłuchiwał się w ciszę, najprawdopodobniej nie chcąc przegapić następnej nuty z utworu Pani Metaferejn. Z Alicją w Krainie Czarów Zuza nie próbowała – bała się, że Pawełek już na samym początku utonie w kałuży łez. Nad Złotą różdżką nie było nawet co się zastanawiać. Najbezpieczniejsze okazały się książki najbardziej absurdalne, zapewne dlatego, że opisane w nich rzeczy naprawdę trudno sobie wyobrazić:

Jaki taki dla niepoznaki
Kiedy mnie grzecznie pyta ktoś –
Takie, siakie czy owakie
Jestem po prostu: Takie Coś!

Pawełek zmarł nagle, wkrótce po tym, jak nauczył się czytać. Zuza znalazła go przy kuchennym stole, zesztywniałego, zimnego jak kamień, z martwym spojrzeniem wciąż jeszcze utkwionym w książce.

Największe uznanie zyskała sobie hipoteza o nieforemnym i źle poczętym jaju, które zniósł kogut, a wysiedział wąż lub ropucha. W XVII wieku sir Thomas Browne uznał tę hipotezę za równie niewiarygodną jak samego bazyliszka. W owych latach Quevedo napisał romancę Bazyliszek, w której czytamy:

Jeśli żyw nadal ten, co cię ujrzał,
Cała twoja historia jest kłamstwem,
Jeśli przeto nie umarł – nie zna ciebie,
A jeśli umarł – nic nie wyzna.

 
***

Cytowane lub przywoływane, po kolei:

Joanna Papuzińska, Czarna jama.

Jan Brzechwa, Baśń o stalowym jeżu. Rtęć pojawia się w jednym z moich ulubionych fragmentów:
Jeża złudy nie skusiły. Wytężając wszystkie siły, ciągle w prawo szedł po drodze, pamiętając o przestrodze. I po stronie właśnie prawej ujrzał Jeż rtęciowe stawy. Falowała rtęć srebrzyście i srebrzyła się faliście, i jaśniała uroczyście, blask rzucając na wybrzeża, na dal mroczną i na Jeża.
Jeż przed siebie śmiało dążył, w żywym srebrze się pogrążył i przez rtęci śliskie fale płynął silnie i wytrwale. Stoczył przy tym bój zajadły, bowiem zewsząd go opadły wygłodniałe, złe trytony, ale on, niezwyciężony, mieczem rąbał i wywijał, aż je wszystkie pozabijał. Gdy Jeż stawy wreszcie przebrnął, połyskiwał zbroją srebrną.

Stefan Themerson, Przygody Pędrka Wyrzutka. Pani Metaferejn, harfistka olbrzymka, komponowała swoją muzykę z wielkim namysłem i bardzo pieczołowicie wybierała każdą nutę. Utwór, o którym mowa, miał się składać z trzystu sześćdziesięciu pięciu tonów, a jego wykonanie trwać miało dokładnie rok – Pani Metaferejn, pod warunkiem że byłaby porządnie najedzona, grałaby jeden dźwięk dziennie.

[Alicja jaka jest, każdy wie.]

Heinrich Hoffmann, Złota różdżka, ilustrował Bohdan Nowakowski, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1987.

Edward Lear, Takie Coś, w: Dong co ma świecący nos i inne wierszyki Pana Leara, przeł. Andrzej Nowicki, Nasza Księgarnia, Warszawa 1973.

Jorge Luis Borges przy współpracy Margarity Guerrero, Księga istot zmyślonych, przeł. Zofia Chądzyńska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000.

jedz4.0

Marcin, Doktorowa i ja jedziemy do Elizki.
– Macie mapę?
– Nie.
– Marcin wychodzi z założenia, że każda droga prowadzi tam, gdzie on chce dojechać.
– Pewnie słusznie. Tylko nie wszystkie drogi są tej samej długości.

Kiedy starsza z moich młodszych sióstr była jeszcze bardzo malutka, zwykle bawiłam się sama – nie miałam kolegów ani koleżanek z podwórka, bo mieszkaliśmy na uboczu w domu z ogrodem, nie chodziłam do przedszkola, a Iwasz przyjeżdżał tylko od czasu do czasu.
Stwarzałam sobie w wyobraźni światy nie mniej realne niż ten prawdziwy i pozwalałam, żeby się z nim przenikały. Odróżniałam wymyślone od prawdziwego, oczywiście – ale tylko w razie potrzeby.

Któregoś dnia, w upalne letnie popołudnie, postanowiłam, że pobawię się w śpiącą królewnę – położę się na leżaku, zamknę oczy i będę udawała, że śpię, a potem przyjdzie książę, obudzi mnie i wreszcie będę mogła bawić się z kimś, a nie sama.
Leżenie okazało się strasznie nudne. Jedyną ciekawą rzeczą był czerwonopomarańczowy kolor moich prześwietlanych słońcem powiek. Minęło dziesięć, może piętnaście minut, nikt nie przyszedł. Uznałam, że albo źle udaję, albo to jakaś bujda z tym księciem, i otworzyłam oczy.
To, co zobaczyłam, sprawiło, że natychmiast zapomniałam o swojej głupiej zabawie. Świat stał się niebieski.