2011 Wrzesień

09.2011


drzewa

[Tutaj można obejrzeć wersję alternatywną, po redakcji Darka.]

Narysowane na śmiertelnie nudnych ćwiczeniach z antropologii filozoficznej, dawno temu.
img741

[Pierwsza część tu.]

Budzę się chwilę po siódmej, pakuję śpiwór, zakładam buty. Po chwili pojawia się mężczyzna w roboczym ubraniu.
– A co wy tu?
– Niiic – odpowiadam najniewinniejszym ze swoich głosów i patrzę na niego okrągłymi oczami, które byłyby w tej chwili niebieskie, gdyby takie były (uwierz w to, uwierz uwierz). – Buty wiążę.
– A! – odpowiada, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, i odchodzi.

Ósma rano, idę na kawę do jedynego otwartego baru.
Kłęby dymu, miejscowi piją piwo, niektórzy wódkę. Zamawiam kawę, dostaję parzoną, w grubej szklance ze spodkiem. Przysiada się do mnie starszy mężczyzna. Siedzimy, milczymy, po kilkunastu minutach pyta skąd jestem. Odpowiadam, a on kładzie dłoń na sercu, kłania mi się powoli i mówi uroczyście:
– Witajcie.

Potem już góry, chłopcy z Uzovskych Pekl’an i znowu góry.
W schronisku niedaleko Lipovców dostaję apartament z wielkim łóżkiem i skórzaną kanapą.

*

Następnego dnia docieram na przełęcz Branisko. Siadam pod kapliczką, przychodzi rodzina z dziećmi. Dzieci oglądają plecak, torbę, aparat, zagadują. Jeden z chłopców pyta:
– Kdo t’a tu nechal?
Nie rozumiem, więc zniecierpliwiony powtarza parę razy, wybijając rytm patykiem:
– Kdo-t’a-tu-ne-chal!?
Wreszcie jego matka tłumaczy:
– Kto was tu ostawil?

(Kiedy jestem za granicą, staram się jak najwięcej z danego języka zrozumieć. Czytam szyldy, etykietki, odgaduję znaczenia, próbuję mówić. Tu jest inaczej i czuję się z tym dziwnie. Słów nie zapamiętuję, bo są zbyt podobne do polskich, a kiedy mówię po słowacku, mam wrażenie, że wszystko przekręcam).

Potem dzieci odchodzą i pojawia się młodzież, dwie dziewczyny i dwóch chłopaków, z butelką wódki. Przysiadają się, proponują wódkę, dziękuję. Chwilę rozmawiamy. Idę, młodzież zapowiada, że kupi kolejną flaszkę i odwiedzi mnie w motelu.
Nie wiem, czy przyszli, bo się przed nimi schowałam.

*

Rano z powrotem na przełęcz. Idę asfaltem, podjeżdża facet, że podwiezie. To wsiadam, asfaltem iść żadna zabawa. A skąd, a dokąd, a nie boisz się tak sama, standard. Ale potem, tuż przed przełęczą, bo to niedaleko było:
– Jesteś taka ładna, nie boisz się?
(Noż jasna cholera, a mama mówiła, żeby nie wsiadać z obcymi mężczyznami do samochodu).
– Nie – odpowiadam (tylko spokojnie).
– Masz ochotę na seks? – Uśmiecha się obleśnie.
– Nie. – Odruchowo kładę rękę na klamce (niedobrze). – Tutaj chcę wysiąść. – (Patrzę kątem oka. Gruby. W razie czego ucieczka pod górkę, może nie da rady albo nie będzie mu się chciało. Tylko plecak, w bagażniku).
Zatrzymuje się, otwieram drzwi, wysiadam. Facet otwiera mi bagażnik, wyjmuję plecak, do widzenia. Kładę rzeczy na murku, powoli, wyjmuję buty, bo szłam w sandałach. Samochód stoi za moimi plecami, silnik włączony, samochód stoi. Stoi i stoi. Powoli (jedź już, kurwa) wyjmuję kosmetyczkę, tnę plaster (jedź), naklejam na obtarte palce, wkładam skarpetki. Jedzie. Szum opon cichnie, zbyt szybko. Sznuruję jeden but, drugi, znowu słyszę silnik (no nie). Wraca. Przejeżdża koło mnie, zwalnia, zatrzymuje się, otwiera okno.
– A jak ci dam pięć euro?

[zdjęcia]

Wczoraj, z Moniką w klubie S. Łazienka, myjemy ręce, z ubikacji wychodzi facet, zagaduje.
– Pan chce rozmawiać? – pyta Monika.
– Ja muszę – odpowiada facet ponuro. – Ale – dodaje nieco weselej – to zawsze może być fajne.
– Nie zawsze, proszę pana – odpowiadamy prawie chórem. – Nie zawsze…
Idziemy na parkiet. Po jakimś czasie podchodzi ten sam facet.
– Czy jeśli nic nie będę mówił, to pozwolicie mi z wami zatańczyć?

Siedzę w pracy, przychodzi A. Do Adama. Adama nie ma, więc rozmawiamy chwilę, a potem A się żegna.
– Do widzenia – mówi. – Idę cierpieć.
– Miłego cierpienia.
– Nie mówię „nawzajem”.
– Dziękuję.

Dzwoni Olo.
– Dobry wieczór!
– Dobry wieczór! Co u pana słychać?
– Życie, proszę pani, toczę życie. A pani?
– Och, ja też. I to jest spora zmiana, wie pan, bo do niedawna toczyłam śmierć.

krul lirPonieważ coraz częściej słyszę utyskiwania dotyczące galerii – że rysunki się w niej gubią, że czytelnicy o niej zapominają, itd. – postanowiłam pójść za sugestią jednego z i część rysunków pokazać tutaj.
Proszę bardzo, dzisiaj krul LIR.

 
 
 
 
 
 

Parę dni temu, przejście podziemne przy Placu B. Rano, tłum, wszyscy się spieszą. Patrzę. Chłopak w dużych słuchawkach i dziewczyna w dużych słuchawkach. Są osobno i idą osobno, chociaż w tym samym kierunku. Ostrość wzroku ustawiona na gdzieś indziej. Niechcący potrącają się ramionami. Nie przepraszają się, nawet na siebie nie patrzą. Trochę zmieniają trajektorie i idą dalej.

[Będzie w kawałkach, bo mi coś dużo wychodzi.]

Trzy tygodnie temu, niedziela rano, bus do Zagórza.
Próbuję zasnąć, nie mogę, bo Radio ZET. Kochanie, wiem, w co grasz, ta pokerowa twarz… Przypomina mi się Telehon i jak na zamówienie – w kolejnym busie, bo jazda z przesiadką – RMF, tak, RMF ef em. Zła muzyka zawsze była dla mnie istotnym elementem dłuższych podróży autobusami, ale teraz ta zła muzyka wydaje mi się gorsza niż kiedyś. Własnego odtwarzacza nie mam, bo bagaż; trochę bez sensu, i tak wyszło z dziesięć kilo, ale, no nie mam. Kierowca pali, dym wlatuje do środka. Prowadzi ostro, górki dołki serpentyny, robi mi się niedobrze. A potem jeszcze lepiej, bo kierowca włącza płytę. Piosenki biesiadne. Discopolo najczystsze, szczere jak złoto. Notuję, starając się uchwycić intonację. Jak mnie nie pokochasz, to wiedz że, miłość ma cygańska znajdzie cię. Bo kiedy przyjdzie noc, włożę najczarniejszy płaszcz, i zamienię się, w czarnego lwa.

O trzeciej na miejscu. Restauracja, kawa, placek, na zimną płytę jakoś nie mam ochoty. Wychodzę, z telefonem w ręku. Mija mnie dwóch starych zagórzan i jeden mówi do drugiego:
– Co mi tam kotlet… Ta pani ze światem ma kontakt.

Dworzec zamknięty na głucho. Remont torów, do środy, czy jakoś. Taktak, kiedyś jeździł pociąg do Medzilaborców, proszę pani, nawet w zeszłym roku, ale teraz nie. Autobusy? Jakieś były, kiedyś, ale teraz też nie ma chyba. No nie ma. No to Nowy Łupków, na piechotę przejdę, jutro, trudno.
Przed dworzec zajeżdżają samochodem miejscowe chłopaki. Okna pootwierane, łokcie wystawione, muzyka. Krzyczą „Obora to my!” i odjeżdżają z piskiem opon.

45 minut za Nowym Łupkowem świat się kończy, jest drogowskaz, można na koniec świata, można do baru, można do karczmy. Jest też tablica, że noclegi. Z numerem telefonu, więc dzwonię, zapowiadam się na za dwie godziny i idę do karczmy. (W której, jak się później okazuje, nie wolno sikać na stojąco).
Potem po ciemku drogą przez łąki. Pachnie słodko i nieprzyzwoicie, gwiazdy cykają. W połowie drogi samochód, pani Krysia wysłała po mnie jednego ze swoich gości. Grzegorz, z Łodzi, z kolegą tutaj z wykrywaczem metalu chodzą, jutro wracają, krótki wypad taki, czterodniowy.

*

Rano pani Krysia robi mi bardzo żółtą jajecznicę i pokazuje na mapie, jak się dostać do Medzilaborców. Komórką fotografuję kluczowy fragment. Własnej mapy tych okolic nie mam, zbierałam się w pośpiechu, prawie nic nie zaplanowałam, tyle że Medzilaborce i że tam jakieś mapy siękupi i sięzobaczy. Przed urlopem dużo się działo, tak wyszło, i teraz lekcje chaosu. Co mnie zresztą cieszy, bo przygoda.

Najpierw jest łatwo, idę torami, zrywam sobie jakieś pomarańczowe niezapominajki, obserwuję płochliwe zwierzątka i tak dalej. Ale potem tunel, a ze zdjęcia w komórce wiem, że długi. Pociągi niby nie jeżdżą, ale gdyby? Tunel wąski. Więc górą, przez chaszcze. Po piętnastu minutach dopada mnie obezwładniające zmęczenie i przez chwilę serio się obawiam, że będę musiała odwołać wakacje. Potem mija. W chaszczach spędzam sporo czasu, bo krążę i mam interesujące przemyślenia dotyczące procesów decyzyjnych.
Później, już po słowackiej stronie, torami. Gorąco, pić mi się chce, nie mam wody (a bo sklepu w Łupkowie nie było; mówiłam, lekcje chaosu), studnia po drodze wyschnięta. Wreszcie docieram do Paloty, w pierwszym gospodarstwie proszę o wodę, dostaję całą butelkę.

Z Medzilaborców postanawiam jechać od razu do Humennego. Naprzeciwko dworca ogromny sklep z kryształowymi żyrandolami, niektóre gigantyczne. Zagapiam się, ekscytuję, ale zdjęć nie robię, bo mi jednak trochę głupio. Dworcowy bar, kawa w szklance, rozmowa z miejscowymi. A skąd, a dokąd, a czy nie boi się pani tak sama, trenuje pani (tu kilka ciosów w powietrze) karate?
Pytanie o to, czy nie boję się tak sama, będę słyszała od prawie każdego spotkanego Słowaka. Stanie się to jednym z istotnych powodów, dla których końcówkę urlopu postanowię spędzić w Polsce, gdzie od paru lat już nie pytają, a przynajmniej nie tak często. (Dwa lata temu w Gorcach spotkałam nawet inną samotnie podróżującą dziewczynę. Z psem wprawdzie, ale za to zimą).

W Humennem znajduję internat z wielkim okrągłym lustrem, w którym się następnego dnia rano fotografuję, ponieważ dużo się nad sobą zastanawiam.

*

Szukam map najbliższej okolicy, bo podobno ciekawe góry, wulkaniczne. Ale gdzie tam. Nie ma. No to zmiana planów. Prešov. Odbijam sobie dotychczasowe niepowodzenia i kupuję prawie kilogram map (tak, kurczę! przed chwilą zważyłam). Następnie nie znajduję noclegu, nabywam karimatę w Tesco i około dziewiątej wieczorem wysiadam z pociągu w Sabinovie.

Mapy okażą się niezłe – z jednym dość poważnym zastrzeżeniem: hotele, schroniska i pensjonaty zaznaczono na nich czterema rodzajami piktogramów, które jednak nie są przypisywane obiektom zależnie od standardu czy ceny noclegu, ale według jakichś innych kryteriów, które do końca pozostały dla mnie nieprzeniknione. Ponadto, jak się wkrótce miałam przekonać, część tych placówek jest zamknięta na głucho.

W Sabinovie czerwony domek z mapy okazuje się hotelem za 50 euro. Uznaję to za lekką przesadę. Ochroniarz mówi, że coś tańszego jest podobno 7 kilometrów dalej, ale mnie się nie chce tyle, o tej porze i nie na pewno. Idę przez Sabinov, zastanawiam się, rozglądam. Dworzec? Dworce to nie są dobre miejsca. Patrzę – cmentarz. Ogrodzony murem, ale bramy pootwierane, drzewami ładnie obsadzony, w dalszych alejkach cień głęboki, wspaniale. Noc ciepła, jakby tak jakąś ławeczkę albo, jeszcze lepiej, dostać się do takiego grobu-kapliczki…
Jedyna kapliczka niestety porządnie zamknięta. Idę dalej, wspinam się na wzgórze. To nowsza część, świeże groby, jeszcze sporo wolnego miejsca, a na samym szczycie – dom pogrzebowy, z bardzo fajnym daszkiem. Świecę sobie latarką, dowiaduję się, ile kosztuje pogrzeb dorosły, a ile dziecięcy, obchodzę budynek dookoła. Na parkingu zauważam samochód, słyszę głosy, męski i kobiecy, wycofuję się. Rozkładam karimatę z Tesco we wnęce przy bocznych drzwiach. Samochód wkrótce odjeżdża.

[zdjęcia]