2011 Październik

10.2011


PTWK 004 wczasachmlodosci

Alek, mój trzyletni brat cioteczny, pokazuje mi swoje samochodziki.
– Ile ich jest? – pytam.
– Osiemdzieści.
– Osiemdzieści – wyjaśnia Paweł, ojciec Alka – oznacza bardzo dużo. Najwięcej.

posluszenstwo1
posluszenstwo2

pod centrum handlowym
gołębia bez głowy
dzióbały kruki i wrony

a głowa
z otwartym wciąż okiem
kawałek dalej leżała
pod blokiem

[za facebookowym statusem Zoś: „pod centrum handlowym sadyba krukowate jadły gołębia bez głowy”]

leksykon01

2008. Rysunek odnaleziony niedawno i przypadkiem w pudle, które leży na szafie.

[Poprzednia część tu.]

Odjechał po trzecim „nie”. W kierunku, z którego przyjechaliśmy. I wtedy sobie przypomniałam. Widziałam go rano przy stoliku przed motelową knajpą i uśmiechnęłam się do niego.

Potem przez Rajtopíky i sedlo Humenec na Sl’ubicę i do Vojkovców, gdzie dowiaduję się, że za Kal’avą szlak poprowadzono naokoło, żeby omijał cygańską osadę, bo „Cygany rozbójniki” turystów okradały. Tak samotnie podróżować, niebezpiecznie. U was, w Polsce, to jeszcze, Cyganów tyle nie ma, ale tu… panie!

Do Kal’avy szosą przez pola, stamtąd do Kalinovców przez las w zapadającym zmroku. Myślę o cygańskiej osadzie, gdzieś tam za drzewami.
Do Krompach już po ciemku. Szukam zaznaczonego na mapie noclegu na obrzeżach, ale okolica nieciekawa, jakieś składy, magazyny, opuszczone domy, rozlatujące się ogrodzenia z falistej blachy i niczego, co przypominałoby hotel/pensjonat/schronisko, więc rezygnuję, idę do miasta. Wpół do dziewiątej znajduję Penzión Bar Diamond. Tak, można się zatrzymać na noc, chłopak zza baru się uśmiecha, może masz ochotę na piwo, usiądź, trzeba przygotować pokój, to trochę potrwa. A potem prowadzi mnie przez zaplecze, jakieś pomieszczenia w remoncie, deski, ziemia, cegły, worki z cementem, ciemno.
– Pozor – mówi i podaje mi rękę, jak dziecku. Wchodzimy na piętro, chłopak cicho się śmieje. – Ideme do neba, hej?

Niebo, ku mojemu zaskoczeniu, też znajduje się na parterze. Przez okno zagląda sympatyczny duży pies, który na pewno jest suką.

*

Rano wychodzę bez pożegnania, bo bar jeszcze zamknięty. Okazuje się, że w Krompachach mieszka dużo Cyganów rozbójników. Są mili, uśmiechają się, mówią mi dobrý deň. W zasadzie sprawiają wrażenie dużo bardziej otwartych niż Słowacy, którzy potrafią odprowadzić mnie ciężkim spojrzeniem albo dziwią się mojemu samotnemu podróżowaniu, prawie pukając się w czoło. Może z rozwieszonymi na plecaku wypranymi majtkami, w ubłoconych spodniach i niechlujnie zawiązanym turbanie wydaję im się obca. A Cyganie sami są obcy, więc.

Potem Plejsy, gdzie pepsi dowożą na gąsienicach, Slovinky, na koniec w stronę schroniska Czarny Bocian. Po drodze spotykam miejscowych, ostrzegają, że zamknięte. Nie zrażam się, znajdę sobie ganek-daszek, co to dla mnie.
Schronisko bardzo ładne, z dużym tarasem, daszków pod dostatkiem. Porządnie ogrodzone, przechodząc przez płot, obcieram sobie rękę. Zadowolona z siebie wszystko dokładnie oglądam, zdejmuję skarpetki, wkładam sandały. Już mam otworzyć piwo, kiedy pojawia się stróż. Że mam iść. Sprawdza okna i drzwi (no tak, przecież mogłam się włamać). Próbuję negocjować – że zapłacę, że może być bez pościeli, że późno, zaraz noc, że do wsi ze dwa kilometry, a ja zmęczona; bo już byłam, i to bardzo. Nie, on bez szefa nie może. A zadzwonić do szefa? Śmieje się. Nie. A czemu nie? Bo nie. Późno. Nie mój problem.
Cóż, istotnie nie jego. Tyle dobrego, że mi furtkę otworzył.

Po godzinie i piętnastu minutach szybkiego marszu w ciemności docieram do czegoś w rodzaju spa, ze śliczną recepcjonistką gratis.

*

Niedziela, ostre wrześniowe słońce, mieszkańcy Porača idą do kościoła. Odświętnie ubrani, każdy z czerwonym modlitewnikiem w ręku.
Ja w przeciwnym kierunku. Sklepy pozamykane, wiadomo, niedziela. Siadam na ławce pod drzewem, zjadam resztkę chleba i ser. Jacyś mężczyźni ze szlauchem myją drzewa. Woda płynie po asfalcie, migocze w słońcu, dzwonią dzwony. Przypominają mi się dzwony i woda na asfalcie w Srebrnej Górze, rok wcześniej. Dziwne wrażenie, takie chwilę-przed-prawdą, że można by siedem tomów napisać i do tej prawdy nie dojść.

Po dziesiątej otwiera się bar, idę na kawę. Barman, młody chłopak, kładzie dłonie na kontuarze, opiera na nich brodę, patrzy mi w oczy, uśmiecha się. Kawę? Jaką? Nasza rozmowa brzmi jak żart. Z cukrem? Ile? Siadam przy stoliku pod oknem, saszetka z cukrem wpada mi do szklanki. Wyławiam ją i bez większego przekonania próbuję wycisnąć z papieru wilgotne kryształki. Po chwili pojawia się przy mnie barman i uśmiechnięty bez słowa podaje mi drugą.

Potem Bukovec i Sedlo pod Bukovcom, gdzie niechcący schodzę ze szlaku. Przez ponad godzinę idę drogą, która tak się wije, że często wątpię, do chwili, gdy spotkam miejscowych, którzy potwierdzą, że tak, Švedlár to tędy.

Według mapy ze dwa kilometry za Švedlarem powinien być ośrodek wypoczynkowy. Jest. Zamknięty.

[zdjęcia]