2012 Czerwiec

06.2012



W nieczynnym muzeum. Kliknąwszy itd.

Dla plu, ponieważ i zgodnie z obietnicą.
Rysunek z bardzo nudnych zajęć o tym, z czego składa się książka.
Kliknąwszy itd.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Byliśmy wczoraj nad morzem. Zaparkowałam samolot w porcie, potem szliśmy na piechotę, Adam, ja i mama z trzyletnim moim piętnastoletnim bratem w wózku. Przyleciały sowy syjamskie, zrośnięte. Miały kocie oczy, mlecznozielone i bardzo piękne, a na brzuchach pióra ze szmaragdów, a może z butelkowego szkła. Ta po prawej złapała dwie żmije i tak leciały z nimi nad nami. Potem sowa upuściła żmije, one się rozpełzły, i nawet się nie bałam, chociaż miałam sandały, a nie trampki jak wszyscy.

Na chłopczyka w mroku nocy
błędny ognik mruga:
„Chcesz, opowiem ci o życiu,
to nie potrwa długo:

Raz dziewczynkę z popielnika
iskiereczka kusi:
«Chcesz, opowiem ci o śmierci,
nie mów nic mamusi:

Tatę zjadł kot, mamę zjadł pies,
a ciebie myszka zjadła.
Potem pies kota, potem kot śmierć…».
– Ognik dopalił się i zgasł. –
Cyt! Iskierka spadła”.

Patrzy chłopczyk, ciszy słucha,
zaszły łzą oczęta.
Błędny ognik go okłamał,
chłopczyk zapamięta.

[Por. ***.]

Na budynku dworca Warszawa Śródmieście jest duży napis Warszawa Śródmieście. Na kreseczce nad pierwszym Ś siedzi sroka, ogon trzyma równolegle do kreseczki.
Naprzeciwko szpitala MSWiA stoi kamienica. Na parterze mieszczą się sklep medyczny i jubiler, na pierwszym piętrze zakład pogrzebowy i lombard.
Na jednym z budynków przy placu Zawiszy jest duży napis brajlem. Cztery metry nad ziemią, więc nikt go nie przeczyta.
Na cmentarzu Old Brompton stoi nagrobek z napisem John Smith, kropka.

Zaczęło się od czegoś zupełnie innego, Radeczek napisał mi o Gabrielu Zabłudowskim, to jest dla M-lle kandydat na ikonę. Ale Dzieciątko Gawriła zupełnie mi do mojego ikonostasu nie pasowało.
Kliknąwszy itd.
A o Żydzie z pieniążkiem ciekawy artykuł można tutaj.

Bar Kawowy P, jakiś czas temu. Adam i ja idziemy po piwo. Za barem młoda dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Szczupła, blada, i nie wiadomo, niewyspana czy zakłopotana, ale już na pierwszy rzut oka zupełnie odklejona od rzeczywistości.
– Dobry wieczór – mówimy.
– Dobry wieczór – odpowiada ona cicho i uśmiecha się, jakbyśmy powiedzieli coś bardzo śmiesznego i zupełnie nie na miejscu.
– Poprosimy dwa lechy zielone, w butelce – mówię.
– Dwa lechy? – Patrzy na nas z niedowierzaniem.
– Tak – odpowiada Adam. – W butelce, zimne.

Dziewczyna rzuca nam zdziwione spojrzenie i idzie na zaplecze. Podekscytowani czekamy, co będzie dalej. Pojawia się S, daje mi 10 złotych, prosi, żebyśmy wzięli jedno też dla niego. Dziewczyna wraca, stawia przed nami dwie butelki.
– Jeszcze jedno, jeśli można – mówi Adam.
– Jeszcze jedno? – powtarza ona, wstrząśnięta, ale wciąż jakby senna.
– Tak, poprosimy – mówię.

Dziewczyna powoli zdejmuje kapsle.
– Tylko proszę nie przelewać.
– My nie przelewamy – obrusza się zza jej pleców starsza barmanka.
Kładziemy pieniądze na barze. Dziewczyna patrzy na nie skonsternowana, potem na nas, na starszą barmankę, znowu na pieniądze. Dość długo milczy, wreszcie oznajmia, z rozbrajającym uśmiechem, ale jakoś tak nieodwołalnie i nie bez mrocznej satysfakcji:
– Nie mam jak wydać.
– Jak to?
– No, nie mam – mówi i zaczyna bez przekonania siłować się z szufladą. Siłuje się, siłuje, zupełnie bezskutecznie, i dodaje: – Chyba że pięciogroszówkami.

Po następne piwo idzie S. Bardzo długo go nie ma, wreszcie wraca, stawia butelki na stoliku i mówi:
– Podchodzę do baru i pytam: „Czy mogę zamówić? Są drobne?”. Na to wtrąca się pani Irena: „To myśli pan, że nawet drobnych nie ma?”. „Drobnych nie było, ale – dodaję przypochlebnie – na pewno są grube”. A pani Irena wtedy: „Ważne, żeby grube były. Zawsze można rozmienić na drobne”.

Po paradzie, u Mademoiselle Blanche. Część zgromadzenia czyta Edmunda White’a, część rozmawia o korporacjach, S, Adam i ja słuchamy z gospodynią Marii Callas. Przy Un bel di vedremo S trochę się krzywi, co widząc, Mademoiselle Blanche przystępuje do płomiennej obrony Madamy Butterfly.
– Bo prawdziwa dama, jak czeka na statek… – zaczyna ze swojego fotela pod oknem. – Ja ci powiem, bo ja jestem starsza – wtrąca, upiwszy łyk wina.
– W wieku balzakowskim? – dopytuje S.
– Jakim balzakowskim?! On! – Oburzona Blanche wskazuje na Marcina. – On jest w balzakowskim! Ja jestem w średnim! …No więc – podejmuje po chwili – prawdziwa dama, jak tak czeka i czeka, to różne rzeczy mogą jej przyjść do głowy.
– Na przykład co?
– Na przykład przestać czekać…


Kliknąwszy itd.