2012 Wrzesień

09.2012



A, tak mi się przypomniało. Grudzień zeszłego roku, w tle moskwicz. Ukłony dla Panny To. Kliknąwszy itd.

…albo jeszcze miałem taką wizję – powiedział w sobotę rano Adam – że umiem się porozumiewać ze zwierzętami, jak Batman, i przywołuję wilki, puchacze i nietoperze… Albo że jestem Więcejniżbreivikiem i idę tam do nich z karabinem, i… A wiesz, jak spałaś, to na namiocie przysiadł ptaszek… I jeszcze taką rozmowę słyszałem – Chłopiec pyta: Tata, a gdzie oni są, te namioty? – Poszli w góry. – Namioty?!

Potem pekaes do Komańczy. Wchodzi dwóch chłopaków z grzybami i kobieta z wielkim garnkiem. Podzwania garnkiem, podzwania sprzączkami i mówi: Nie ma grzyba w tym roku; się zobaczy, w jesieni co będzie. W Nowym Łupkowie, gdzie koło przystanku jest drogowskaz na koniec świata, obserwuję przez szybę człowieka z siatką z Delikatesów Centrum. Pali, już prawie filtr i długie pożółkłe paznokcie. Wsiada, uderza głową w lusterko wsteczne, krzywię się empatycznie, kierowca puszcza do mnie oko.

W Komańczy sprawdzamy rozkład jazdy, do Moszczańca w niedziele i święta pekaes za kilka godzin. Na obiad idziemy, na zakupy, do bankomatu, na ławeczkę w Kompleksie Rekreacyjnym w Komańczy, zakaz przebywania po zmroku, fontanna, Matka Boska Niewidoczna. Potem na przystanek, jakaś pani z głębokim dekoltem głęboko się pochyla (U mnie w podstawówce mówiło się w takich sytuacjach „darmowe kino”, mówi Adam), pekaes nie nadjeżdża, dociera do nas, że daliśmy się zwieść elipsie kwantyfikacyjnej, idziemy łapać stopa.

Łapiemy sympatyczne małżeństwo koło pięćdziesiątki. Pani opowiada o niedźwiedziach. Że jest ich ostatnio coraz więcej, wilków zresztą też, że w samym Beskidzie Niskim niedźwiedzi jest już podobno około sto trzydzieści, że w tej i w tamtej okolicy zwłaszcza, i że pytała wczoraj leśniczego, co należy robić, jak się trafi na niedźwiedzia. No właśnie, co? Odpowiedział mi w sposób, który mnie trochę zeźlił… „Proszę pani, jak się pani boi niedźwiedzia, to niech pani nie chodzi do lasu”.

[zdjęcia]

Tydzień temu, późne popołudnie w Cafe Próżnia. Mama i ja siedzimy na zewnątrz. Wąski chodnik, trzy stoliki, widok na ogrodzenie z blachy – trwa remont przedwojennej kamienicy naprzeciwko, robotnicy noszą jakieś kubły, mieszadła, trochę hałas. I senny zamęt, ludzie chodzą, część jakby zwiedza (uśmiecham się do nich, niech mają z tego miasta dobre wrażenia), wystudiowanym krokiem sunie mężczyzna ubrany według najświeższej hipsterskiej mody, zarzuca złotą grzywą, wrześniowe słońce powoli chowa się za itd.

Potem z bramy wychodzi starsza pani. Szczupła, niewysoka, o lasce. Elegancka, w beżowej garsonce, ze starannie zawiązaną apaszką. Makijaż delikatny, jak rzadko u starszych pań, szminka perłoworóżowa. Idzie bardzo, bardzo powoli, z widocznym wysiłkiem, kroki stawia małe, trochę jakby bała się przewrócić. Mija nasz stolik, przygląda się w milczeniu – nie wiem – mnie, mamie, mojej filiżance, mamy szklance, powietrzu, może wcale nas nie widzi. Przez chwilę mam wrażenie, że chce o coś zapytać, nachylam się nawet lekko w jej stronę, ale nie, chyba jednak nie, zatrzymuję się w połowie gestu, starsza pani idzie dalej, mama podejmuje przerwany wątek.

A potem słyszę za plecami coś, co gdyby mówiąca nie była osobą o nienagannych manierach, byłoby krzykiem:
– Nie, dziękuję. Proszę to schować.
Odwracam się. Starsza pani w beżowej garsonce wstaje od stolika, przy którym siedzi młody mężczyzna. Mężczyzna też wstaje, skonsternowany, w ręku wciąż trzyma otwarty portfel.
–  Obraziła się pani? – trochę pyta, trochę bezradnie stwierdza fakt.
– Nie, nie obraziła – drżącym głosem odpowiada starsza pani. – Po prostu nie potrzebuję pomocy, dziękuję.

W gąszczu było pod górkę i z górki i znowu, i długo, gorąco i droga kręta. Szliśmy do Cisnej. Moje kolano bolało, Adama zaczęło, i stopa. Po iluś godzinach usłyszeliśmy w dole szosę. A tam, powiedział Adam, wystaw sobie, znowu będą ci panowie. I znowu nas zapytają „Kawy? Herbaty?”…
Do schroniska dotarliśmy tak zmęczeni, że mi się rzygać chciało. Zjedliśmy po chińskiej zupce, poszliśmy do namiotu spać. Tego dnia Adam uratował dwa ślimaki bez skorupki.

Rano postanowiliśmy zostać na jeszcze jedną noc, żeby trochę odpocząć. Wyjęliśmy z namiotu żuka, Adam zrobił pranie, ja wzięłam prysznic, poszliśmy na spacer – do punktu aptecznego (bandaż, maść rozgrzewająca), gdzie spotkaliśmy leśnego diabła o niezwykle jasnych oczach (igła, strzykawka; dziarski bieg po schodach), do centrum (knajpy, zapach smażonej ryby), na przystanek pekaesu (brak rozkładu jazdy, po drodze indyk), na cmentarz (Jezus na półksiężycu, muzułmański), wróciliśmy.
Przez pierwsze pół godziny nikt nie śpiewał, potem przyszedł autystyczny grajek gitarowy. Nikt nie znał jego piosenek, nikt mu nie wtórował, nikt go nawet nie słuchał (jeśli nie liczyć jednej małej dziewczynki), ale chyba w ogóle mu to nie przeszkadzało. Poszliśmy do namiotu spać. Następnego dnia mieliśmy jechać do Komańczy.

Około północy przy ognisku zaczęła się impreza. Śpiewaków i grajków było jakieś straszne mnóstwo, co gorsza oprócz gitar mieli jeszcze flecik i bębny. Z naszego namiotu słychać było wszystko doskonale. Wycie, brzdąkanie, walenie, popiskiwanie, pokrzykiwanie i dowindy. Śpiewali tak i grali do pierwszej – zasnęłam – drugiej – Adam nie spał – drugiej, po drugiej… Wpół do trzeciej obudził mnie jakiś ruch i ciche sapanie. Wyciągnęłam rękę w stronę twarzy Adama, ale pod palcami poczułam futro. Chyba właśnie zamieniał się w niedźwiedzia. Pogłaskałam go, zamknęłam oczy. W półśnie słyszałam, jak wychodzi z namiotu, jak nagle urywa się całe to granie, śpiewanie i walenie w bębny, jak przechodzi w jeden wielki wrzask przerażenia i tupot dziesiątek uciekających nóg.
I tylko jeszcze ktoś krzyknął ze zgrozą: Nasrał nam do gitary!, a potem wszystko ucichło.

[zdjęcia]

Rysunek z czasów, kiedy cotygodniowe wtorkowe zebranie kończyło się o 12. Już dość, toczy napatoczy. Kliknąwszy itd.


Cerkiew św. Mikołaja w Zyndranowej. Kliknąwszy itd.
I rysunek sprzed 11 lat.

Wypłukałam błoto ze spodni, prawie się umywalka zapchała. Adam rozwiesił ubrania, zaniósł plecaki do pokoju i rozłożył rzeczy do suszenia, ja zabrałam się za buty. Ładuję glany pod kran, płuczę, płuczę, drżą płomyki świec. Bo schronisko bez prądu, świece nad umywalkami i w jadalni, ale do pokoju trzeba z latarką, do kibla z latarką. Jak weszłam do łazienki, akurat załapałam się na rozmowę gitarowego wodzireja ze śpiewakiem schroniskowym, przekrzykiwali się z kabiny do kabiny: Aaa, bo ty nie masz latarki, to nie widzisz swojego. Może to i lepiej, nie będziesz miał kompleksów… Potem wyszedł jeden z drugim, Oj, tu kobieta jest, a my takie rozmowy, śpiewak poszedł, wodzirej został, pijany, wesoły, zagaduje.
– Oho! Błoto?
– Błoto – odpowiadam ze śmiertelną powagą, nie patrząc w jego stronę.
– Łał, glany!
– Tak, glany.
– Tak pod kran? Są z gumy? (Haha?)
– Nie – nie podnoszę wzroku, nie wykazuję się poczuciem humoru. – Po prostu i tak całkiem przemokły.
– A małżonek czeka…
– Odpoczywa – odstawiam glany, biorę buty Adama.
– Skąd jesteście?
– Z Warszawy.
– Czy w Warszawie nie lubią poznaniaków? – Tak, wiem już, że wodzirej jest z Poznania, słyszeliśmy jeszcze pod Rawkami. Wygrzebuję kamyk z podeszwy, patrzę na wodzireja. – Haha? – Chyba zbyt długo milczę.
– Nie wydaje mi się.
– No dobrze, widzę, że robota poważna, nie przeszkadzam. – I poszedł.

Wracam do jadalni, grajkowie schroniskowi skończyli piwo, otwierają wiśniówkę, dolewają poznaniakowi, planują wspólną wycieczkę na następny dzień, Pójdziemy razem, będzie fajnie, w Ustrzykach się prześpimy… Tylko żeby gitara była, gitara koniecznie, popiskują dziewczynki schroniskowe śpiewaczki. Potem tramwaj na przystanku zakwitł i zapomniał wszystko, ziemia uciekła do windy, niebo zapłakało, a my poszliśmy na górę i nic nie słyszeliśmy, i spaliśmy bardzo dobrze.

Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę Dołżycy. Zielony mosteczek nie uginał się, Adam zaśpiewał mi streszczenie piosenki o Sztirlitzu i Klossie. Przy drodze stała niebieska budka z blachy falistej, przed budką siedziało dwóch panów, pili wódkę.
– Dzień dobry – przywitaliśmy się.
– Dzień dobry – przywitali się panowie i zaśmiali się do nas. – Kawy? Herbaty?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów.
– Psa?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów, poszliśmy i zgubiliśmy szlak. Wracamy.
– Kawy? Herbaty? – pytają panowie.
– Dziękujemy – dziękujemy.
– Wody? – śmieją się do nas panowie.
– Dziękujemy – śmiejemy się do panów, idziemy i wchodzimy w gąszcz.

[zdjęcia]

W tysiąc dziewięćset którąś rocznicę wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny długo i bezkutecznie czekaliśmy na pekaes. Przestało padać, momentami nawet wyglądało słońce – Michał z Wojtkiem specjalnie dla nas skrócili swój pobyt w Bieszczadach. Po drugiej stronie drogi stachurowiec z mapą w bocznej kieszeni spłowiałych spodni łapał stopa i próbował z nami rozmawiać (eee, z dziewuchą łapie się łatwiej). Potem przyjechał harlejowiec z brzuszkiem i lisimi ogonami, zaproponował stachurowcowi, że go podwiezie, chociaż sam w przeciwnym kierunku, ale co tam. Już ich sobie wyobraziliśmy na tym motorze razem, stachurowiec trzymający harlejowca za brzuszek, do jego pleców przytulony, taka super przygoda, stylowa podwózka, ale stachurowiec czemuś się wystraszył, wymiękł, podziękował, że nie. Pekaes nie przyjechał, poszliśmy.

Spotkaliśmy czarne owce z białymi ogonami i weszliśmy na Połoninę Wetlińską, gdzie mnie kiedyś spłodzono na skrzyni na materace. Po drodze nawet mieliśmy widoki. W schronisku było zimno, tłoczno i nieprzyjemnie, na zewnątrz zebrały się chmury. Zjedliśmy kanapki, wzięliśmy trzy kamyczki, założyliśmy pałatki, poszliśmy. Na schodkach poprzedniego dnia nadwyrężyłam sobie kolano, więc bardzo powoli, bo ja o prostej nodze. Kiedy przestało padać, weszliśmy akurat na wąską ścieżkę przez jagodowisko, spodnie natychmiast nam przemokły, a mnie się jeszcze z tych krzaczków do glanów nalało. Kiedy weszliśmy w las, zapadł zmrok.

I idziemy, świecę czołówką, błoto straszne, ślisko, ścieżynka wąska, w wysokich zaroślach się wije (kleszcze!), gubimy drogę raz i drugi, szeleści folia pałatek.
W sumie dobrze, myślę, że robimy tyle hałasu, cholera wie, co po tych krzakach chodzi, może nawet niedźwiedzie – ale zachowuję tę myśl dla siebie, żeby nie straszyć Adama.
Cholerka, oby to nie był niedźwiedź. Nie, to pień. Dobrze, dobrze. Pałatki szeleszczą, co ma uciec, ucieknie. Co to za szelest? O Boże. Nie, dobrze – myśli Adam, ale zachowuje te myśli dla siebie, żeby mnie nie straszyć.
Przystajemy, szum folii cichnie, słychać trzask gałązek i szelest liści.
– Sarna? – Adam widział biały kuper. – Czujesz?
– Mhm, świeża kupa…

A potem był ten drogowskaz. BACÓWKA. Jedna droga w górę na prawo, druga w dół na wprost, drogowskaz wskazuje jakby obie. Więc my najpierw dwa kilometry w dół, potem z powrotem, półtora kilometra w górę, i z powrotem, i było już dobrze po dziewiątej, kiedy Adam znalazł pomiędzy tymi drogami ukrytą w zaroślach krętą ścieżynkę, ale tak ukrytą, że nigdy bym nie pomyślała; jakiś rów, jakiś nasyp na ponad metr, siatka jakaś, chaszcze.
Do schroniska na Jaworcu dotarliśmy o dziesiątej, ubłoceni po kolana. Weszliśmy do jadalni, a tam grajkowie schroniskowi, między innymi gitarowy wodzirej z dnia poprzedniego. Whisky moja żono. Uciekła do windy. Ziemia toczy, toczy, co się napatoczy, już dość, już dość. Ze mną można tylko pójść na
– Jagodowisko – dopowiadamy bardzo złym szeptem.

[zdjęcia]

Wieczorem przyjechali motocykliści. Akurat zapadaliśmy w letarg po obiedzie w restauracji (co my tu mamy bez mięsa… pomidorowa, żurek, flaki…). Skuliliśmy się na łóżku pod szarymi kocami, nie lubiliśmy, nasłuchiwali. Któryś otworzył drzwi do naszego pokoju, zapalił światło, głośno kichnął do środka i nie zgasiwszy światła, zamknął drzwi. Zajęli pokój obok. W nocy byli cicho, rano okazali się całkiem mili.

We wtorek znowu pojechaliśmy do Ustrzyk. Kiedy wsiedliśmy do pekaesu, kierowca rozmawiał akurat z pasażerkami o ludzkiej arogancji.
– Jakaś pycha go pochłonie, a to jest kawał gupola. Pan kierowca! Jest udowodnione, że im więcej kto ma mądrości i wiedzy, tym bardziej się niży… I jeszcze mi przyszło do głowy takie zdanie, że tak jest w Biblii napisane: nie siadaj na pierwszych siedzeniach, bo ktoś cię wyprosi i będzie ci głupio; a jak siądziesz z tyłu i ktoś cię zaprosi, to będzie ci miło.
– A do kościoła to tutaj?
– Nie, na następnym zakręcie.

W Ustrzykach w restauracji Eskulap promocja: zestaw obiadowy, pomidorowa + pierogi ruskie, za jedyne 17 zł. Z ciekawości sprawdziłam – osobno pomidorowa kosztowała 5, a pierogi 12.
Zamawia się, dają paragon z numerkiem, jak jest gotowe, przez mikrofon mówią numerek.
– Dziękuję za paragon – dziękuje chłopak przede mną.
– Ale będzie panu potrzebny numerek – nalega barmanka. – 22, zapamięta pan?
– Zapamiętam – uśmiecha się chłopak. – Nic innego mojej głowy nie zaprzęga.

Poszliśmy na Rawki, pogoda paskudna, wiało padało. Do dolnej krawędzi swojej foliowej pałatki taśmą do kneblowania przykleiłam kamyki, dzięki temu się nie podwija, kolana mniej mokną. Do schroniska pod Małą Rawką dotarliśmy przemoczeni i zmęczeni. Rozwiesiliśmy rzeczy gdzie się dało, przysiedliśmy się do najbardziej na pierwszy rzut oka nietowarzyskiej dziewczyny w jadalni, zamówiliśmy grzane piwo. Strasznie było fajnie, dziewczyna nic nie mówiła, tylko parę razy się uśmiechnęła, przyszedł kot. Potem wszystko się zmieniło. Dziewczyna zaczęła z nami rozmawiać, turyści zaczęli grać na gitarze i śpiewać (jakieś Stare Dobre Małżeństwa i Bukowiny, Whisky moja żono, wreszcie nawet Uciek ła do windy), a na koniec przyszedł zgarbiony chłopak w ciężkich okularach, przysiadł się bez pytania i próbował przepędzić kota. Kot tu zostaje, oznajmiłam mało sympatycznie. Kot został, chłopak jeszcze bardziej się zgarbił. Ale potem przyszli jego koledzy i koleżanka, przysiedli się bez pytania, śmierdzieli i hałasowali. Uciekliśmy na stryszek. Ledwie zasnęliśmy, przyszli i nas obudzili. Wtedy po raz pierwszy pomyśleliśmy, że trzeba będzie zmienić góry.

[zdjęcia]

W urodziny Adama od rana była mżawka, namiot zwinęliśmy wilgotny. W sklepie mieli tylko piwo, czipsy i batoniki, więc na śniadanie zjedliśmy chińskie zupki. Mnie włączył się już tryb nietowarzyski, Adam postanowił uciąć sobie small-talk z najbardziej wycofanym gościem pola namiotowego. Tomasz Geograf siedział w Bieszczadach już drugi tydzień, wyrosła mu całkiem porządna broda. Zbierał materiały do magisterki, badał koryto Sanu; chodził po jakichś krzakach (na szczęście moje przyrządy nie są zbyt ciężkie, ani, prawdę mówiąc, zbyt skomplikowane), widział rysia i odradził spacery wzdłuż ukraińskiej granicy (słyszałem o takich, co spędzili urlop w lwowskim areszcie).
Pożegnaliśmy się, poszliśmy, zaczęło lać. Schowaliśmy się pod byłą bramą zakładów Iglopol. Spędziliśmy tam jakieś półtorej godziny; patrzyliśmy na deszcz, na konie leżące w trawie (jeden miał numer na boku), patyczkami i kupkami zeschłych źdźbeł zmienialiśmy bieg cieknącej po asfalcie wody, zrobiliśmy kawę, napiliśmy się whisky. Jak przestało, poszliśmy na torfowisko.

Nocowaliśmy w schronisku młodzieżowym w Stuposianach. Rano padało, Adam wymyślił plan. Pojechaliśmy pekaesem do Ustrzyk. Siedliśmy na pierwszych siedzieniach, słuchaliśmy kierowcy.
To już nie są te Bieszczady, co kiedyś… Kiedyś to tu było kolorowo od namiotów, namiot na namiocie. Cały lipiec jeden z drugim rozładowywał wagony, sierpień – jechali w Bieszczady. Zatrzymywali autobus, panie kierowco, pan nas zabierze! Gdzie, jak ja pełny jestem! A teraz… To już nie te same Bieszczady… Kiedyś na znakach było „serpentyny”, a teraz co? „Droga kręta”.
Adam uratował winniczka, potem we mgle i w deszczu, w porywistym wietrze i zawrotnym tempie zdobyliśmy Tarnicę i zeszli do Wołosatego, akurat na autobus.
– Jedzie pan przez Stuposiany?
– Tak. – Kierowca patrzy na nas naburmuszony, z góry do dołu obcina, coś w myśli przeżuwa, wreszcie mówi: – Tylko te buty trochę wyczyśćcie, ja do Rzeszowa jadę.

[zdjęcia]