2013 Sierpień

08.2013


Wczoraj w pracy kuchnia była zamknięta po zagładzie, na drzwiach kartka ZAKAZ WSTĘPU!!!, obok PROSIMY NIE WCHODZIĆ!!! („A kto to takie rozkazy wydaje?”, skrzywiła się szefowa), a za drzwiami (podobno) cała podłoga martwych prusaków. Może zaszkodził mi smutek, który ustąpił dopiero, kiedy się dowiedziałam, że zabija się je nie tylko ze względu na to, że według niektórych są obrzydliwe (i „zgromadzone w dużej liczbie wydzielają charakterystyczny, niemiły zapach”), ale przede wszystkim dlatego, że przenoszą choroby, może unosiły się jakieś miazmaty trucizny, którą je zabito, może to ciśnienie – dość że zaraz po kolacji padłam na łóżko i spałam aż do dziesiątej. O dziesiątej przyszedł Adam, zapytał, czy chcę whisky, powiedziałam, że tak, Adam przyniósł mi szklankę, a ja znowu zasnęłam. Obudziłam się po jedenastej.
– Może poczytamy Baśnie włoskie? – zaproponował mój mąż.
– Ale ja nie mam siły.
– To ja będę czytał.

calvino

– Hahaha! – ożywiłam się. – To mógłby być koniec tej bajki.
– To jest koniec tej bajki.

(Ludzie spod Bielli są uparci, przeł. Jerzy Popiel; w: Italo Calvino, Baśnie włoskie, t. 1.)

Byliśmy dziś u babci Ka, Adam i ja. Już mieliśmy wychodzić, kiedy mi się przypomniała.
– Mężu, chodź. Coś ci pokażę.
Podłoga w kibelku u babci wyłożona jest małymi granatowymi kafelkami w białe plamki. Na jednym z tych kafelków, które widzi się, siedząc na sedesie, plamki układają się w kształt śpiewaczki operowej. Pamiętam ją od zawsze, Iwasz też. Babcia, jak się okazało, nie wiedziała o niej.

jf20130825spiewaczka_000202

(fot. Adam)

Dzień dwunasty.
Lewkowo Nowe – Juszkowy Gród – Michałowo – Gródek – Piłatowszczyzna – Nietupa – Szaciły – Kruszyniany – Krynki. 65 km.

W Michałowie burza z ulewą, przeczekujemy w karczmie. Przedtem przystanek przeniesiony.

IMG_4285

Po piętnastu kilometrach pod górkę mokrą piaskową drogą rozjeżdżoną przez traktory – Nietupa, w której moglibyśmy mieszkać. Znajdź znak drogowy.

IMG_4293

– Ła, niebo nad Nietupą.
– Niebo nad Nietupą. Można by zrobić taki film.
– No! I nic by się w nim nie działo… – Podchwytuje Adam z entuzjazmem, ale po chwili się zniechęca. – Nie, ja przecież nie lubię takich filmów.

W Kruszynianach (po drodze połamane po burzy drzewa i zerwane druty) tatarski meczet i cmentarz. Oba działające.

IMG_4315

(Na tatarskich grobach nazwisko zmarłego, daty itd. zapisuje się po zewnętrznej stronie nagrobka, ponieważ są to informacje dla aniołów, a nie dla ludzi. Starsze nagrobki to po prostu dwa kamienie – większy od strony głowy, mniejszy w nogach. Wszystko to razem jest trochę mylące, co chwila mamy wrażenie, że włazimy komuś na grób).

IMG_4331

W Krynkach na kwaterze przy sześciobocznym rynku upijamy się whisky i jest to wspaniałe. Zwłaszcza pierwszy łyk i towarzyszące mu pieczenie w gardle oraz lekkie łaskotanie w uszach.

Dzień trzynasty.
Krynki – Szudziałowo – Sokółka – Dąbrowa Białostocka. 58 km.

Nie podobało nam się w Sokółce.

IMG_4339

Podobało nam się w Dąbrowie.

IMG_4343

Dzień czternasty.
Dąbrowa Białostocka – Lipsk – Augustów – Janówka – Jaśki. 63 km.

Adam po drodze do Augustowa: Ugryzła mnie mucha końska.
Nie dosłyszałam, więc się – wzruszona ładną nazwą – upewniam: Mucha kąska?

Przejadłszy się pizzą w Augustowie i przeczekawszy deszcz na przystanku pekaesu w Janówce, zajechaliśmy na nocleg do gospodarstwa agroturystycznego nieopodal świętego miejsca.

IMG_4358

Za ścianą banda hałaśliwych państwa koło pięćdziesiątki. Za oknem mirabelka. Znajdź wróbelka.

IMG_4351

Dzień piętnasty.
Jaśki – Raczki – Suwałki. Pociąg do Warszawy. Ok. 42 km.

Po drodze do Suwałk bocian na latarni,

IMG_4363

w Suwałkach hotol i pajęczak (przy obiedzie),

IMG_4374
IMG_4388

a w pociągu grupa niesympatycznych hałaśliwych grubasów w profesjonalnej rowerowej lajkrze, których nienawidzimy, aż przenoszą się do innego przedziału.

 

W sumie zrobiliśmy ok. 880 kilometrów, zużyliśmy jedno mydło i zjedliśmy ponad dwadzieścia chińskich zupek. Nie zmienialiśmy dętek i nie mieliśmy wypadków, choć parę razy – głównie na białostocczyźnie – trafiliśmy na dziurawe drogi i niebezpiecznie lub po chamsku prowadzących kierowców.
Więcej zdjęć tutaj.

 

Dzień dziewiąty.
Kostomłoty – Lebiedziew – Terespol – Bohukały – Pratulin – Janów Podlaski – Stary Bubel – Gnojno – Borsuki. 68 km.

Upał wciąż.
Rano w podziękowaniu za nocleg wrzucamy pieniądze do cerkiewnej skarbonki, ale tak, żeby ksiądz nie widział.

W Terespolu pod Biedronką dwie dziewczynki, wczesna podstawówka, obie w sukienkach. Jedna kręci się i wdzięczy, druga spokojnie stoi przy wózku na zakupy.
– Pięknie wyglądasz – mówi ta pierwsza, przechylając głowę. Niedbały ton pozwala się domyślać, że to tylko konwencjonalna uprzejmość. Najważniejsze okazuje się pytanie, które pada później. – A ja?
Druga dziewczynka uśmiecha się jak ktoś, kto świetnie się bawi, i wzrusza ramionami:
– Tak o.

Sjesta w Pratulinie przy ostatniej stacji drogi krzyżowej pod lasem, przy grobie męczenników unickich. Stację wcześniej Matka Boska Puls Mierząca.

IMG_4108

Silny wiatr przeciwny i gwałtowne ochłodzenie.
Nocleg w brudnym domku pełnym martwych much. Na dobranoc z komórki czytanki o antysemityzmie.

IMG_4115

Dzień dziesiąty.
Borsuki – Serpelin – Siemiatycze – Grabarka – Milejczyce – Kleszczele – Jelonka – Dubicze Cerkiewne. 82 km.

Wizyta na prawosławnej świętej górze w Grabarce.

IMG_4182

Adam: „Dubicze Cerkiewne. Mniej więcej 580. kilometr naszej wyprawy. Jakiś kilometr przed wioską trwają szalone roboty drogowe (życzą sobie, żeby jechać wertepami, bo na wyremontowanym pasie stoją barierki). No i właśnie tam, o ile znów ma dredy, minął nas Jacek Podsiadło, mówiąc:
– Cześć. Polecam lewą część drogi”.

Nocleg w schronisku młodzieżowym (znowu mamy całą szkołę dla siebie),

IMG_4201

na podwórku ciężarna kocica, nad tablicą po jednej stronie orła katolicki krzyż, po drugiej – prawosławna ikona,

IMG_4211

po drugiej stronie ulicy cerkiew.

IMG_4224

Dzień jedenasty.
Dubicze Cerkiewne – Hajnówka – Białowieża – Narewka – Planta – Lewkowo Nowe. 65 km.

Droga w remoncie aż do Hajnówki, ruch wahadłowy.

W Hajnówce zaczepia nas lekko nieprzytomna kobieta po czterdziestce. Błądzący wzrok, zaniedbane zęby.
– Ile teraz kosztuje karimata? …Bo u nas kiedyś nie było, na Węgrzech musiałam kupować. A jaki tam mają śmieszny język! – Milknie na chwilę i patrzy na mnie bezradnie, a ja zaczynam się obawiać, że zaraz usłyszę coś, co mnie nie ucieszy. – Jak ja mam się pozbyć mojego byłego męża? …Bardzo widać, że jestem pobita? Nie? …Umiejętnie bije. Za włosy – dodaje z czymś w rodzaju roztargnionej satysfakcji, podobnej do tej, z jaką moja mama straszyła Zosię i Stasia deportacjami, kiedy byli mali („Którejś nocy zapukają i powiedzą: Zabierać się, z rzeczami! Macie piętnaście minut! I zaprowadzą do pociągu, który nas wywiezie daleko. Co byście spakowali?”) – za włosy i o ścianę… A to cement jest…
– Nie widać – mówi Adam. – Ładnie pani wygląda.
– Ładnie? – rozpromienia się kobieta. – Ładnie?
Odjeżdżamy, kiedy zaczyna śpiewać piosenkę.

W Białowieży odwiedzamy rezerwat żubrów i innych dzikich zwierząt.

IMG_4248

Dzień szósty.
Ślipcze – Hrubieszów – Dziekanów – Szpikołosy – Matcze – Zagórnik – Dubienka – Husynne – Dorohusk. 61,5 km.

Nieustająco upał.
Koło czwartej nad ranem łoskot rozpędzonego samochodu i głośne skomlenie. Adam wybiega przed dom. Samochód potrącił psa sąsiadów, pies ma uszkodzony kręgosłup, sąsiedzi – sąsiadka stara stara, syn na kacu – jakby nie wiedzą, co robić. Adam oferuje pomoc, dziękują. Parę godzin później dowiadujemy się od naszej gospodyni, że był weterynarz i uśpił.

Z Hrubieszowa wysyłam poleconym do Mariuszka, który opiekuje się pod naszą nieobecność kotami i roślinami, kilka kartek korekty, zużyte fragmenty mapy, obrazek z Matką Boską karmiącą znaleziony przez Adama w opuszczonym domu w Wasylowie i dwie strzykawki po lekarstwach.

Między Hrubieszowem a Matczami homoseksualna propaganda na przystanku PKS.

 

Za Matczami sjesta w lasku. Znajdź ważkę.

A w Dubience ważki na grzędzie.

Nocleg w szkolnym schronisku młodzieżowym. Nikogo oprócz nas nie ma, mamy całą szkołę dla siebie, ale jesteśmy w niej zamknięci na klucz, do rana. Specjalne zarządzenie dyrektorki.
Żeby nie włączać górnego światła, instaluję w naszej klasie znalezione w kanciapie lampki choinkowe.

Robimy obchód, z butelkami piwa w dłoni, na bosaka. Szkoła jest duża, kroki odbijają się echem. Na ścianie świątobliwe gazetki ścienne („Panie Jezu, nie pozwól, bym zgrzeszył w wakacje”), w nocy złe sny.

 

Dzień siódmy.
Dorohusk – Okopy – Świerże – Wola Uhruska – Zbereże – Sobibór – Włodawa. 56,5 km.

Upał.
Gdzieś między Dorohuskiem a Wolą Uhruską czekam na Adama pod sklepem.

Panowie pod rybą piją piwo, najbardziej gadatliwy malowniczo przeklina, ogląda się, reflektuje. „Oj, ja myślałem, że to mężczyzna jest!” (Przed wyjazdem ogoliłam głowę). „A to kobieta, i to ładna… – Dostrzega obrączkę. – I mężatka! Tak? To nie będę zaczepiał. Mąż w sklepie? Pani mi da znak, jak będzie szedł”.

Okolice Sobiboru są jak na ironię prześliczne. Sosnowe lasy idealne na spanie pod namiotem, w dodatku cień i gładki asfalt po kolejnym dniu morderczego upału.

We Włodawie instalujemy się w schronisku młodzieżowym w internacie. Dostajemy mikroskopijny trzyosobowy pokoik w lilafiolecie i ruszamy na spacer po mieście,

które o tej porze wydaje się prawie martwe.

Na wieczorne piwo trafiamy do pustego baru naprzeciwko synagogi. Jest tylko właściciel – siedzi sam przy dużym stole, ogląda jakiś stary film. Szybko okazuje się niezwykle rozmowny, dowcipny i miły. Pod koniec pierwszego piwa dołącza do nas jeszcze jego znajomy. Włodawa wciąż wygląda na prawie martwą, Adam obserwuje postępy na rozpiętej pod latarnią pajęczynie.

 

Dzień ósmy.
Włodawa – Różanka – Dołhobrody – Sławatycze – Jabłeczna – Szostaki – Kodeń – Kostomłoty. 60 km.

Dzień ósmy zaczynamy od wizyty w synagodze (obecnie muzeum).

 

W małej synagodze – choć miałam nadzieję, że nas to ominie – wystawa zdjęć z prac archeologicznych w obozie zagłady.

Po południu prawosławny klasztor w Jabłecznej.


Stajemy w przedsionku cerkwi, dużo złota, śpiewają, właśnie jest msza. Kiwam głową mnichowi, mnich kiwa głową mnie, koło czapki Adama przelatuje ważka.
Kapliczka. Znajdź ptaszka.

W Kostomłotach zapytani o agroturystykę (w internecie było, że jest) miejscowi kierują nas „jak te znaki że cerkiew, do ojca Zbyszka”. Znajdujemy cerkiew (wieczorem doczytamy w przewodniku, że jest bardzo wyjątkowa, bo jedyna działająca neounicka). Pięknie utrzymana, kwiaty, lampy, białe koty, napis PODLASCY UNICI WITAJĄ PIELGRZYMÓW itd. Za domem samochód, silnik zgaszony, światła włączone. W domu ciemno, na ganku klucz. Adam otwiera drzwi, ale nie potrafi ich zamknąć. Siadamy w altance, otwieramy piwo, pijemy trochę ukradkiem, czekamy. Nic. Robi się ciemno. Idę do pobliskiego Domu Pomocy Społecznej, bo widziałam, że się tam świeci, żeby dopytać. Na schodkach siedzi starszy pan, daje mi znak, żebym weszła przez bramę. Brama zamknięta. Podchodzi o kuli. Pytam o księdza Zbyszka, starszy pan próbuje mi odpowiedzieć, ale wydobywa z siebie tylko modulowane charczenie, którego mimo najlepszych chęci prawie nie jestem w stanie zrozumieć. Wreszcie wyławiam słowo „pielęgniarka”. Starszy pan znika w budynku, po jakimś czasie pojawia się pielęgniarka. „Jak samochód jest, to i ksiądz jest. Może kwiaty podlewa?”. Podziękowałam pielęgniarce, podziękowałam starszemu panu, wróciłam do Adama. O dziewiątej włączyły się nagrane dzwony. Przesterowana kakofonia dzwonów, strasznie głośno, z ćwierkaniem ptaków na końcu.

Adam do Aerte i Radeczka na fejsbuku przez komórkę: „Czekaliśmy godzinę, obeszliśmy teren, bo mieliśmy wizję, że gdzieś umarł. Ale znalazłem telefon na tablicy parafialnej, zadzwoniłem i przyszedł niezbyt zadowolony. Powiedział: A kto wam powiedział, że tu można nocować? My: Na krzyżówce powiedzieli. On: No i masz, hotel ze mnie robią. Ale to nie czas na takie dyskusje, macie klucze. […] Niezbyt miły, ale pójdę mu powiedzieć, że zostawił samochód na pozycyjnych i zaraz mu akumulator zdechnie”.

Wróciliśmy wcześniej, bo nam się Polska skończyła.
Relacja tym razem obrazkowa i skrótowa.
 

Dzień pierwszy.
Pociąg do Rzeszowa.

Upał. Przedział dla podróżnych z większym bagażem ręcznym nagrzany jak piekarnik. Przez jakiś czas jedzie z nami chudy facecik w niebieskim. Wypija piwo, potem kuśtyka do wyjścia. Zerkam przez okno. Na odrapanym budynku stacji duży napis BIADOLINY.

Postój w Kłaju.

 

Dzień drugi.
Rzeszów – Trzebownisko – Łąka – Palikówka – Łukawiec – Czarna – Dąbrówki – Smolarzyny – Kmiecie – Budy Łańcuckie – Łaszczyny – Chodaczów – Tryńcza – Ubieszyn. 63 km.

Upał w dalszym ciągu.
Śniadanie w barze mlecznym pod siedzibą automobilklubu.

IMG_3797

IMG_3807

– Czy wie pani – pyta Adam – jak dotrzeć, do tej, no…
– Tak – odpowiada ona z uśmiechem. – Tu pojedzie pan prosto, przez tory, potem w lewo.

Byliśmy tam, pod rzeszowską Wielką Cipą.

Na noc zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym u najmilszej z gospodyń.

 
 
 

Dzień trzeci.
Ubieszyn – Sieniawa – Mołodycz – Oleszyce – Lubaczów – Horyniec-Zdrój. 63 km.

Wciąż upał.
W Oleszycach sjesta w hotelowej restauracji ze śladami wczorajszego wesela, opuszczona cerkiew i kirkut.

IMG_3819
IMG_3824
IMG_3867

W Horyńcu nocleg w Hoteliku Zdrojowym z dancingiem co wieczór (disco polo na żywo). Nad łóżkiem zachęcający obrazek.

IMG_3880

 
Dzień czwarty.
Horyniec-Zdrój – Werchrata – Prusie – Hrebenne – Kornie – Stary Machnów – Nowy Machnów – Tarnoszyn – Ulchówek – Krzewice – Wasylów. 60,5 km.

Nadal upał.
Pod sklepem w Nowym Machnowie sjesta.

IMG_3883
IMG_3887

Nocleg pod namiotem przy opuszczonym domu. Oblepiająca wszystko wilgoć, o czwartej nad ranem rosa osiada z trzaskiem przypominającym pożar.

 
Dzień piąty.
Wasylów – Żniatyn – Chłopiatyn – Hulcze – Liwcze – Horodyszcze – Uśmierz – Oszczów – Honiatyn – Dołhobyczów – Zaręka – Gołębie – Kryłów – Kosmów – Wołynka – Ślipcze. 57 km.

Nieodmiennie upał.
Rano na tropiku jaszczurka.

IMG_3909
W Chłopiatynie wykorzystujemy to, że ktoś zostawił klucze,

IMG_3910
i wchodzimy do unickiej cerkwi przerobionej na kościół katolicki,

IMG_3918

ale zaraz pojawia się jakaś pani, mówi, że właśnie miała zamykać, i niecierpliwie czeka, aż wyjdziemy.

W Dołhobyczowie w barze mężczyzna nad piwem wygłasza monolog. „Ale najpiękniejsze to są Bieszczady. Raz nad strumieniem patrzę – niedźwiedź. Chuj chlupie. Ja na niego, on na mnie. I tak siedzimy. Albo idę nocą przez las. Oczy jak latarnie wkoło – to są zwierzęta. Nigdy w życiu nie wolno uciekać”.

W gospodarstwie agroturystycznym Nad Bugiem dostajemy pokój z portretem pana Heńka z czasów młodości.

IMG_3922

Przerwa wakacyjna, jesień nieczynna do 18 sierpnia.
Jedziemy na wschód Polski, żeby go przejechać na rowerach z południa na północ. Na trasie miejscowości o zachęcających nazwach: Wielkie Oczy, Budynin, Kostomłoty, Kukuryki itd.