2014 Wrzesień

09.2014


Obudziliśmy się rano, trudno nam było wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Takiego planowego chyba, to znaczy to było wiadomo od dawna. Że słońce będzie coraz większe i większe i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i było, było już tak blisko, że swoją grawitacją zaburzało czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Tak się potykał jakby, dostawał czkawki. Na bardzo krótkich interwałach, zapętlało minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, można coś było zrobić lepiej. Albo chociaż inaczej.

Obudziliśmy się rano, długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy: to było wiadomo, w szkole o tym uczyli. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i tak się stało, i było już tak blisko, że jego grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Jakby się potykał, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.

Obudziliśmy się rano, ale długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy ludzie od dawna wiedzieli, uczyli się w szkole. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. Teraz było już tak blisko, że grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Potykał się jakby, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Bardzo to było męczące, ale za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.

Polecenie, żeby zająć się swoim dziadkiem, dostałam po paru miesiącach pracy dla Akcji. Miałam wziąć jeden z tych specjalnych samochodów. Dokładnie mnie zbadali, bo w tych osobowych kierowca też jest narażony na działanie spalin. Młody, silny organizm, powiedzieli z zadowoleniem. Wytrzyma.
Zaprosiłam go na wycieczkę. Umówiliśmy się na rynku. Dziadek uśmiechał się tym niepewnym uśmiechem, który pojawia się na twarzach starych ludzi, kiedy nieoczekiwanie spotyka ich coś miłego. Wsiedliśmy.
Pewnie, że miałam wątpliwości. Ale polecenie to polecenie. Tak, pomyślałam też o swojej karierze. I wytłumaczyłam to sobie. Powtórzyłam w myśli to, co mi tyle razy mówili. Dziadek tak czy siak już by długo nie pożył, coraz gorzej się czuje. Jeszcze parę lat i byłby dla siebie i innych tylko ciężarem. Obróciłam kluczyk w stacyjce.
Szybko zaczęło mi się kręcić w głowie, potem pociemniało mi przed oczami. Zawsze panicznie się bałam utraty świadomości. To taki zwierzęcy lęk, chyba strach przed śmiercią po prostu. Usłyszałam jak ktoś, dziadek albo ja, mówi: „Zatrzymaj, coś jest nie tak, wysiadamy”.
Wysiedliśmy. Padliśmy sobie w ramiona. Płakałam. Wiedziałam już, że tego nie zrobię. Czułam się prawie tak, jakbym go uratowała, ale dziadek spojrzał na mnie poważnie i powiedział: „Zrobiłaś to tylko ze względu na siebie”. Powiedział to spokojnie, bez wyrzutu. Jakby po prostu zależało mu na tym, żeby nazwać rzeczy po imieniu. Potem straciłam przytomność.
Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam drugi samochód. Dziadek był już w środku. Za kierownicą siedział facet w granatowym uniformie z naszywką ELF na ramieniu. Wiedziałam, czym zajmuje się ta firma. „Zostawcie go!”, krzyknęłam. Kierowca wychylił się przez okno i powiedział: „Spokojnie, o co ten hałas? Wieziemy go tylko do G-ck, tam się nim dobrze zajmą”.

[Przeceniłam swoją odporność, kiedy brałam tę redakcję.]