– Mamo, ty mnie urodziłaś, prawda? – jakieś dziesięć lat temu pyta mamę mój czteroletni wówczas brat.
– Tak – odpowiada mama.
– A przedtem urodziłaś Z?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś T?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś K?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś siebie?
– Nie – mama wybucha śmiechem.
– Mamę urodziła jej mama – wtrącam się, bo zainteresowała mnie ta rozmowa.
– Mama mamy?
– Tak, L. L jest mamą mamy.
– Ale najpierw L urodziła siebie?
– Nie, L urodziła jej mama.
– A… – widzę, że brat łapie regułę, ale chyba przeszkadza mu regressus ad infinitum.
– Chodzi ci o pierwszą mamę? – pytam.
– Tak.

W imię wolności przekonań postanawiam dać bratu dwie opcje do wyboru (na koncepcję, że pierwsza mama jest tylko konieczną ideą rozumu, której jednak nie musi odpowiadać żaden konkretny byt, jest chyba jeszcze za młody).
– Więc tak – mówię. – Nie wiadomo, kto był pierwszą mamą, są tylko przypuszczenia. Różne, ale najczęstsze są dwa. Jedno jest takie, że pierwszą mamą była Bozia. Nie wiadomo, czy Bozia istnieje, ale wielu ludzi uważa, że tak – dodaję. I opowiadam. Staram się, żeby nie było słychać, że zupełnie w to nie wierzę. Jeśli brat ma dokonać naprawdę samodzielnego wyboru, to trzeba mu obie hipotezy przedstawić jak najbardziej bezstronnie. Opowiadam o tym chaosie na początku, duchu, co unaszał się nad wodami, sześciu dniach, rybach, ptakach i zwierzętach lądowych, Adamie i Ewie, i tak dalej. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu brat słucha tej opowieści bez najmniejszego zdziwienia.
– Drugie przypuszczenie jest takie, że pierwszą mamą była Bakteria – ciągnę. I opowiadam o wielkim wybuchu, o wodzie, o małej, malutkiej bakterii, która się w niej pojawiła, a potem się zmieniała i zmieniała, i powstały z niej eugleny, pantofelki i ameby, które też się zmieniały i zmieniały…
A brat patrzy na mnie coraz okrąglejszymi oczami i w końcu zaczyna się śmiać.

(Jakiś rok albo dwa lata temu dostał piątkę z religii – za wyjaśnienie co ma na myśli, mówiąc, że jest agnostykiem).