Czytałam Bakunowego faktora w podstawówce, siedząc na kupce piasku w rogu szkolnego boiska. Zastanawiałam się, jak uzgodnić tezy starożytnych filozofów przyrody z tym, czego uczono mnie na chemii, i z przejęcia połknęłam szklany guzik, który trzymałam w ustach. Tak właśnie było.
Dziesięć lat później na ćwiczeniach z estetyki dowiedziałam się od pewnej młodej doktorantki z białą grzywką, że tej książki nikt nigdy nie przeczytał.