Kiedy pod koniec stycznia zakomunikowałam Eulalii – właścicielce wynajmowanego przeze mnie mieszkania, sąsiadce zza ściany i znajomej ze studiów na w-wskiej filozofii – że za miesiąc zamierzam się wyprowadzić, ponieważ narzeczony i ja postanowiliśmy zamieszkać razem, i zaproponowałam spotkanie, żeby omówić szczegóły, nasze relacje, zupełnie – w moim przynajmniej odczuciu, jeśli pominąć kilka niegroźnych nietaktów landlady i, wynikającą, jak wcześniej zawsze myślałam, z właściwej mi lekkiej mizantropii i ogólnej nieżyczliwości, pewną niechęć do dłuższego z nią przebywania z mojej strony – zupełnie poprawne przez te dwa lata i osiem miesięcy, kiedy mieszkałam przy ulicy G, momentami wręcz po prostu dobre, z podlewaniem kwiatków i drobnymi prezentami, z niezrozumiałych dla mnie powodów gwałtownie się pogorszyły.

„Myślę – odpisała mi Eulalia – że nie ma potrzeby niczego omawiać. Chyba że ty z twojej strony coś byś chciała? Będziemy musiały się rozliczyć – za prąd, będzie mała dopłata za gaz niestety, bo za grudzień zapłaciłam ponad 1000 zł za ogrzewanie. Jak się wyprowadzisz, to chciałabym obejrzeć mieszkanie i zobaczyć, czy wszystko jest tak, jak było przed tym, jak się wprowadziłaś, i wtedy oddasz mi klucze. Chciałabym, żebyś we własnym zakresie zadbała o sprzątnięcie – okna, kurze, łazienka itp.” Było jeszcze postscriptum. „PS. Gratulujemy narzeczeństwa”. I zaraz kolejny esemes: „Ach i jeszcze bardzo, bardzo ważna rzecz, chciałabym, żebyś w miarę możliwości od razu zmieniła adres korespondencyjny, żeby potem nie było kłopotu dla ciebie i dla nas”.

Kiedy dwa tygodnie później Eulalia przyszła do mnie po pieniądze za luty, wyraziła nadzieję, że będę dobrze wspominała mieszkanie przy ulicy G i że pozostaniemy w kontakcie, będzie jej bardzo miło, powiedziała, jeśli wpadniemy do niej kiedyś na kawę, narzeczony i ja, oczywiście, przytaknęłam z uśmiechem, i czy mogłabym, zdjąwszy swoje zasłony, powiedziała, powiesić inne, zaraz mi przyniesie, bo jak ktoś z ulicy zobaczy puste mieszkanie…, naturalnie, przytaknęłam z uśmiechem, i żebym nie zapomniała zmienić adresu korespondencyjnego, jasne, przytaknęłam z uśmiechem, ale pamiętaj, powiedziała, bo to potem jest kłopot, dla nas, ale przede wszystkim dla ciebie, pewnie, przytaknęłam z uśmiechem, i zirytowałam się na siebie za ten uśmiech i za to przytakiwanie, mówię to głównie z myślą o tobie, żebyś nie miała kłopotu, powiedziała, tak, tak, zwykle pamiętam o takich rzeczach, powiedziałam bez uśmiechu.

27 lutego, kiedy w niemal zupełnie pustym mieszkaniu zrobiłam pożegnalną imprezę, odezwał się mąż Eulalii. „Przed chwilą przejeżdżałem, wracając z próby – napisał – i mam prośbę, byś zasłoniła okna, bo jak ktoś stanie po drugiej stronie ulicy albo na przystanku, to wszystko widać”.

28 lutego Adam zabrał ostatnie moje rzeczy, zostawiłam sobie tylko miotły, ścierki itp. domestosy, bo choć nieco zrażona brakiem ciepłej wody – „Nie wiem, o co ci chodzi – napisała mi Eulalia – ale u nas woda jest ciepła… zresztą to już poniekąd nasze zmartwienie” – zamierzałam jednak, tak jak się umawiałyśmy, posprzątać, i ponieważ zapowiadała, że będzie cały dzień w domu, oddać jej klucze wychodząc. Okazało się niestety, że to jej nie pasuje, „och sorry – napisała – ale zaraz wychodzę do pracy”, naciskała na spotkanie o ósmej wieczorem, nie przyjmowała do wiadomości, że naprawdę wtedy nie mogę, „myślę, że jednak mogłabyś tyle zrobić – pisała – i znaleźć chwilę wieczorem”, „muszę iść do pracy, a nie na imprezę, na spacer, czy do kina”, pisała, „myślę – pisała – że jednak wieczorem nie idziesz do pracy…”. „Zostawię ci klucze w skrzynce”, zaproponowałam. „Chyba żartujesz?”, odpowiedziała. „Nie, dlaczego? – zdziwiłam się. – Jeśli wolisz, mogę u tej sąsiadki na górze”. „OK – napisała. – Będę za 5 minut po klucze”. „A jak zamknę dom wychodząc?”, zdziwiłam się jeszcze bardziej. „Sory – przeczytałam. – Nie, kochana, ty też wychodzisz”. „To moje mieszkanie i mam prawo niezwłocznie cię z niego wyprosić”, przeczytałam. „Dlatego, że nie mogę się z Tobą spotkać dziś wieczorem?” – zapytałam, kończąc pakowanie mioteł, ścierek itp. domestosów, za które zabrałam się po „kochana”. „Sama się zastanów dlaczego – odpowiedziała Eulalia, właścicielka wynajmowanego przeze mnie do niedawna mieszkania, sąsiadka zza ściany i znajoma ze studiów na w-wskiej filozofii. – Powodów znalazłoby się dużo. Pierwszy i zasadniczy – tu wersalikami – muszę się przez ciebie tłumaczyć, że mieszkają dwie osoby, a nie jedna: a tak było w umowie. Niestety prezes szybko to zauważył – tu już małymi – że masz sublokatora”. „Prawo polskie jest po mojej stronie, nie wywiązujesz się z ustaleń”, przeczytałam i usłyszałam pukanie do drzwi.

I to by w zasadzie było na tyle. Otworzyłam, Eulalii towarzyszyła jakaś zażenowana pani.
– Cześć, Eulalio – przywitałam się. – Dzień dobry – skinęłam głową zażenowanej pani.
– Wychodzisz? – zapytała Eulalia, z której zdenerwowania można było wnosić, że nie wie, co zrobi, jeśli powiem, że nie.
– Tak, wychodzę, tylko wezmę rzeczy.
Wyniosłam torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami, wróciłam po paprotkę.
– Czy życzysz sobie – zapytałam z uśmiechem, nie wiem, co mnie podkusiło, zanim skończyłam zdanie, już zirytowałam się na siebie za ten uśmiech i za to pytanie – żebym wyniosła śmieci?
– Tak – odpowiedziała z uśmiechem Eulalia, i było widać, że jest jak najdalsza od wyrzucania sobie tego uśmiechu i tej odpowiedzi.
Śmieci i torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami położyłam na podłodze pod skrzynką na listy, paprotkę postawiłam na skrzynce na listy, oddałam Eulalii klucze i poszłam stamtąd, zostawiając śmieci i torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami pod skrzynką na listy i paprotkę na skrzynce na listy.

Nie muszę chyba dodawać, że przez ten niecały rok, kiedy Adam co drugą noc spędzał u mnie, Eulalia słowem nie wspomniała, że stanowi to jakiś problem. Dodam tylko, że nigdy nie podpisałyśmy umowy. Tak jakoś wyszło. Eulalia miała jakąś przygotować, ale chyba zapomniała. Zabawne, prawda?