Uciekaliśmy ze swojego wesela, bo dosyć mieliśmy tych wszystkich wujów z wąsami i piskliwych ciotek. Ciotki goniły nas vanem, chowaliśmy się w zaułkach. Wreszcie wybiegliśmy za miasto, na łąki, w rowach leżał jeszcze śnieg. Schowaliśmy się w wysokiej srebrzystej trawie, szosą przejechał ciotek van, za sobą usłyszeliśmy szum, kroki i dziecięcy śpiew. Tylko biała czapka wystawała nad powierzchnię traw, chłopiec minął nas i zniknął.