Mieszkałam kiedyś na Śląsku, przez parę lat.
Moje życie wyglądało wtedy trochę inaczej. Na przykład starałam się gotować obiady.
Podchodziłam do sprawy systematycznie. Zupa ogórkowa. Telefon do mamy.
– Cześć, mamo. Jak się robi zupę ogórkową?
– Więc tak. Bierzesz ziemniaki…
– Ile?
– Nie wiem ile, na oko.
– Jak to na oko?
– No, jakiś kilogram.
– A ile to jest ziemniaków? Ile sztuk?
– Nie wiem.
– Oj, proszę, tak z grubsza.
– Z grubsza siedem.

Potem szłam do warzywnioka na winklu.
Sąsiad mówił:
– Dej mi no kartofli.
– Wiela? – pytała ekspedientka.
– Pół kila.
– Dzień dobry – mówiłam ja. – Poproszę ziemniaki.
Ekspedientka przełączała się ze śląskiego na polski.
– Ile?
– Siedem.