W pierwszej klasie liceum byłam jeszcze grzeczna i jeszcze się starałam, dopiero w drugiej wszystko miało się zmienić. Lubił mnie nawet pan od polskiego. Pan od polskiego był bardzo prawicowy, dużo mówił o Bogu i o komunistach i często zarządzał minutę ciszy z tej czy innej patriotycznej okazji, takiej jak rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a w trzeciej klasie tak długo katował nas polskimi romantykami, zwłaszcza Mickiewiczem, że nie starczyło czasu na resztę materiału. Miał brodę jak prawosławny ksiądz albo grecki filozof i czarną jak noc – Radeczek, mój jedyny licealny przyjaciel, twierdził, że farbowaną – interesował się językami słowiańskimi i średniowieczem, a po latach wyleciał z pracy za namawianie uczniów, żeby chodzili do niego po lekcjach na płatne korepetycje, bo inaczej nie zdadzą matury.
Po pierwszej klasie pan od polskiego szybko się do mnie zniechęcił, a na koniec mawiał o mnie, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije – to jednak wiem od Radeczka; nie było mnie przy tym, niedługo przed maturą uciekłam z domu. Ale w pierwszej klasie pan od polskiego mnie lubił, bo pisałam ładne wypracowania, jako jedyna zaliczyłam (na dwóję) sadystyczne dyktando, które nam na dzień dobry zrobił, i też interesowałam się średniowieczem. Pożyczaliśmy sobie nawet kasety ze średniowieczną muzyką.

Rzadko odwiedzam rodziców, te wizyty zbyt często są trudne. Nie chcę być niesprawiedliwa; kiedy byłam u nich ostatnio, rok czy dwa lata temu, ojciec zabrał mnie do lasu, żeby mi pokazać zawilce. Ale zwykle trzeba spełniać oczekiwania i być bardzo ostrożnym, bo byle drobiazg może doprowadzić do katastrofy. Wieczorami dużo się pije, słucha się dużo muzyki i rozmawia się o wojnie. To znaczy ojciec puszcza muzykę i opowiada o wojnie. Kiedyś, po tym, jak Johanna, jego druga żona, zabrała dzieci i odeszła, sporo opowiadał też o tym, że ją zabije. Ale w gruncie rzeczy chyba nie życzył jej śmierci, bo kiedy pękł jej tętniak w mózgu i leżała w śpiączce, jeździł do Austrii i siedział przy jej łóżku.
Muzykę się podczas tych wieczorów kontempluje, interpretuje, zwraca się uwagę na szczegóły, snuje się wizje. To znaczy głównie ojciec kontempluje, interpretuje, zwraca i snuje, a pozostali słuchają. Ale czasem można puścić coś swojego. I czasem ojciec doceni.

Kiedy tłumaczyłam książkę o najbliższych współpracownikach Stalina, przypomniał mi się któryś z takich wieczorów. Puściłam wtedy ojcu jedną z kaset przegrywanych w pierwszej klasie liceum od pana od polskiego. Z muzyką bizantyjską. Było już późno, wszyscy oprócz nas poszli spać, a my byliśmy bardzo pijani.
Czwarty utwór na pierwszej stronie to było „Alleluja”, krótkie, dobitne i naprawdę mocne. Ojciec znieruchomiał, zamilkł, zasłuchał się.
– Co to jest?! To jest znakomite! Puścisz jeszcze raz?
Puściłam.
– Znakomite. Zawiozę to Johannie i jej puszczę, może się obudzi. Puścisz jeszcze raz?
Puściłam. Ojciec zsunął się z kanapy i padł na kolana.
– Chodź. Uklęknij. Johanna umiera. Módl się ze mną. Módlmy się za nią.
Nie chciałam klękać, ale pociągnął mnie za rękę i trzymał. Tak zastała nas Zosia, która zeszła po coś na dół.
– Co robicie?
– Modlimy się za Johannę – powiedział ojciec. – Chodź, módl się z nami. Puścisz jeszcze raz?