Wczoraj wieczorem, koło szóstej, sobota. Jedziemy rowerami na wesele Oli i Błażeja. Znajdujemy na chodniku okulary, Adam wiesza je na płotku. Jesteśmy już prawie na miejscu, mijamy ostatnią boczną ulicę. Po drugiej stronie, na rogu, stoi jakiś mężczyzna. Młody, blady, z przystrzyżoną brodą, w dżinsach i swetrze. Jakby na kogoś czeka.
Adam jedzie pierwszy, mija go. Przejeżdżam przez uliczkę. Mężczyzna wbiega mi pod koła. Hamuję. On napiera na rower, podskakuje, macha rękami jak tańczący żuraw albo pajac, któremu poluzowały się sznurki. Wyrzuca z siebie jakieś słowa, szybko, gorączkowo, ale pierwszej części nie rozumiem. Potem mówi „Kocham cię! Kocham cię! Jesteś piękna!”, i próbuje dostać się ustami do mojej twarzy. Próbuje i nie może, bo przeszkadza mu kask, który mam nasunięty prawie na brwi. Słyszę, jak uderza czołem w jego plastikowy daszek.
Zdejmuję lewą dłoń z hamulca i pakuję ją w twarz mężczyzny. Czuję pod palcami wargi, nos, oko. Pcham, ale nie potrafię odepchnąć. Drugą ręką wciąż trzymam rower, jedną się nie uda. Wpadam na to, że mogę przecież – „Adam!”, krzyczę.

Patrzę na mężczyznę i czuję, że muszę mu to powiedzieć, że to bardzo ważne, żeby to usłyszał. Więc mówię. „Spierdalaj”, mówię. Za plecami tamtego pojawia się Adam. Uderza go od tyłu, łapie za ubranie, odciąga ode mnie, przewraca na chodnik. Mężczyzna nie stawia oporu. Adam przewraca go delikatnie, prawie kładzie. Wygląda to jak jakiś taniec.
Mężczyzna leży na chodniku. Jest zupełnie nieruchomy, otwarte oczy też się nie poruszają, ale oddycha. Oddycha szybko. Sweter mu się podwinął, widać jasną koszulę w drobne prążki, pod koszulą miarowo unosi się i opada lekko wklęsły brzuch.

Odstawiamy rowery pod płotek.
– Coś jest z nim nie tak – mówię.
– Coś jest z nim bardzo nie tak – mówi Adam.
– Zadzwonisz na 112? – pytam.
– Zadzwonię na 112 – mówi Adam.
Adam dzwoni, ja patrzę na leżącego na chodniku mężczyznę. Nie rusza się, oddycha. Oczy ma szeroko otwarte. Wydaje mi się, że w każdej chwili może nagle się zerwać i znowu się na mnie rzucić. Znowu zacząć pchać się do całowania. Wolałabym, żeby próbował mnie uderzyć. Jestem wkurwiona. Wyjmuję z sakw zapinkę rowerową, ciężki łańcuch w materiałowym pokrowcu. Trafiam na tę Adama, różową. Składam ją na pół. Trzymam w lewej dłoni. Czuję, jak bije moje serce.
– Powiedzieli, że przyślą policję – mówi Adam.

Mężczyzna zaczyna mrugać. Uświadamiam sobie, że przedtem tego nie robił. Cofam się. „Jestem bogiem”, mówi on. „Jestem bogiem, uświadom to sobie”, mówi, rozkładając ręce jak ksiądz, a potem zrywa się na nogi i rzuca się na Adama. Coś mówi. Uderzam go w plecy, pięścią, nie łańcuchem, i krzyczę „Ej!”. Adam łapie go za ubranie i odpycha, ale nie puszcza, tylko trzyma przed sobą na odległość wyciągniętej ręki. Mężczyzna nagle nieruchomieje, jakby go ktoś wyłączył. Stoi z opuszczonymi rękami, milczy, nie mruga. Adam stoi przed nim i patrzy mu w oczy.
– Może odejdź na bok? – mówię.
– Wolę, żeby to mnie widział, kiedy się ocyka.
– Jest słaby, prawda? Nie ma tyle siły, żeby zrobić ci krzywdę?
– Nie ma.
Chowam łańcuch do sakw. Czekamy przecież na policję. Ładnie by to wyglądało. Moje serce się uspokaja.

Mężczyzna znowu się włącza. Krzyczy coś do Adama, szarpie go. Adam trzyma go na odległość, oburącz, za ramiona. Tamten uderza go w twarz, z jednej i z drugiej strony. Adam go policzkuje, raz i nie bardzo mocno, ale stanowczo. Mężczyzna natychmiast nieruchomieje. Znowu stoją naprzeciwko siebie. Adam patrzy napastnikowi w oczy, jakby chciał go zahipnotyzować. Po jakimś czasie widzę, że lekko się uśmiecha.

Podchodzę do ulicy tak, żeby nie znaleźć się w polu widzenia mężczyzny. Wypatruję radiowozu. Przejeżdża jakiś, ale się nie zatrzymuje. Ile to już trwa? Tamten znowu się włącza. Szarpie Adama za odblaskowe szelki, zrzuca mu kask i okulary. Podnoszę okulary, podaję je Adamowi, podnoszę kask, trzymam. „Narkotyki! Narkotyki!”, krzyczy mężczyzna i znów nieruchomieje.

Podchodzę do ulicy. Po paru minutach widzę karetkę. Mruga kogutami, włącza sygnał. Macham. Podjeżdżają do nas. Adam i mężczyzna w swetrze stoją naprzeciwko siebie. Mężczyzna się nie rusza. Podchodzą ratownicy, pytają, co się stało. Opowiadamy.
– Chcą to państwo zgłosić?
– Nie, nie. Nic nam nie zrobił.
Zabierają go do karetki. Po drodze się włącza. Przytrzymują go. Od razu się poddaje.

Idziemy. Adam patrzy na swoją oponę.
– Uderzyłem go rowerem. Tylnym kołem.
– Jak to?
– Kiedy mnie zawołałaś. Uznałem, że nie ma czasu na odstawianie roweru, więc go podniosłem i uderzyłem gościa w plecy tylnym kołem.

Wchodzimy do środka, zostawiamy rzeczy w szatni, witamy się, dajemy prezent, bierzemy piwo i siadamy z boku, na schodkach.
– Co on do ciebie mówił? – pytam.
– Rożne rzeczy, dość nieskładnie, trudno było zrozumieć. Często powtarzało się „Co jest, kurwa?”. Mówił, że go gnębiłem w dzieciństwie. I że ma jakieś dobre numery i trójkę. I „Chcesz tego! Wiem, że tego chcesz!”.

Adam wzdycha.
– Psychologowie twierdzą, że jak się przed dłuższy czas patrzy drugiemu człowiekowi w oczy, to zadzierzga się więź.
– Martwisz się o niego?
– No.
Wyciąga telefon, wchodzi w listę połączeń.
– Wiesz co… – mówi. – To jest trochę spuki, ale nie mam w wychodzących tego telefonu na 112. – Pokazuje mi. – Widzisz? Nigdzie dziś nie dzwoniłem.