Adam przed startem w Botanicznej Piątce, Powsin późną nocą.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zbliżam się na rowerze do przejazdu rowerowego z przejściem dla pieszych obok. Jest czerwone. Przed przejazdem stoi jakaś starsza pani z siatkami. Zatrzymuję się za nią i trąbię. Wolę ostrzec od razu, żeby potem, kiedy światło się zmieni i ruszymy, nie spłoszyła się nagle i nie wskoczyła mi pod koła. Pani się odwraca, ja uśmiecham się do niej zachęcająco.
– Co pani?! – krzyczy pani.
– Tu jest przejazd rowerowy.
– Co pani trąbi!? – krzyczy pani, nie ruszając się z miejsca.
– Tu jest przejazd rowerowy. Przejście dla pieszych jest tam.
– A pani to tak dobrze jeździ?! – krzyczy pani, stojąc tam, gdzie stała. – Ja widziałam, co wy wyrabiacie!
– Ja stoję na przejeździe dla rowerów.
– Ja mam chore serce! Mogłam dostać zawału!
– Gdybym w panią wjechała na tym przejeździe, dostałaby pani bardziej.
– Pani… – mówi pani z oburzeniem – pani jest nieczłowiekiem!

Więcej (ale niedużo) tu.

Útburðarvæl. „W Islandii – mówi w rozmowie z Adamem Pluszką Jacek Godek, tłumacz Lindy Vilhjálmsdóttir – jeszcze długo po konwersji na chrześcijaństwo panował zwyczaj, że niechciane dzieci wynosiło się z domu i zostawiało na zimnie”. Útburðarvæl to płacz takiego dziecka.

W pobliskim urzędzie pocztowym do bogatego asortymentu wystawionych na sprzedaż rzeczy do niczego niepotrzebnych i najbrzydszych na świecie doszły jakiś czas temu książki o tematyce, jak można wnosić po tytułach i okładkach, patriotyczno-historycznej. Do przepisów siostry Anastazji i wspomnień śmiertelnie chorych księży dołączyli rozmaici husarze i żołnierze wyklęci. Dziś w okienku numer 1 w oczy szczególnie rzucał się Dotyk Katynia. Czarna sylwetka mężczyzny w czapce z daszkiem, w kark wbija się trzymany przez czarną rękę pistolet, czerwone tło, duże beżowe litery. No dobra, 356, oczekujących 12.
Do okienka podchodzi jakiś mężczyzna.
– Dzień dobry, ja po pfesyłkę.
Pani z poczty idzie na zaplecze.
– I co, i co? – pyta niecierpliwie dziewczynka w wieku na oko późnoprzedszkolnym. – Mas jus psesyłke?
– Ale ty nie fepleń, ja cię bardzo profę – strofuje ją mężczyzna. – Mówi się „pfesyłkę”, a nie „psesyłke”.
– Pfesyłkę. A co on mu robi? – Dziewczynka dotyka palcem okładki Dotyku Katynia. – Scela go?
– Tak, fcela go.
– A cemu?
– Bo tak.

Zdjęcia dziwnych warzyw (i owoców) zbieram od dłuższego czasu. Do niedawna można je było oglądać tylko na facebooku, teraz są także w galerii. Svp – dziwne warzywa.


Ostatnio rozmaite przedsięwzięcia i plany, stąd tu niewiele. Ale jesień istnieje i zamierza istnieć nadal. Na znak tego – kot z pudła.

Więcej tu.

Orkan Grzegorz przewiał mnie dziś prawie do kości. Justyna powiedziała mi o Cimitirul Vesel, Piotr, że jest kolor, który nazywa się caput mortuum, a panna To zamówiła płyty z muzyką z samego Irbilu. Mama zaczęła od „Wiem, że nie lubisz, jak dzwonię”, Aga życzyła mi słońca, między innymi, babcia K. przede wszystkim zdrowia, a z teściową rozmawiałam o sztormie. Terapeutka spytała, co czuję, Locha o dzieci, i kiedy („Nie? A to świnie”). A Adam zrobił tiramisu.

„Nie nazywam się Freda, mam inne imię, którego nikt teraz nie używa, ponieważ jest zakazane. Mówię sobie, że to nie ma znaczenia, że imię jest jak numer telefonu, przydatne tylko dla innych, ale to nieprawda, imię jest ważne”*.

O co chodzi z tymi imionami, można zrozumieć dość szybko. Kiedy zrozumiałam, na chwilę podniosłam wzrok znad kindla. Ja pierdolę – pomyślałam, patrząc przez okno pociągu, bo jechaliśmy akurat do rodziców Adama – jakie to upokarzające. Zabierają ci imię i w zamian nie dają nawet numeru. Dostajesz nazwę, która znaczy tyle co „własność Freda”.
A zaraz potem pomyślałam, że przecież.

*

Asia, żona mojego brata, ma podwójne nazwisko. Swoje, dywiz, męża. Często się zdarza, że ludzie nazywają ją tylko tym drugim. Może dlatego, że to pierwsze jest dość trudne, a to drugie dość rozpoznawalne. A może dlatego, że przeważnie drugi człon podwójnego nazwiska to nazwisko po mężu (może, bo nie wiem, czy tak jest).
Raz takiego skrótu dokonała pani na poczcie, wypełniając jakiś formularz. Kiedy Asia zwróciła jej uwagę, usłyszała dobroduszne: „Pff, proszę pani, komu by się chciało tyle pisać. Niech się pani przyzwyczai”.

*

Kiedy wzięliśmy ślub, zostaliśmy każde przy swoim nazwisku. (Zdecydowaliśmy też, że nasze dzieci będą miały nazwisko podwójne: moje, dywiz, Adama, I―cz-Plu. Dzieci nie planujemy, ale koty wyglądają na zadowolone). Po ślubie nie zmienialiśmy dokumentów, adresów mejlowych, nazw kont na fejsie, a krewnych i znajomych na wszelki wypadek poinformowaliśmy, że nie zmieniliśmy nazwisk.

A jednak, choć minęło już parę lat i można by pomyśleć, że wszyscy się przyzwyczaili, od czasu do czasu tej lub owemu zdarzy się nazwać nas zbiorczo nazwiskiem Adama. Plu―owie to, Plu―owie tamto, koty Plu―ów.
Kiedy się ich poprawi, niektórzy reflektują się i przestają. Ale inni reagują chichotem albo machnięciem ręki. Albo mówią „Ale bo Plu to takie ładne nazwisko, takie pluszowe, mogę?” (Aniu, nie, jednak nie) albo „No wiem, ja tylko tak skrótowo”. Są też tacy, co nazywają nas Plu―ami nawet wtedy, kiedy już zwróciło się im uwagę. I w większości są to osoby naprawdę fajne i miłe. Ludzie, których lubimy, cenimy, uważamy za otwartych i tak dalej.
A jednak nie szanują mojej decyzji w nie tak błahej przecież sprawie.

*

Cieszę się, że Adam jest moim mężem. Jego nazwisko bardzo mi się podoba, zresztą zwykle właśnie po nazwisku do niego mówię.
Ale ja nie nazywam się Plu.



_

* W oryginale: My name isn’t Offred, I have another name, which nobody uses now because it’s forbidden. I tell myself it doesn’t matter, your name is like your telephone number, useful only to others; but what I tell myself is wrong, it does matter.

W znajdującym się na końcu książki komentarzu można przeczytać: „Nasza autorka musiała być jedną z wielu ofiar [tego reżimu] i należy ją widzieć w szerokim kontekście historycznym. Cóż więcej o niej wiemy, poza znajomością jej wieku, pewnej charakterystyki fizycznej, która zresztą mogłaby się odnosić do każdego, i miejsca zamieszkania? Niewiele. […] Nie uważała za stosowne podać nam swego prawdziwego imienia, ale rzeczywiście wszelkie oficjalne dokumenty musiałyby i tak zostać zniszczone z chwilą jej znalezienia się w Centrum Reedukacyjnym Racheli i Lei. Takie imiona, jak „Freda”, „Glena” czy „Warrena” nie wyjaśniają niczego – stanowią jedynie drugi przypadek imienia mężczyzny, do którego dziewczyna w danym momencie należała. Podręczne przybierały te imiona w chwili znalezienia się w domu swego Komendanta i porzucały z chwilą opuszczenia tego domu”.
(Margaret Atwood, Opowieść podręcznej, oba fragmenty w przekładzie Zofii Uhrynowskiej-Hanasz)

« późniejprzedtem »