cierpienie


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

cierpienie


kb002

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

cierpienie


Smutek – uczucie tego, komu coś dolega, kto stracił kogoś lub coś miłego, kto ma przykre wspomnienia, przeżycia; nastrój wywołujący taki stan, takie uczucie.
Smutek bezbrzeżny, bezgraniczny, beznadziejny, głęboki, niewymowny, szczery. Smutek w głosie, na twarzy, w oczach, w spojrzeniu. Brzemię, chmura, chwila, fala smutku. Okazywać, wyrażać, taić, ukoić, rozpędzać, rozpraszać smutek. Smutek ogarnia, opanowuje, przejmuje, przytłacza, trapi, zdejmuje kogo.*

Kiedy niedawno obcięłam sobie kawałek palca (mam to na zdjęciach, jeśli ktoś chce (palec już się zabliźnił, nie ma co się martwić)), ogarnął mnie przejął zdjął smutek. Jak wtedy, kiedy Mała Mi umarła.
Kiedy próbuję myśleć, myślę o więdnących liściach.
Rozpuściliśmy dziś w wodzie proszek na wirusy, zapachniało śmiercią.
Brzemię chwila chmura fala. Taić rozpędzać rozpraszać.
Pracuję, ćwiczę, świecę sobie lampą.

 
* Definicja za Doroszewskim.

cierpienie


W domu wszędzie brak, puste miejsca po niej. Na podłodze ślady łap; tam, gdzie umarła, kilka ledwie widocznych czarnych smug, widać niedokładnie wytarliśmy. Robię w myślach spis rzeczy, które trzeba umyć, wyprać, odkazić, wyrzucić, spis miejsc, w których leżała, wymiotowała, spis znajomych, których trzeba ostrzec.
O pierwszej facet z krematorium przywiózł urnę.

Staram się bronić przed tym obrazem, przed wspomnieniem skurczów i czarnej powodzi. Myślę o tym, jaka była mądra. O tym, jak oglądała z nami film o ptakach. Jak lubiła światełka, zajączki, jak szczękała na wrony. Jak kładła się między mną a klawiaturą, kiedy pracowałam, i trzymała łapę na mojej dłoni. Jak spała w dziwnych pozach. Jak grała nam na dobranoc kocifugę. Jak domagała się pieszczot i jak trochę obleśnie stękała, kiedy się ją głaskało. Jak towarzyszyła nam przy myciu zębów. Jak chodziła za mną po domu jak piesek i jak wieczorem brałam ją pod pachę i niosłam do łóżka. Jak budziła nas kichaniem prosto w twarz i jak nie dawała się spławić. Jak boleśnie potrafiła podeptać. Jak się o nic nie obrażała. Jak lubiła ludzi i zawsze przychodziła do kuchni, kiedy byli goście. Jak śmiesznie wystawał jej kieł i jak lubiłam sobie wyobrażać, że na starość będzie wystawał jeszcze bardziej i będziemy się z niego śmiali.

Zaczęło się pod koniec listopada. Trochę kaszlała, trochę mniej jadła. Adam zabrał ją do weterynarza, zdiagnozowali stan zapalny górnych dróg oddechowych, dali jakieś leki na wzmocnienie, potem antybiotyk. Martwiliśmy się, ale nie bardzo, w końcu to było tylko przeziębienie.
Potem było jak w złym śnie, z dnia na dzień gorzej, jakby się po prostu cała popsuła. Nie nadążałam za tym, Adam chyba też nie. W ogóle przestała jeść i pić, chowała się w szafie. Coś było nie tak z wątrobą. Przed USG oswajaliśmy się z myślą o raku i eutanazji, ale okazało się, że to nie rak. Odetchnęliśmy. To tylko stan zapalny, pocieszaliśmy się. Jest źle, ale nie aż tak źle. Wątroba się regeneruje.
Weterynarze twierdzili, że się czymś zatruła. Nie mieliśmy pojęcia, co to mogło być. Karma była w porządku, bo Matylda jadła to samo i nic jej nie dolegało. Awokadowców nie obgryzała, kilka razy sprawdziłam. Detergentami się nie interesowała. Z trucizną na przędziorki i odkamieniaczem nie mogła mieć kontaktu, pilnowaliśmy. Może do domu dostał się szczur obżarty trutką z piwnicy? Ale znaleźlibyśmy przecież jakieś resztki. I nigdy nie widziałam tu szczura.

Była jedna straszna doba, kiedy nie dostawała zastrzyków przeciwbólowych, bo powiedzieli, że to za bardzo obciąża wątrobę. Chodziłam za nią po domu i wycierałam żółtą pianę, którą wymiotowała. Dostała biegunki, zrobiła pod siebie, a potem przyszła do mnie, jakby chciała poprosić, żebym ją umyła. Pozwoliła mi, w ogóle nie protestowała. Cały dzień okropnie się śliniła. Nie wiedzieliśmy, że to z bólu. Dopiero następnego dnia inna pani doktor zaordynowała bunondol, który w myślach nazywałam bólbulonem. Co osiem godzin robiliśmy zastrzyk. Po zastrzyku Mi zapadała w letarg. Przynajmniej jej nie boli, pocieszaliśmy się. Najważniejsze, żeby nie bolało.

Adam co wieczór jeździł z nią na kroplówki. Ja siedziałam w domu, bo już trochę zawaliłam terminy. Nasłuchiwałam, czy idą. Dlatego wiem teraz, że koło 22 sąsiadka wraca z psem ze spaceru; potem jakieś dwadzieścia minut i przyjeżdżali.
Czasem wydawało nam się, że jest trochę lepiej. Dała się pogłaskać, przyszła do łóżka, strzygła uszami na wrony. Potem znowu się pogarszało.

W piątek jeszcze inna pani doktor powiedziała, że to może być koci tyfus. Zrobili test, wyszedł dodatni.
Niestety typowe objawy pojawiają się dopiero po kilku dniach od zakażenia – przeczytałam w internecie a wtedy jest zwykle za późno na leczenie.
Występują 3 postaci panleukopenii: nadostra, ostra i łagodna. W przypadku postaci nadostrej brak objawów, a zwierzę umiera nagle. W przypadku postaci ostrej śmierć następuje po 1–2 dniach. W przypadku postaci łagodnej śmierć następuje po 5–6 dniach.
Źródła zakażenia mogą być różne: kontakt z chorym kotem; kontakt z kotami żyjącymi na wolności; kontakt z osobą, która miała styczność z chorym kotem (wystarczy, że osoba ta przebywała w pomieszczeniu, w którym chorował kot – nawet gdy tego kota tam już nie było – wirus może zostać przeniesiony na ubraniu, na butach, na rękach itp.); duże skupiska zwierząt; lecznice weterynaryjne (również ich pracownicy).
Matylda nie zachorowała prawdopodobnie dlatego, że była szczepiona i jeszcze jest odporna, ale trzeba ją obserwować; okres wylęgania się choroby wynosi 5–12 dni. Mi mogłaby pomóc surowica od kota, który chorował i przeżył. Nie mają, poszukają dawcy.
Pani doktor, powiedział mi Adam przez telefon, powiedziała, żeby dać jej jeszcze dwa dni. A jeśli za dwa dni się nie poprawi? To będzie znaczyło, że Mała Mi umiera.

W nocy Adam zamieścił ogłoszenie na Facebooku. Ola, znajoma z Razem zasugerowała, żeby napisać do Kociej Łapki. Okazało się że mają surowicę. Powiedzieli, że liczy się każda godzina, że trzeba jak najszybciej, że mamy jechać do Pauliny, że już do niej dzwonili. Było dobrze po północy, do Pauliny dojechaliśmy koło pierwszej. Dostaliśmy dwie strzykawki, dla Mi i dla Matyldy, surowicę podaliśmy koło drugiej.
W nocy Mi próbowała pić wodę, rozgrzały jej się uszy, na chwilę przyszła do mnie na kanapę. W sobotę byliśmy w klinice we troje. Pani doktor powiedziała, że Mi ma lekką gorączkę i że to dobrze, to znaczy, że organizm walczy. I że surowica znacznie zwiększa jej szanse. Znowu były kroplówki, leki na to, leki na tamto.
Kiedy szliśmy do samochodu, jakiś chłopiec zobaczył Mi przez drzwiczki kontenerka, ledwie przytomną po bunondolu, zmęczoną, zaślinioną. „O jaki słodki! – rozczulił się. – Jaki malutki!”. Nie powiedziałam mu, że jest chora (i wcale nie taka malutka!). Uśmiechnęłam się do niego i poszliśmy.
Kiedy jechaliśmy do domu, Mi patrzyła na światła.
Ożywiła się. Trochę chodziła, przyszła do mnie, na swój fotel. Zagrzebała się w śpiworze. Robiła też niepokojące rzeczy, stała nad miską z wodą, leżała w kuwecie. Ale myśleliśmy, że jest lepiej.
Zadzwonił landlord, mówił, że jeden z jego kotów chorował na panleukopenię, w zasadzie już umierał, ale udało się go uratować dzięki surowicy.
Zaczęliśmy mieć nadzieję.

W niedzielę obudziłam się nad ranem, nie mogłam jej znaleźć. W końcu odkryłam, że leży przy oknie. Patrzyła na świat. Przez chwilę myślałam, że może się z nim żegna, ale potem powiedziałam sobie, że pewnie obserwuje ptaki i że to dobrze. Przykryłam ją, żeby nie zmarzła.
Potem przyszła do nas do łóżka. Z trudem na nie wskoczyła, ale przyszła.
Wstaliśmy trochę przed południem, Mi została w pościeli. Zbudowałam wokół niej gniazdo z kołdry, żeby było jej cieplej i wygodniej.
O dwunastej, kiedy pisałam do Aerte, że chyba się powoli poprawia, usłyszeliśmy jęk, miauczenie jak na alarm. Mi stała w przejściu między dużym pokojem a przedpokojem i chwiała się na nogach. Pobiegliśmy do niej. Upadła. Głaskaliśmy ją, mówiliśmy do niej. Skręciła się w konwulsjach, zwymiotowała. Raz, drugi, trzeci. Podłogę zalała ogromna fala rzadkiej czarnej cieczy o dziwnym chemicznym zapachu.
Wycieraliśmy to czarne ręcznikami papierowymi, głaskaliśmy Mi, Adam dzwonił do kliniki, pytał, czy można podać zastrzyk przeciwbólowy. Przyłożyłam ucho do jej boku i nasłuchiwałam. Wydaje mi się, że słyszałam dwa uderzenia i że cisza między nimi trwała zbyt długo. A potem już nic. Ale brzuch się poruszał, jakby oddychała. Adam nie znalazł stetoskopu, przyniósł lusterko. Nie zaparowało.
Włożyłam Małą Mi do kontenerka. Była zupełnie sflaczała, jak szmatka. Postawiliśmy kontenerek na kanapie.
– Co mamy teraz zrobić? – powiedział Adam bezradnie. – Nie wiem.

Śmierć nie od razu widać. Mi długo była ciepła, w dotyku zupełnie żywa, wcale nie sztywna. Długo nam się wydawało, że jeszcze oddycha. Może coś przewalało się w jej brzuchu, a może pręgowane futro ma to do siebie, że jak się na nie zbyt intensywnie patrzy, to wygląda, jakby się ruszało.
Mieliśmy taką irracjonalną myśl, że może jeszcze wróci. Że się ocknie. Że jest niezniszczalna jak Mała Mi z Muminków. Że zmartwychwstanie i będzie kocizbawicielką, dawczynią surowicy. Że dlatego nie można zamykać kontenerka, trzeba głaskać, być obok. Żeby wiedziała, że jeśli zechce wrócić, to ma do czego.
Dlatego umówiliśmy się na kremację dopiero na piątą.

IMG_0024

cierpienie


IMG_0560– Dobry wieczór.
Chciałbym oddać kota do kremacji.
– A skąd pan jest?
– Znikąd. Jestem człowiekiem,
któremu umarł kot.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

cierpienie


Krzyś miał przerąbane, bo seplenił i był piegowaty, a poza tym jeszcze w czwartej klasie mama odprowadzała go do szkoły i opowiadała innym mamom, że go karmi łyżeczką. Już na pierwszych lekcjach się z niego śmiali. A ja uznałam, że to nie w porządku, i postanowiłam się z nim zaprzyjaźnić, żeby go wesprzeć i pokazać innym, że są głupi. Zostaliśmy przyjaciółmi. Na przerwach bawiliśmy się, że mój kanciasty plastikowy niemiecki tornister to statek kosmiczny, a na lekcjach siedzieliśmy w jednej ławce, co było zupełnie niesłychane, bo normalne dziewczyny nie zadawały się z chłopakami, a jedyną, która siedziała z chłopakiem, była Danka, ale to pod koniec szkoły, i nie dlatego, że chciała, tylko dlatego, że nikt nie chciał siedzieć z nią, a ten chłopak był taki jak ona, z zajęczą wargą i kurzajkami, i nie miał nic do gadania.
Od razu się zaczęło, że Jacek i Barbara, że się ruchamy, że jesteśmy zboczeni i tak dalej. Któregoś dnia otoczyli nas na boisku i zaczęli krzyczeć, żebym Krzysia pocałowała. Myślałam, że jeśli go pocałuję, to zobaczą, że to nic takiego (przecież całują się nie tylko ci, co się ruchają, na przykład rodzice całują się ze swoimi przyjaciółmi i nie zachowują się, jakby to było coś wstydliwego), i może się odczepią. Krzyś był strasznie zawstydzony, zawsze bardziej się nimi przejmował. Kiedy pocałowałam go w policzek, rozległ się potworny wrzask. Do końca szkoły się nie odczepili.

Ewa była Świadkiem Jehowy. Nawet jej nie dokuczali, po prostu była jakby obok tego wszystkiego. Trochę się z nią kolegowałam, raz czy dwa się odwiedziłyśmy, pożyczałyśmy sobie zeszyty, kiedy któraś chorowała. Ewa dawała mi czasem te ich gazety z kolorowymi obrazkami, na których baranki przytulają się do lwów, trawa jest soczyście zielona, a ludzie szczęśliwi i uśmiechnięci. Pamiętam, że kiedyś zapytała, czy wierzę w diabła. Stałyśmy wtedy pod dużym oknem na końcu korytarza. Spojrzałam w jasne oczy Ewy, czyste i błękitne, i zobaczyłam w nich szatana. I chyba odpowiedziałam, że nie.

Sylwek był gruby, ale dawał radę. To on pierwszy zaczął nazywać mnie kurwiszonkiem. Często mnie bił, chyba on najczęściej. On był duży, ja mała, więc uderzał z góry, pięścią w czubek głowy. Chłopaków to bardzo śmieszyło, ale ostrzegali: „Nie dotykaj jej, bo się pierdolcem zarazisz”.
Rodzice nauczyli mnie, że donosicielstwo jest jedną z najohydniejszych rzeczy na świecie, więc nie skarżyłam, ale dla Sylwka zrobiłam wyjątek. Wiedziałam, że w domu go leją, więc poprosiłam tatę, żeby porozmawiał z jego ojcem. Podziałało. Na następny dzień usłyszałam, jak Sylwek, obficie spluwając, mówi chłopakom: „Kurwa, trzeba będzie przestać bić kurwiszonka, bo mój stary…”. Kiedy po latach spotkałam go na ulicy w P-nie, przywitał mnie ze szczerym uśmiechem. Naprawdę.

Marzeny nienawidziłam. Ciągle się mnie czepiała, wyzywała mnie, biła i szarpała. Raz, jak na chemii usiadła w ławce przede mną, trafiła się okazja do zemsty. Marzena miała na sobie nylonową białą bluzkę. Paskudną, więc stwierdziłam, że wielkiej szkody nie będzie. Delikatnie przytknęłam pióro do materiału. Atrament rozchodził się szybko w efektowne ni to gwiazdy, ni to krzyże. Systematycznie stawiałam kolejne i kolejne. Zanim się zorientowała, minęło sporo czasu. Fajnie krzyczała. Wychowawczyni trochę się pooburzała („Taka grzeczna dziewczynka, kto by pomyślał!”), a potem zarządziła, że mam kupić odplamiacz. Dostałam od mamy pieniądze, ale nie chciało mi się iść do sklepu, więc po prostu przekazałam je Marzenie. Kiedy kupiła sobie najtańszy z odplamiaczy, a resztę wydała na lody, czułam się jednak trochę oszukana.
Ale najgorsze było to z miotłą. Marzena niby trochę trzymała z chłopakami, ale to było takie dziwne trzymanie, jakby ona trzymała z nimi, a oni z nią nie. Z ochotą się przyłączała, kiedy nabijali się z dziewczyn, nazywała mnie kurwiszonkiem jak oni, tylko chyba jeszcze częściej, ale nie była do końca bezpieczna, jej też dokuczali, a Zaniuk strzelał ze stanika jak wszystkim („Stanik dzisiaj masz?”; mnie nie, ja nie nosiłam, niedoczekanie), chociaż w sumie akurat Marzena raczej to lubiła. No a raz wzięli z szatni miotłę i wsunęli jej kij między nogi, tak jakby chcieli ją na nim posadzić okrakiem, i ją na tej miotle podnieśli, wysoko, żeby nie mogła stopami dosięgnąć podłogi. I chociaż nienawidziłam Marzeny, było mi jej wtedy szkoda. Przecież to musiało okropnie boleć. I przecież wszyscy, którzy to widzieli, musieli myśleć o tym, że Marzena ma cipę.

Zaniuk miał już prawie osiemnaście lat, tyle razy nie zdał. I kuratora, i wąsik. Był największy i najsilniejszy z nich wszystkich. I wszyscy się go bali, nawet niektórzy nauczyciele, a zwłaszcza pan od matematyki, taki blady, chudy, w wojskowych laczkach z dziurkami i sweterku w romby. Kiedy Zaniuk wychodził z klasy w środku lekcji i pogwizdując, przechodził tak blisko niego, że prawie go trącał ramieniem, pan od matematyki cofał się pod tablicę i potem miał plecy całe w kredzie. Ja się nie bałam, bo ja się niczego nie boję (oprócz pająków), a wtedy bałam się tylko taty i pająków. I to Zaniuka trochę wkurzało. Podchodził czasem, łapał mnie jedną dłonią od tyłu za szyję, mocno ściskał, nachylał się do mojego ucha i syczał przez zęby: „Nie boisz się? Nie boisz się, kurwiszonku?”. Naprawdę się nie bałam. Zastosowałam swój stary sposób, który w pierwszej czy drugiej klasie świetnie podziałał na zadzieranie spódnicy – udawałam, że tego nie zauważam, bo wiedziałam, że jak dziewczynka nie krzyczy, to nie ma zabawy i chłopaki szybko się nudzą. Więc udawałam, że nic nie czuję, chociaż to ściskanie bardzo boli. Starałam się nie kulić, siedziałam bez ruchu i czekałam, aż się odwali. I w końcu się odwalił.

Tego chłopaka ze sportowej właściwie nie znałam. Nie pamiętam, jak miał na imię. Może Maciek. W siódmej czy ósmej klasie pojechaliśmy z nimi na wycieczkę do Krynicy albo innej Rabki. Dało się wytrzymać, bo nikt nie chciał być ze mną w pokoju, więc miałam dwójkę tylko dla siebie. Krzysiek przychodził do mnie na makao, a chłopaki zaglądały przez okno z tarasu, rechotały się, robiły miny, i palcem jednej ręki ruchały kółka zrobione z palców drugiej. Chciałam zasłonić firankę, ale Krzysiek mnie powstrzymał, powiedział, że wtedy byłoby jeszcze gorzej. Zemściliśmy się wieczorem na dyskotece w piwnicy. Poczekaliśmy na wolny kawałek i kiedy dziewczyny z chłopakami przytuleni powoli obracali się dookoła i macali, zaczęliśmy krążyć wokół nich jak czaple, z plecami wygiętymi w pałąk, przykurczonymi rękami i ustami w dziubek, wysoko podnosząc kolana i powoli opuszczając stopy. Szybko nas przepędzili.
To z tym chłopakiem nie pamiętam, czy było przedtem czy potem. Jeśli potem, to może przynajmniej wiadomo dlaczego. Przyskoczył do mnie nagle na spacerze, napluł mi w twarz i uciekł. I to był drugi i ostatni raz, kiedy na kogoś naskarżyłam. Poszłam do jego wychowawczyni, pani M. Zawsze ją lubiłam, była miła i jakaś taka delikatna. Jak kiedyś na przerwie zostawiła torebkę w klasie i któryś z uczniów ją okradł, to się popłakała. Poszłam i powiedziałam. „To niemożliwe”, usłyszałam. „Maciek to taki dobry chłopiec”.

No a z Danki to nawet myśmy się śmiali, ja z Krzyśkiem. Mówiło się na nią „prymitywne jajeczko” i myśmy też tak mówili. Trafiła do nas jakoś w szóstej, siódmej klasie, bo nie zdała. Miała brzydkie ciuchy, zajęczą wargę i kurzajki. I cycki, jako jedna z pierwszych, a wtedy cycki to był powód do wstydu. Przynajmniej u Danki. Strasznie jej się na wuefie bujały. I taka wylękniona była, zahukana, małomówna.
Ale któregoś dnia, może dlatego, że mama mi coś powiedziała, bo pamiętam kawałek rozmowy, pomyślałam sobie, że jak to. Że przecież Danka nic nikomu nie zrobiła. No i wiedziałam, jak to jest, kiedy wszyscy ci dokuczają. I chociaż chyba obawiałam się trochę, że się od tego zarażę Danką, podeszłam do niej na przerwie na korytarzu i zagadałam. Nie pamiętam o co, może po prostu powiedziałam „cześć”, może zapytałam, czy coś było zadane – chodziło o to, żeby zrobić to normalnie, po ludzku. Jezu, jak się Danka uśmiechnęła. Jakby jej ktoś żarówkę w środku włączył. A mnie zrobiło się bardzo, bardzo wstyd. Za wszystkich. Za siebie.

cierpienie


Dla Adama.
Trochę niechlujnie, prosz wybaczy. Kliknąwszy, itd.
wieloryb-mm

cierpienie


zebranie005-1
Zeszłoroczny, z traumatycznego zebrania.

cierpienie


Lubiłam budynek Instytutu Filozofii. Schody w studnię, przedsionek pełniący funkcję palarni nawet wówczas, gdy już wisiały tabliczki z zakazem, łazienki, w których zimą spali nieniepokojeni przez ciocie bezdomni, salę, gdzie odbywały się ćwiczenia z historii filozofii na pierwszym roku. Zaczynały się w południe – przez pierwszych dziesięć minut czekaliśmy, aż przestaną bić dzwony w kościele, z którym Instytut dzieli podwórze; w semestrze letnim okazało się, że większość Ojców Kościoła była w gruncie rzeczy heretykami.

Kiedy po raz pierwszy weszłam na ostatnie piętro, uświadomiłam sobie z zaskoczeniem, że już tam kiedyś byłam.
Miałam wtedy pięć, może sześć lat. Mama studiowała etnografię. Zabrała mnie na zajęcia z antropologii, chyba nie miała mnie z kim zostawić. Musiała być jesień albo zima, bo mimo niezbyt późnej pory było już ciemno. Przy wejściu do niskiej sali stał kompletny ludzki szkielet, pieczołowicie pospinany drucikami. Usiadłyśmy. Za naszymi plecami na ciągnących się wzdłuż ścian półkach leżały w półmroku tekturowe pudełka pełne ludzkich kości. Byłam grzeczna, jeśli już musiałam coś powiedzieć, to mówiłam szeptem. Mama i jej koleżanki otwierały pudełka i oglądały kości. Potem wykładowca przyniósł futerał pełen sztucznych oczu, każde w innym kolorze. Każdemu, mnie także, dopasowano właściwe. Kiedy zajęcia się skończyły, stanęłam za kościotrupem i zaczęłam poruszać jego rękami. Machaliśmy wychodzącym na pożegnanie i coś cichutko mamrotaliśmy, ale ku mojemu rozczarowaniu nikt się nie przestraszył.

W tej samej sali kilkanaście lat później zdawałam egzamin z historii filozofii na drugim roku. Egzaminował doktor M, towarzyszył mu doktor P, do którego chodziłam na ćwiczenia.
Ćwiczenia były niezwykle ciekawe, ale też nie do zniesienia bolesne, ponieważ już na pierwszych zajęciach doktor P tak nas onieśmielił swoją wiedzą, przenikliwością i specyficzną rezygnacją, która brała się najprawdopodobniej z filozoficznego wglądu w położenie, w jakim się, my z nim, znaleźliśmy, że komunikacja z miejsca stała się w zasadzie niemożliwa. Widzieliśmy, że doktor P fatalnie się czuje z naszym milczeniem, obawialiśmy się, że każe mu ono wątpić w jego nauczycielskie zdolności, i nie wiedzieliśmy, jak dać mu do zrozumienia, że to nie tak, że po prostu wstydzimy się powiedzieć jakieś głupstwo. Na każde kolejne zajęcia przychodziliśmy bardziej sfrustrowani, doktor P chyba także, na każdych kolejnych zajęciach patrzyliśmy na niego z większym bólem, na każdych kolejnych zajęciach pękało mi serce.

Pierwszego pytania nie pamiętam, drugie dotyczyło tego, co Hume pisał o cudach. Zawsze lubiłam Hume’a, kawałek o cudach pamiętałam dobrze. Odpowiedziałam, doktor P i doktor M się uśmiechnęli.
– A gdyby teraz – odezwał się doktor P – dotarła do nas wiadomość o cudzie, to zdaniem Hume’a powinniśmy dać jej wiarę czy nie?
Przeanalizowałam szybko to wszystko, o czym mówiłam przed chwilą.
– Raczej nie – powiedziałam, z wahaniem, bo pytanie wydało mi się za łatwe. – Zbyt wiele zdaniem Hume’a przemawia przeciwko doniesieniom o cudach. Mała liczba ludzi wiarygodnych, powszechna skłonność do rozgłaszania fantastycznych opowieści, powszechność wiary w cuda u barbarzyńców, sprzeczne świadectwa różnych religii. Wreszcie sama indukcja, bo z dotychczasowych relacji o cudach większość prędzej czy później okazywała się fałszywa. Więc nie, raczej nie.
– Otóż nie – powiedział doktor P i, nie pamiętam dzisiaj, przygnębiony czy rozbawiony, spojrzał mi w oczy. – Według Hume’a pogłoskom o cudach można [czasami (?)] dawać wiarę. Mówi o tym w

I kurde nie wiem gdzie. No nie wiem. Przeczytałam wczoraj dziesiąty rozdział Badań dotyczących rozumu ludzkiego i nic takiego nie znalazłam. Jest tam mowa o jednym wiarygodnym cudzie, w ostatnim akapicie stwierdza się, że „religii chrześcijańskiej cuda towarzyszyły nie tylko na samym początku, ale nawet dzisiaj żaden rozsądny człowiek nie może wyznawać tej religii, nie wierząc w cuda” – ale to nie to, chodziło o coś innego, o dość krótki przypis odnoszący się wprost do wiadomości o cudach. Pamiętam jak dziś, mała złośliwa gwiazdka i jedno zdanie, może kilka.
Ale może tylko go sobie wyobraziłam, może nigdy go nie widziałam. A może to nie był przypis tylko przedostatni akapit. W każdym razie nie w tym rozdziale, może nawet w innej książce. Pewnie po prostu nie było mnie na tamtych zajęciach, pewnie urwałam się przed weekendem, żeby pojechać na parę dni do Hydraulika.
Przejrzałam resztę Badań dotyczących rozumu ludzkiego, przejrzałam Badania dotyczące podstaw moralności, Traktat o naturze ludzkiej i Dialogi o religii naturalnej, przejrzałam nawet notatki z ćwiczeń z doktorem P. Nie znalazłam.

Spojrzałam w oczy doktora P i po raz ostatni pękło mi serce.
– Niech się pani nie martwi – powiedział doktor M. – pani rozumuje słusznie. To Hume sam sobie przeczy.

[Cytowany fragment w przekładzie Tomasza Sieczkowskiego.]

cierpienie


Dostałam od Adama gablotkę z szesnastoma przegródkami. Umieściłam w niej następujące przedmioty:

kostka do gry plastikowa biała;
kostki do gry obsydianowe, sztuk sześć;
dziupla luzem mała;
(do czwartej przegródki Adam włożył karteczkę)
kamyki, szkiełko i gumowa żółta choinka lub zatyczka do ucha, znad morza;
ostrzeżenia z bibułek papierosowych, umieszczane w opakowaniach przed piątą od końca bibułką, dużo;
uszko od stłuczonej filiżanki;
pryzmat szklany;
śruba z nakrętką stalowa duża;
papierowe kółko z opakowania lekarstw, z napisem LOVE, oraz kawałek rośliny przypominający małą włochatą łapkę;
znalezione w fortach czerwone pokrętło z trójkątem oraz wróżby z ciasteczek z wróżbą, sztuk dwie;
bączek plastikowy czarno-srebrny;
wyrwane zęby trzonowe moje, sztuk dwie;
złota dziesięciorublówka z 1899 roku, po prababci;
znalezione jednogroszówki, sztuk dwie;
nakrętka stalowa duża.

cierpienie


Encyklopedia PWN tak mówi o bólu:
przykre doznanie czuciowe i emocjonalne związane z rzeczywistym lub potencjalnym uszkodzeniem tkanek lub opisywane w kategoriach takiego uszkodzenia; receptory bólowe występują w skórze, błonach śluzowych, okostnej, torebkach stawowych, mięśniach, trzewiach; duże znaczenie diagnostyczne.

Słownik języka polskiego PWN mówi mniej, podaje za to dwa znaczenia:
1. nieprzyjemne wrażenie zmysłowe;
2. zmartwienie, smutek.

Ale nie mówi encyklopedia i słownik nie mówi, że boli zawsze samemu. Że w sufit patrzy, bo rzeczywistość męczy, bo się jej nie umie. Że się nie jest i raczej nie myśli, albo bardzo powoli. Że się instynkt samozachowawczy traci, prawdę mówi gdzie nie trzeba, maniery że się psują, na konwenanse nie zważa się, w kłębek zwija, i milczy, bo nie ma siły. Że ma swój rytm, swoją konstrukcję kompozycję urodę metodę. Że nie tylko ucisk, wyżymanie i pulsowanie, lecz także kłucie i świdrowanie, łaskotanie, potem jakby swędzenie tylko gorzej, albo szczypanie i mrowienie, a potem znowu kłucie pulsowanie. Że byłoby to nawet ciekawe, gdyby nie bolało i gdyby się można było skupić na tym, ale nie można, bo jak boli, to się nie można skupić, bo się nie jest, nie bardzo, i raczej nie myśli. I nawet nie czeka, aż przejdzie, bo jak nie jest, to i czasu nie ma.

Może mówi to angielska encyklopedia. Nie wiem, nie władowała mi się, zgłosiła timeout error.

wewte »