dobre maniery



(Raz go wkleiłam w komentarzu na Facebooku, jak mnie znużyła rozmowa. Od tego czasu trzymam w zanadrzu).

dobre maniery


Dziś na ławce w metrze usiadła obok mnie kobieta. Drobna, nerwowa, napięta. Siedzi, siedzi – i nagle wyrzuca z siebie, niezbyt głośno, ale za to dobitnie i z pasją: „Kurwy pierdolone”. Po chwili wstaje i odchodzi.
Jeśli coś takiego przydarzy mi się jeszcze raz, zacznę podejrzewać, że te głosy tak naprawdę pochodzą z mojej głowy.

dobre maniery


Byliśmy wczoraj z Mademoiselle Blanche na ogólnopolskim konkursie drag queen w klubie Rasco nieopodal cmentarza. Bardzo udany wieczór. Przyszedł olbrzym z Twin Peaks, którego ukradkiem pogłaskałam po swetrze, spotkaliśmy znajomych, tańczyliśmy w kolejce do łazienki, wypiliśmy wszystkie kasztelany.

W konkursie wzięło udział kilkanaście uczestniczek, niektóre naprawdę olśniewające, a prowadząca imprezę Kim Lee każdą zapowiedź wygłaszała w innej sukience. Nasza główna faworytka, Nikita Kociak Bum Bum, zajęła niestety nie pierwsze, a drugie miejsce, choć darliśmy się z widowni jak głupi, Ni ki ta! Ni ki ta! Za to udało nam się jej pogratulować, uścisnąć dłoń (Adam) i ucałować w policzek (ja, odruchowo).

W miarę upływu czasu coraz mniej rozumieliśmy kryteria i porządek konkursu, pamiętam tyle, że prawie wszystkie drag queens wygrały i śpiewały na koniec razem We are family, I got all my sisters with me. Zresztą złe występy były w sumie tylko dwa, może nawet tylko jeden. A w gruncie rzeczy zła była tylko pani Monika, zasiadająca w jury obok Kingi Dunin i Bartosza Żurawieckiego. Pani Monice – która, jak później dowiedzieliśmy się z internetu, jest aktorką i piosenkarką „znaną głównie z bójki z Dodą” – wydawało się najwyraźniej, że występuje jako jurorka w „Idolu” albo innym „Mam Talent”. Wypowiadała się z charakterystyczną pogardliwą manierą, udzielała artystkom dobrych rad, nie szczędziła miażdżącej krytyki („No nie, kochana, przed tobą długa droga. Jeden za kreację, jeden za adaptację. Naucz się chociaż otwierać usta w odpowiednim momencie”).

– Buuu!!! Pekaes ci ucieknie!!! – nie wytrzymała w końcu Blanche.
Stojący obok chłopak spojrzał na nas, trochę zdziwiony, trochę rozbawiony, i powiedział:
– Suka mieszka niedaleko, przez pola przejdzie.

dobre maniery


Dzień szósty.
Ślipcze – Hrubieszów – Dziekanów – Szpikołosy – Matcze – Zagórnik – Dubienka – Husynne – Dorohusk. 61,5 km.

Nieustająco upał.
Koło czwartej nad ranem łoskot rozpędzonego samochodu i głośne skomlenie. Adam wybiega przed dom. Samochód potrącił psa sąsiadów, pies ma uszkodzony kręgosłup, sąsiedzi – sąsiadka stara stara, syn na kacu – jakby nie wiedzą, co robić. Adam oferuje pomoc, dziękują. Parę godzin później dowiadujemy się od naszej gospodyni, że był weterynarz i uśpił.

Z Hrubieszowa wysyłam poleconym do Mariuszka, który opiekuje się pod naszą nieobecność kotami i roślinami, kilka kartek korekty, zużyte fragmenty mapy, obrazek z Matką Boską karmiącą znaleziony przez Adama w opuszczonym domu w Wasylowie i dwie strzykawki po lekarstwach.

Między Hrubieszowem a Matczami homoseksualna propaganda na przystanku PKS.

 

Za Matczami sjesta w lasku. Znajdź ważkę.

A w Dubience ważki na grzędzie.

Nocleg w szkolnym schronisku młodzieżowym. Nikogo oprócz nas nie ma, mamy całą szkołę dla siebie, ale jesteśmy w niej zamknięci na klucz, do rana. Specjalne zarządzenie dyrektorki.
Żeby nie włączać górnego światła, instaluję w naszej klasie znalezione w kanciapie lampki choinkowe.

Robimy obchód, z butelkami piwa w dłoni, na bosaka. Szkoła jest duża, kroki odbijają się echem. Na ścianie świątobliwe gazetki ścienne („Panie Jezu, nie pozwól, bym zgrzeszył w wakacje”), w nocy złe sny.

 

Dzień siódmy.
Dorohusk – Okopy – Świerże – Wola Uhruska – Zbereże – Sobibór – Włodawa. 56,5 km.

Upał.
Gdzieś między Dorohuskiem a Wolą Uhruską czekam na Adama pod sklepem.

Panowie pod rybą piją piwo, najbardziej gadatliwy malowniczo przeklina, ogląda się, reflektuje. „Oj, ja myślałem, że to mężczyzna jest!” (Przed wyjazdem ogoliłam głowę). „A to kobieta, i to ładna… – Dostrzega obrączkę. – I mężatka! Tak? To nie będę zaczepiał. Mąż w sklepie? Pani mi da znak, jak będzie szedł”.

Okolice Sobiboru są jak na ironię prześliczne. Sosnowe lasy idealne na spanie pod namiotem, w dodatku cień i gładki asfalt po kolejnym dniu morderczego upału.

We Włodawie instalujemy się w schronisku młodzieżowym w internacie. Dostajemy mikroskopijny trzyosobowy pokoik w lilafiolecie

i ruszamy na spacer po mieście,

które o tej porze wydaje się prawie martwe.

Na wieczorne piwo trafiamy do pustego baru naprzeciwko synagogi. Jest tylko właściciel – siedzi sam przy dużym stole, ogląda jakiś stary film. Szybko okazuje się niezwykle rozmowny, dowcipny i miły. Pod koniec pierwszego piwa dołącza do nas jeszcze jego znajomy. Włodawa wciąż wygląda na prawie martwą, Adam obserwuje postępy na rozpiętej pod latarnią pajęczynie.

 

Dzień ósmy.
Włodawa – Różanka – Dołhobrody – Sławatycze – Jabłeczna – Szostaki – Kodeń – Kostomłoty. 60 km.

Dzień ósmy zaczynamy od wizyty w synagodze (obecnie muzeum).

 

W małej synagodze – choć miałam nadzieję, że nas to ominie – wystawa zdjęć z prac archeologicznych w obozie zagłady.

Po południu prawosławny klasztor w Jabłecznej.


Stajemy w przedsionku cerkwi, dużo złota, śpiewają, właśnie jest msza. Kiwam głową mnichowi, mnich kiwa głową mnie, koło czapki Adama przelatuje ważka.
Kapliczka. Znajdź ptaszka.

W Kostomłotach zapytani o agroturystykę (w internecie było, że jest) miejscowi kierują nas „jak te znaki że cerkiew, do ojca Zbyszka”. Znajdujemy cerkiew (wieczorem doczytamy w przewodniku, że jest bardzo wyjątkowa, bo jedyna działająca neounicka). Pięknie utrzymana, kwiaty, lampy, białe koty, napis PODLASCY UNICI WITAJĄ PIELGRZYMÓW itd. Za domem samochód, silnik zgaszony, światła włączone. W domu ciemno, na ganku klucz. Adam otwiera drzwi, ale nie potrafi ich zamknąć. Siadamy w altance, otwieramy piwo, pijemy trochę ukradkiem, czekamy. Nic. Robi się ciemno. Idę do pobliskiego Domu Pomocy Społecznej, bo widziałam, że się tam świeci, żeby dopytać. Na schodkach siedzi starszy pan, daje mi znak, żebym weszła przez bramę. Brama zamknięta. Podchodzi o kuli. Pytam o księdza Zbyszka, starszy pan próbuje mi odpowiedzieć, ale wydobywa z siebie tylko modulowane charczenie, którego mimo najlepszych chęci prawie nie jestem w stanie zrozumieć. Wreszcie wyławiam słowo „pielęgniarka”. Starszy pan znika w budynku, po jakimś czasie pojawia się pielęgniarka. „Jak samochód jest, to i ksiądz jest. Może kwiaty podlewa?”. Podziękowałam pielęgniarce, podziękowałam starszemu panu, wróciłam do Adama. O dziewiątej włączyły się nagrane dzwony. Przesterowana kakofonia dzwonów, strasznie głośno, z ćwierkaniem ptaków na końcu.

Adam do Aerte i Radeczka na fejsbuku przez komórkę: „Czekaliśmy godzinę, obeszliśmy teren, bo mieliśmy wizję, że gdzieś umarł. Ale znalazłem telefon na tablicy parafialnej, zadzwoniłem i przyszedł niezbyt zadowolony. Powiedział: A kto wam powiedział, że tu można nocować? My: Na krzyżówce powiedzieli. On: No i masz, hotel ze mnie robią. Ale to nie czas na takie dyskusje, macie klucze. […] Niezbyt miły, ale pójdę mu powiedzieć, że zostawił samochód na pozycyjnych i zaraz mu akumulator zdechnie”.

dobre maniery


Wróciliśmy wcześniej, bo nam się Polska skończyła.
Relacja tym razem obrazkowa i skrótowa.
 

Dzień pierwszy.
Pociąg do Rzeszowa.

Upał. Przedział dla podróżnych z większym bagażem ręcznym nagrzany jak piekarnik. Przez jakiś czas jedzie z nami chudy facecik w niebieskim. Wypija piwo, potem kuśtyka do wyjścia. Zerkam przez okno. Na odrapanym budynku stacji duży napis BIADOLINY.

Postój w Kłaju.

IMG_3791
 

Dzień drugi.
Rzeszów – Trzebownisko – Łąka – Palikówka – Łukawiec – Czarna – Dąbrówki – Smolarzyny – Kmiecie – Budy Łańcuckie – Łaszczyny – Chodaczów – Tryńcza – Ubieszyn. 63 km.

Upał w dalszym ciągu.
Śniadanie w barze mlecznym pod siedzibą automobilklubu.

IMG_3797

IMG_3807

– Czy wie pani – pyta Adam – jak dotrzeć, do tej, no…
– Tak – odpowiada ona z uśmiechem. – Tu pojedzie pan prosto, przez tory, potem w lewo.

Byliśmy tam, pod rzeszowską Wielką Cipą.

Na noc zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym u najmilszej z gospodyń.

 
 
 

Dzień trzeci.
Ubieszyn – Sieniawa – Mołodycz – Oleszyce – Lubaczów – Horyniec-Zdrój. 63 km.

Wciąż upał.
W Oleszycach sjesta w hotelowej restauracji ze śladami wczorajszego wesela, opuszczona cerkiew i kirkut.

IMG_3819
IMG_3824
IMG_3867

W Horyńcu nocleg w Hoteliku Zdrojowym z dancingiem co wieczór (disco polo na żywo). Nad łóżkiem zachęcający obrazek.

IMG_3880

 
Dzień czwarty.
Horyniec-Zdrój – Werchrata – Prusie – Hrebenne – Kornie – Stary Machnów – Nowy Machnów – Tarnoszyn – Ulchówek – Krzewice – Wasylów. 60,5 km.

Nadal upał.
Pod sklepem w Nowym Machnowie sjesta.

IMG_3883
IMG_3887

Nocleg pod namiotem przy opuszczonym domu. Oblepiająca wszystko wilgoć, o czwartej nad ranem rosa osiada z trzaskiem przypominającym pożar.

 
Dzień piąty.
Wasylów – Żniatyn – Chłopiatyn – Hulcze – Liwcze – Horodyszcze – Uśmierz – Oszczów – Honiatyn – Dołhobyczów – Zaręka – Gołębie – Kryłów – Kosmów – Wołynka – Ślipcze. 57 km.

Nieodmiennie upał.
Rano na tropiku jaszczurka.

IMG_3909
W Chłopiatynie wykorzystujemy to, że ktoś zostawił klucze,

IMG_3910
i wchodzimy do unickiej cerkwi przerobionej na kościół katolicki,

IMG_3918

ale zaraz pojawia się jakaś pani, mówi, że właśnie miała zamykać, i niecierpliwie czeka, aż wyjdziemy.

W Dołhobyczowie w barze mężczyzna nad piwem wygłasza monolog. „Ale najpiękniejsze to są Bieszczady. Raz nad strumieniem patrzę – niedźwiedź. Chuj chlupie. Ja na niego, on na mnie. I tak siedzimy. Albo idę nocą przez las. Oczy jak latarnie wkoło – to są zwierzęta. Nigdy w życiu nie wolno uciekać”.

W gospodarstwie agroturystycznym Nad Bugiem dostajemy pokój z portretem pana Heńka z czasów młodości.

IMG_3922

dobre maniery


Kiedy pod koniec stycznia zakomunikowałam Eulalii – właścicielce wynajmowanego przeze mnie mieszkania, sąsiadce zza ściany i znajomej ze studiów na w-wskiej filozofii – że za miesiąc zamierzam się wyprowadzić, ponieważ narzeczony i ja postanowiliśmy zamieszkać razem, i zaproponowałam spotkanie, żeby omówić szczegóły, nasze relacje, zupełnie – w moim przynajmniej odczuciu, jeśli pominąć kilka niegroźnych nietaktów landlady i, wynikającą, jak wcześniej zawsze myślałam, z właściwej mi lekkiej mizantropii i ogólnej nieżyczliwości, pewną niechęć do dłuższego z nią przebywania z mojej strony – zupełnie poprawne przez te dwa lata i osiem miesięcy, kiedy mieszkałam przy ulicy G, momentami wręcz po prostu dobre, z podlewaniem kwiatków i drobnymi prezentami, z niezrozumiałych dla mnie powodów gwałtownie się pogorszyły.

„Myślę – odpisała mi Eulalia – że nie ma potrzeby niczego omawiać. Chyba że ty z twojej strony coś byś chciała? Będziemy musiały się rozliczyć – za prąd, będzie mała dopłata za gaz niestety, bo za grudzień zapłaciłam ponad 1000 zł za ogrzewanie. Jak się wyprowadzisz, to chciałabym obejrzeć mieszkanie i zobaczyć, czy wszystko jest tak, jak było przed tym, jak się wprowadziłaś, i wtedy oddasz mi klucze. Chciałabym, żebyś we własnym zakresie zadbała o sprzątnięcie – okna, kurze, łazienka itp.” Było jeszcze postscriptum. „PS. Gratulujemy narzeczeństwa”. I zaraz kolejny esemes: „Ach i jeszcze bardzo, bardzo ważna rzecz, chciałabym, żebyś w miarę możliwości od razu zmieniła adres korespondencyjny, żeby potem nie było kłopotu dla ciebie i dla nas”.

Kiedy dwa tygodnie później Eulalia przyszła do mnie po pieniądze za luty, wyraziła nadzieję, że będę dobrze wspominała mieszkanie przy ulicy G i że pozostaniemy w kontakcie, będzie jej bardzo miło, powiedziała, jeśli wpadniemy do niej kiedyś na kawę, narzeczony i ja, oczywiście, przytaknęłam z uśmiechem, i czy mogłabym, zdjąwszy swoje zasłony, powiedziała, powiesić inne, zaraz mi przyniesie, bo jak ktoś z ulicy zobaczy puste mieszkanie…, naturalnie, przytaknęłam z uśmiechem, i żebym nie zapomniała zmienić adresu korespondencyjnego, jasne, przytaknęłam z uśmiechem, ale pamiętaj, powiedziała, bo to potem jest kłopot, dla nas, ale przede wszystkim dla ciebie, pewnie, przytaknęłam z uśmiechem, i zirytowałam się na siebie za ten uśmiech i za to przytakiwanie, mówię to głównie z myślą o tobie, żebyś nie miała kłopotu, powiedziała, tak, tak, zwykle pamiętam o takich rzeczach, powiedziałam bez uśmiechu.

27 lutego, kiedy w niemal zupełnie pustym mieszkaniu zrobiłam pożegnalną imprezę, odezwał się mąż Eulalii. „Przed chwilą przejeżdżałem, wracając z próby – napisał – i mam prośbę, byś zasłoniła okna, bo jak ktoś stanie po drugiej stronie ulicy albo na przystanku, to wszystko widać”.

28 lutego Adam zabrał ostatnie moje rzeczy, zostawiłam sobie tylko miotły, ścierki itp. domestosy, bo choć nieco zrażona brakiem ciepłej wody – „Nie wiem, o co ci chodzi – napisała mi Eulalia – ale u nas woda jest ciepła… zresztą to już poniekąd nasze zmartwienie” – zamierzałam jednak, tak jak się umawiałyśmy, posprzątać, i ponieważ zapowiadała, że będzie cały dzień w domu, oddać jej klucze wychodząc. Okazało się niestety, że to jej nie pasuje, „och sorry – napisała – ale zaraz wychodzę do pracy”, naciskała na spotkanie o ósmej wieczorem, nie przyjmowała do wiadomości, że naprawdę wtedy nie mogę, „myślę, że jednak mogłabyś tyle zrobić – pisała – i znaleźć chwilę wieczorem”, „muszę iść do pracy, a nie na imprezę, na spacer, czy do kina”, pisała, „myślę – pisała – że jednak wieczorem nie idziesz do pracy…”. „Zostawię ci klucze w skrzynce”, zaproponowałam. „Chyba żartujesz?”, odpowiedziała. „Nie, dlaczego? – zdziwiłam się. – Jeśli wolisz, mogę u tej sąsiadki na górze”. „OK – napisała. – Będę za 5 minut po klucze”. „A jak zamknę dom wychodząc?”, zdziwiłam się jeszcze bardziej. „Sory – przeczytałam. – Nie, kochana, ty też wychodzisz”. „To moje mieszkanie i mam prawo niezwłocznie cię z niego wyprosić”, przeczytałam. „Dlatego, że nie mogę się z Tobą spotkać dziś wieczorem?” – zapytałam, kończąc pakowanie mioteł, ścierek itp. domestosów, za które zabrałam się po „kochana”. „Sama się zastanów dlaczego – odpowiedziała Eulalia, właścicielka wynajmowanego przeze mnie do niedawna mieszkania, sąsiadka zza ściany i znajoma ze studiów na w-wskiej filozofii. – Powodów znalazłoby się dużo. Pierwszy i zasadniczy – tu wersalikami – muszę się przez ciebie tłumaczyć, że mieszkają dwie osoby, a nie jedna: a tak było w umowie. Niestety prezes szybko to zauważył – tu już małymi – że masz sublokatora”. „Prawo polskie jest po mojej stronie, nie wywiązujesz się z ustaleń”, przeczytałam i usłyszałam pukanie do drzwi.

I to by w zasadzie było na tyle. Otworzyłam, Eulalii towarzyszyła jakaś zażenowana pani.
– Cześć, Eulalio – przywitałam się. – Dzień dobry – skinęłam głową zażenowanej pani.
– Wychodzisz? – zapytała Eulalia, z której zdenerwowania można było wnosić, że nie wie, co zrobi, jeśli powiem, że nie.
– Tak, wychodzę, tylko wezmę rzeczy.
Wyniosłam torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami, wróciłam po paprotkę.
– Czy życzysz sobie – zapytałam z uśmiechem, nie wiem, co mnie podkusiło, zanim skończyłam zdanie, już zirytowałam się na siebie za ten uśmiech i za to pytanie – żebym wyniosła śmieci?
– Tak – odpowiedziała z uśmiechem Eulalia, i było widać, że jest jak najdalsza od wyrzucania sobie tego uśmiechu i tej odpowiedzi.
Śmieci i torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami położyłam na podłodze pod skrzynką na listy, paprotkę postawiłam na skrzynce na listy, oddałam Eulalii klucze i poszłam stamtąd, zostawiając śmieci i torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami pod skrzynką na listy i paprotkę na skrzynce na listy.

Nie muszę chyba dodawać, że przez ten niecały rok, kiedy Adam co drugą noc spędzał u mnie, Eulalia słowem nie wspomniała, że stanowi to jakiś problem. Dodam tylko, że nigdy nie podpisałyśmy umowy. Tak jakoś wyszło. Eulalia miała jakąś przygotować, ale chyba zapomniała. Zabawne, prawda?

dobre maniery


Już prawie nic tu nie ma, u mnie w domu. Kiedy tu śpimy, czujemy się jak w pokoju hotelowym. W niedzielę rano landlord sobie otworzył swoim kluczem, chciał coś mierzyć, myślał chyba, że nikogo nie zastanie. Wszedł bez pukania, zobaczył nas w pościeli i wycofał się z cichym „o”; nie przeprosił. W sumie to i tak nie najgorzej, mógł zabrać się do mierzenia nie zważając na naszą obecność.

Poniżej to, co naprawdę jest w tym oknie. Tym od beczek i statków widm. Kliknąwszy itd.

dobre maniery


Tydzień temu, późne popołudnie w Cafe Próżnia. Mama i ja siedzimy na zewnątrz. Wąski chodnik, trzy stoliki, widok na ogrodzenie z blachy – trwa remont przedwojennej kamienicy naprzeciwko, robotnicy noszą jakieś kubły, mieszadła, trochę hałas. I senny zamęt, ludzie chodzą, część jakby zwiedza (uśmiecham się do nich, niech mają z tego miasta dobre wrażenia), wystudiowanym krokiem sunie mężczyzna ubrany według najświeższej hipsterskiej mody, zarzuca złotą grzywą, wrześniowe słońce powoli chowa się za itd.

Potem z bramy wychodzi starsza pani. Szczupła, niewysoka, o lasce. Elegancka, w beżowej garsonce, ze starannie zawiązaną apaszką. Makijaż delikatny, jak rzadko u starszych pań, szminka perłoworóżowa. Idzie bardzo, bardzo powoli, z widocznym wysiłkiem, kroki stawia małe, trochę jakby bała się przewrócić. Mija nasz stolik, przygląda się w milczeniu – nie wiem – mnie, mamie, mojej filiżance, mamy szklance, powietrzu, może wcale nas nie widzi. Przez chwilę mam wrażenie, że chce o coś zapytać, nachylam się nawet lekko w jej stronę, ale nie, chyba jednak nie, zatrzymuję się w połowie gestu, starsza pani idzie dalej, mama podejmuje przerwany wątek.

A potem słyszę za plecami coś, co gdyby mówiąca nie była osobą o nienagannych manierach, byłoby krzykiem:
– Nie, dziękuję. Proszę to schować.
Odwracam się. Starsza pani w beżowej garsonce wstaje od stolika, przy którym siedzi młody mężczyzna. Mężczyzna też wstaje, skonsternowany, w ręku wciąż trzyma otwarty portfel.
–  Obraziła się pani? – trochę pyta, trochę bezradnie stwierdza fakt.
– Nie, nie obraziła – drżącym głosem odpowiada starsza pani. – Po prostu nie potrzebuję pomocy, dziękuję.

dobre maniery


W gąszczu było pod górkę i z górki i znowu, i długo, gorąco i droga kręta. Szliśmy do Cisnej. Moje kolano bolało, Adama zaczęło, i stopa. Po iluś godzinach usłyszeliśmy w dole szosę. A tam, powiedział Adam, wystaw sobie, znowu będą ci panowie. I znowu nas zapytają „Kawy? Herbaty?”…
Do schroniska dotarliśmy tak zmęczeni, że mi się rzygać chciało. Zjedliśmy po chińskiej zupce, poszliśmy do namiotu spać. Tego dnia Adam uratował dwa ślimaki bez skorupki.

Rano postanowiliśmy zostać na jeszcze jedną noc, żeby trochę odpocząć. Wyjęliśmy z namiotu żuka, Adam zrobił pranie, ja wzięłam prysznic, poszliśmy na spacer – do punktu aptecznego (bandaż, maść rozgrzewająca), gdzie spotkaliśmy leśnego diabła o niezwykle jasnych oczach (igła, strzykawka; dziarski bieg po schodach), do centrum (knajpy, zapach smażonej ryby), na przystanek pekaesu (brak rozkładu jazdy, po drodze indyk), na cmentarz (Jezus na półksiężycu, muzułmański), wróciliśmy.
Przez pierwsze pół godziny nikt nie śpiewał, potem przyszedł autystyczny grajek gitarowy. Nikt nie znał jego piosenek, nikt mu nie wtórował, nikt go nawet nie słuchał (jeśli nie liczyć jednej małej dziewczynki), ale chyba w ogóle mu to nie przeszkadzało. Poszliśmy do namiotu spać. Następnego dnia mieliśmy jechać do Komańczy.

Około północy przy ognisku zaczęła się impreza. Śpiewaków i grajków było jakieś straszne mnóstwo, co gorsza oprócz gitar mieli jeszcze flecik i bębny. Z naszego namiotu słychać było wszystko doskonale. Wycie, brzdąkanie, walenie, popiskiwanie, pokrzykiwanie i dowindy. Śpiewali tak i grali do pierwszej – zasnęłam – drugiej – Adam nie spał – drugiej, po drugiej… Wpół do trzeciej obudził mnie jakiś ruch i ciche sapanie. Wyciągnęłam rękę w stronę twarzy Adama, ale pod palcami poczułam futro. Chyba właśnie zamieniał się w niedźwiedzia. Pogłaskałam go, zamknęłam oczy. W półśnie słyszałam, jak wychodzi z namiotu, jak nagle urywa się całe to granie, śpiewanie i walenie w bębny, jak przechodzi w jeden wielki wrzask przerażenia i tupot dziesiątek uciekających nóg.
I tylko jeszcze ktoś krzyknął ze zgrozą: Nasrał nam do gitary!, a potem wszystko ucichło.

[zdjęcia]

dobre maniery


Wypłukałam błoto ze spodni, prawie się umywalka zapchała. Adam rozwiesił ubrania, zaniósł plecaki do pokoju i rozłożył rzeczy do suszenia, ja zabrałam się za buty. Ładuję glany pod kran, płuczę, płuczę, drżą płomyki świec. Bo schronisko bez prądu, świece nad umywalkami i w jadalni, ale do pokoju trzeba z latarką, do kibla z latarką. Jak weszłam do łazienki, akurat załapałam się na rozmowę gitarowego wodzireja ze śpiewakiem schroniskowym, przekrzykiwali się z kabiny do kabiny: Aaa, bo ty nie masz latarki, to nie widzisz swojego. Może to i lepiej, nie będziesz miał kompleksów… Potem wyszedł jeden z drugim, Oj, tu kobieta jest, a my takie rozmowy, śpiewak poszedł, wodzirej został, pijany, wesoły, zagaduje.
– Oho! Błoto?
– Błoto – odpowiadam ze śmiertelną powagą, nie patrząc w jego stronę.
– Łał, glany!
– Tak, glany.
– Tak pod kran? Są z gumy? (Haha?)
– Nie – nie podnoszę wzroku, nie wykazuję się poczuciem humoru. – Po prostu i tak całkiem przemokły.
– A małżonek czeka…
– Odpoczywa – odstawiam glany, biorę buty Adama.
– Skąd jesteście?
– Z Warszawy.
– Czy w Warszawie nie lubią poznaniaków? – Tak, wiem już, że wodzirej jest z Poznania, słyszeliśmy jeszcze pod Rawkami. Wygrzebuję kamyk z podeszwy, patrzę na wodzireja. – Haha? – Chyba zbyt długo milczę.
– Nie wydaje mi się.
– No dobrze, widzę, że robota poważna, nie przeszkadzam. – I poszedł.

Wracam do jadalni, grajkowie schroniskowi skończyli piwo, otwierają wiśniówkę, dolewają poznaniakowi, planują wspólną wycieczkę na następny dzień, Pójdziemy razem, będzie fajnie, w Ustrzykach się prześpimy… Tylko żeby gitara była, gitara koniecznie, popiskują dziewczynki schroniskowe śpiewaczki. Potem tramwaj na przystanku zakwitł i zapomniał wszystko, ziemia uciekła do windy, niebo zapłakało, a my poszliśmy na górę i nic nie słyszeliśmy, i spaliśmy bardzo dobrze.

Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę Dołżycy. Zielony mosteczek nie uginał się, Adam zaśpiewał mi streszczenie piosenki o Sztirlitzu i Klossie. Przy drodze stała niebieska budka z blachy falistej, przed budką siedziało dwóch panów, pili wódkę.
– Dzień dobry – przywitaliśmy się.
– Dzień dobry – przywitali się panowie i zaśmiali się do nas. – Kawy? Herbaty?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów.
– Psa?
– Dziękujemy – zaśmialiśmy się do panów, poszliśmy i zgubiliśmy szlak. Wracamy.
– Kawy? Herbaty? – pytają panowie.
– Dziękujemy – dziękujemy.
– Wody? – śmieją się do nas panowie.
– Dziękujemy – śmiejemy się do panów, idziemy i wchodzimy w gąszcz.

[zdjęcia]

dobre maniery


W tysiąc dziewięćset którąś rocznicę wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny długo i bezkutecznie czekaliśmy na pekaes. Przestało padać, momentami nawet wyglądało słońce – Michał z Wojtkiem specjalnie dla nas skrócili swój pobyt w Bieszczadach. Po drugiej stronie drogi stachurowiec z mapą w bocznej kieszeni spłowiałych spodni łapał stopa i próbował z nami rozmawiać (eee, z dziewuchą łapie się łatwiej). Potem przyjechał harlejowiec z brzuszkiem i lisimi ogonami, zaproponował stachurowcowi, że go podwiezie, chociaż sam w przeciwnym kierunku, ale co tam. Już ich sobie wyobraziliśmy na tym motorze razem, stachurowiec trzymający harlejowca za brzuszek, do jego pleców przytulony, taka super przygoda, stylowa podwózka, ale stachurowiec czemuś się wystraszył, wymiękł, podziękował, że nie. Pekaes nie przyjechał, poszliśmy.

Spotkaliśmy czarne owce z białymi ogonami i weszliśmy na Połoninę Wetlińską, gdzie mnie kiedyś spłodzono na skrzyni na materace. Po drodze nawet mieliśmy widoki. W schronisku było zimno, tłoczno i nieprzyjemnie, na zewnątrz zebrały się chmury. Zjedliśmy kanapki, wzięliśmy trzy kamyczki, założyliśmy pałatki, poszliśmy. Na schodkach poprzedniego dnia nadwyrężyłam sobie kolano, więc bardzo powoli, bo ja o prostej nodze. Kiedy przestało padać, weszliśmy akurat na wąską ścieżkę przez jagodowisko, spodnie natychmiast nam przemokły, a mnie się jeszcze z tych krzaczków do glanów nalało. Kiedy weszliśmy w las, zapadł zmrok.

I idziemy, świecę czołówką, błoto straszne, ślisko, ścieżynka wąska, w wysokich zaroślach się wije (kleszcze!), gubimy drogę raz i drugi, szeleści folia pałatek.
W sumie dobrze, myślę, że robimy tyle hałasu, cholera wie, co po tych krzakach chodzi, może nawet niedźwiedzie – ale zachowuję tę myśl dla siebie, żeby nie straszyć Adama.
Cholerka, oby to nie był niedźwiedź. Nie, to pień. Dobrze, dobrze. Pałatki szeleszczą, co ma uciec, ucieknie. Co to za szelest? O Boże. Nie, dobrze – myśli Adam, ale zachowuje te myśli dla siebie, żeby mnie nie straszyć.
Przystajemy, szum folii cichnie, słychać trzask gałązek i szelest liści.
– Sarna? – Adam widział biały kuper. – Czujesz?
– Mhm, świeża kupa…

A potem był ten drogowskaz. BACÓWKA. Jedna droga w górę na prawo, druga w dół na wprost, drogowskaz wskazuje jakby obie. Więc my najpierw dwa kilometry w dół, potem z powrotem, półtora kilometra w górę, i z powrotem, i było już dobrze po dziewiątej, kiedy Adam znalazł pomiędzy tymi drogami ukrytą w zaroślach krętą ścieżynkę, ale tak ukrytą, że nigdy bym nie pomyślała; jakiś rów, jakiś nasyp na ponad metr, siatka jakaś, chaszcze.
Do schroniska na Jaworcu dotarliśmy o dziesiątej, ubłoceni po kolana. Weszliśmy do jadalni, a tam grajkowie schroniskowi, między innymi gitarowy wodzirej z dnia poprzedniego. Whisky moja żono. Uciekła do windy. Ziemia toczy, toczy, co się napatoczy, już dość, już dość. Ze mną można tylko pójść na
– Jagodowisko – dopowiadamy bardzo złym szeptem.

[zdjęcia]

wewte »