dorośli


Kiedy umarła prababcia Pelagia, pradziadek pomalował wszystko na olejno. Nawet wannę. A potem wykuł imię prababci na kamieniu w ogrodzie i pogrążył się w najczarniejszym smutku.

Sprowadziliśmy się do niego latem. Pierwszego dnia zbierałam z trawy czereśnie i jadłam z pestkami, a potem bałam się, że w brzuchu wyrośnie mi drzewo. W garażu zobaczyłam czerwony trójkołowy rowerek.

Łazienkę od kuchni oddzielał tylko kredens, ten, którego się trzymałam, kiedy mama szarpała mnie za włosy przy porannym czesaniu, i brązowa zasłona w żółte kwiaty podobne do rosnących pod oknem dziecinnego ślinababów. Wanna miała śmieszne krzywe nóżki, obok stał wieszak na ubrania.

Brat przyjeżdżał na lato. Całe dnie spędzaliśmy w ogrodzie, zapamiętałam je jako przesterowane w orwokolorze złotozielone slajdy. Młodszy brat, młodsza siostra i ja, dzieci do ogrodu, dzieci do kąpieli.

Kąpaliśmy się razem, zanim zaczęliśmy się wstydzić. Pewnego dnia brat po wejściu do wanny zwinął się w kłębek i zasłonił rękoma. Zdziwione zapytałyśmy, co robi. Zasłaniam jajka, powiedział.

dorośli


Stary rysunek na nowy rok, bardzo proszę. I wszystkiego, co tego, proszę. Tak.
W zeszłym roku w F po obiedzie. Dookoła notatki. Po lewej: Jak rano dojechać na lotnisko? Po prawej: Kim jest starsza pani, która przyszła potem?

img202

dorośli


img378

dorośli


Kiedy byłyśmy małe, rodzice hodowali króliki. Za garażem, tam gdzie pod koniec wojny Bucholz zastrzelił Malinkego (lub odwrotnie), stały przy ścianie klatki z desek i siatki ogrodzeniowej. Starsza z moich młodszych sióstr i ja często tam chodziłyśmy. Głaskałyśmy króliki, zaglądałyśmy w ich dziwne czerwone oczy, karmiłyśmy mleczami i trawą. Niektóre miały kolczyk w jednym uchu, jak Adaś, najlepszy przyjaciel rodziców, który parę lat później przedawkował heroinę, i wyglądały bardzo zawadiacko. Czasami rodziły się młode, łyse i różowe.
Któregoś dnia wszystkie zniknęły. Mama powiedziała, że tata wywiózł je do lasu.

dorośli


czemunie

dorośli


Większość pamiątek z mojego najwcześniejszego dzieciństwa przechowuje mama. W zacinającej się szufladzie szafy z owalnym lustrem trzyma białe ogrodniczki, które miałam na sobie podczas chrztu, błękitną sukienkę, w którą byłam ubrana, kiedy tuż obok mnie uderzył piorun, skarpetki, które zakładano mi wieczorem na dłonie, żebym w nocy nie obgryzała paznokci, i strzępy kocyka „i”, bez którego nie potrafiłam zasnąć.
Ja raczej nie lubię gromadzić rzeczy. Z pamiątek z dzieciństwa przechowuję tylko sfatygowany egzemplarz Czarnej jamy z ilustracjami Stasysa Eidrigevičiusa, pogryzioną grzechotkę w kształcie obręczy i – zawiniętą w foliową siatkę i materiałowy worek – lalusię dzidzię.

lalusia1 lalusia2 lalusia3

Podobno bardzo ją kochałam. Nawet kiedy wyglądała już mniej więcej tak, jak na zdjęciach. I podobno któregoś razu mama w przystępie niekontrolowanej złości wyrwała lalusię dzidzię z moich objęć, cisnęła nią o ziemię i krzyknęła:
– To nie jest żadna lalusia dzidzia, tylko wstrętna stara kukła!

dorośli


W czwartek rano odjechaliśmy z dworca wschodniego. Jechaliśmy długo, co było dość nużące. Do Rabki dotarliśmy około czwartej. Po drodze na Maciejową widzieliśmy bosonogiego/ą wędrownika/czkę, który/a szedł/szła po kamieniach tak lekko, jakby u tych bosych stóp miał(a) skrzydła, oraz dżdżownicę. Spostrzegłszy tę ostatnią, Stasiek wykrzyknął:
– Jezu, co to jest?!
– Dżdżownica – odpowiedziałam.
– Mogę zabić?
Nie pozwoliłam.
Wieczorem znalazł kijomieczokarabin, inaczej Gwalhir, którym przez resztę wyprawy zabijał drzewołaki, kwiatołaki, pokrzywołaki, blotołaki, mgłołaki i niewidzialnołaki (motylkołaków nie, bo są naszymi sprzymierzeńcami) i na którym robił nacięcia za każdy zdobyty szczyt (w sumie 37).

Następnego dnia dotarliśmy na Turbacz, gdzie wieczorem Stasiek pokonał wielu wrogów, zaś w nocy przekonał się, że w męskiej ubikacji słychać przerażające dźwięki, a wzór na kafelkach układa się w jeszcze bardziej przerażającą wykrzywioną twarz.

W Łopusznej złapaliśmy stopa. Ponieważ kierowcy, Maciek i Krzysiek, młodzi muzycy rockowi z Żywca, przypadli nam do gustu, zmieniliśmy nieco plany i pojechaliśmy z nimi do Niedzicy – gdzie obejrzeliśmy zamek oraz malowidło na tamie i zjedliśmy pizzę (żywiliśmy się głównie pizzą) – a następnie do Sromowców Niżnych, gdzie wynajęliśmy pokój z Maryją bez Twarzy, która oglądana z prawej strony była Bozią, a oglądana z lewej strony – Panem Jezusem, i której Stasiek tak się bał, że musieliśmy ją na noc schować do szafy.

W niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę – bez plecaków, za to z przymocowanymi sznurkiem do pleców butelkami wody (mój autorski pomysł) – na Trzy Korony. Przeczekaliśmy burzę, trochę zmokliśmy (co napełniło Staśka złością i zniechęceniem), widzieliśmy ludzi w baletkach, ludzi w klapkach, ludzi w adidasach, ludzi z tipsami i ludzi słuchających muzyki z komórek (co napełniło mnie mizantropią, która przy ludziach słuchających muzyki z komórek osiągnęła bardzo niebezpieczne natężenie), a za widok zapłaciliśmy 6 złotych.

W poniedziałek ruszyliśmy z plecakami w stronę Szczawnicy. Po drodze złapała nas burza, którą przeczekaliśmy w lesie, a następnie ulewa z gradobiciem, którą przeczekaliśmy w drewnianej budce pod Sokolicą, żeby zaraz potem wspiąć się na szczyt, na którym ku mojemu wielkiemu zadowoleniu nikogo nie było, i podziwiać unoszące się z dolin mgły. Ponieważ już się zmierzchało, musieliśmy zmienić plany i zamiast do Szczawnicy, gdzie chcieliśmy się przeprawić promem, poszliśmy do Krościenka. Na noc wynajęliśmy pokój ze zjawiskową meblościanką.

Następnego dnia pojechaliśmy PKS-em do Szczawnicy i stamtąd ruszyliśmy w stronę Durbaszki. Pod koniec dnia zaczęły nas boleć stopy – podejrzewamy, że to wina niezbyt rozchodzonych glanów. W schronisku stacjonował obóz wojskowy. Młodzież (w tym cztery dziewczyny) czołgała się po korytarzu, co chwila miała zbiórkę (dokładnie pod drzwiami naszego pokoju, choć trzeba przyznać, że kiedy chcieliśmy przejść, sierżant nakazywał im nas przepuścić) i wszystko musiała robić na czas i na rozkaz, przy akompaniamencie krzyków przełożonego. „Przygotowanie do mycia – pięęę-ć minut!”, pod prysznicem: „Czteee-ry minuty! Trzyyy minuty! Dwieee minuty! Jeee-dna minuta! Czaaa-s stop! Już was tu nie widzę! Nazwisko!”.
Około dziesiątej żołnierzy zagnano do łóżek, nakazano im zgasić światło i zakazano wychodzić z pokojów. Na korytarzu został tylko jeden, który widocznie pełnił coś w rodzaju warty. Zwrócił idącemu do łazienki Staśkowi uwagę, że jest cisza nocna, a mnie zapytał, czy może w czymś pomóc.
Podczas wieczornego spaceru zaobserwowałam przemykającego wokół schroniska lisa.

O szóstej rano obudził nas okrzyk: „Pooo-budka!”. O ósmej rano obudził nas okrzyk: „Przodem do mnie pokojami zbiórka! Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy!”. O dziesiątej obudził nas okrzyk: „Przodem do mnie pokojami zbiórka! Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy!” i wstaliśmy.
Wspięliśmy się na Wysokie Skałki, zeszliśmy do wąwozu Homole. Do Obidzy dotarliśmy już przy świetle księżyca (następnego dnia miała być pełnia), żeby się zorientować, że zaznaczone na mapie schronisko prywatne w rzeczywistości nie istnieje. Przenocowaliśmy u miłych starszych państwa z Krakowa.

Po dotarciu do Piwnicznej zmieniliśmy buty. Wciąż bolały nas stopy. Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie nocowałam zimą, ale i tak wylądowaliśmy właśnie w tym miejscu, były nawet te same lampki nocne, które tak mi się wtedy spodobały.

W piątek szliśmy przez mgłę, a potem przeczekiwaliśmy w lesie burzę z gradobiciem. Tym razem nie było drewnianej budki, więc totalnie przemokliśmy, a grad porządnie obił nam plecy (niektóre grudki były wielkości orzechów laskowych). Do schroniska na Hali Łabowskiej dotarliśmy totalnie przemoknięci. Na szczęście przemiły gospodarz napalił w kominku, przy którym udało nam się wysuszyć najpotrzebniejsze rzeczy. Spaliśmy w goprówce z Morderczym Lustrem.

Następnego dnia dotarliśmy na Jaworzynę Krynicką. Po drodze spotkaliśmy króla drzewołaków. Do Krynicy zjechaliśmy kolejką gondolową. Na dolnej stacji, gdzie sfotografowałam reklamę tęczowych parówek, zdjęliśmy buty i już ich nie założyliśmy.

Z okien PKS-u z Muszyny do W-wy przez Krynicę, Nowy Sącz, Busko-Zdrój, Kielce, Radom zauważyłam szyldy (pisownia oryginalna):

Przedszkole Promyczek Bobra
Night Club DZIADEK
Galeria Nasienna
Agencja ochrony PERFEKCJA
WYPOŻYCZALNIA NAMIOTÓW WESELNYCH
Drzewa Trudne ścinka pielęgnacja
WYPOŻYCZALNIA
Szkoła Wspinania
Sex Shop Market.

[zdjęcia]

dorośli


Parę lat temu babcia Ka podarowała mi walizkę. Mimo to jeszcze długo na służbowe wyjazdy pakowałam się do starego plecaka. Po piaszczystych p-skich poboczach nie dałoby się ciągnąć walizki na kółkach. Zaczęłam jej używać dopiero po przeprowadzce do W-wy.
Walizka hałasuje, turkocze na kostce brukowej, na schodach ruchomych wydaje charakterystyczny wizg, ludzie się oglądają. Wymusza specyficzną postawę, sztywną i wyprostowaną. Pod obstrzałem spojrzeń trzeba uważać, żeby nie wypaść z roli, nie stracić powagi. Z walizką czuję się inna.

Parę lat temu kolega z pracy dostał od żony walizkę bardzo podobną do mojej. Przedtem używał dużej torby na ramię i twierdził, że z walizką wyglądałby śmiesznie, ale szybko się przyzwyczaił.
Po jakimś czasie zauważyłam, że walizka kolegi zaczęła wydawać dziwne dźwięki. Zgrzytała, piszczała, jęczała, jakby miała się zaraz rozpaść.
– Co się z nią dzieje? – zapytałam.
– Nie wiem. Coś się chyba psuje.

– Wiesz – powiedział tydzień później – przeczytałem instrukcję obsługi.
– O, i co?
– Dowiedziałem się, że po trzydziestu trzech kilometrach odpadną mi kółka.

dorośli


Ochrzczono mnie w obrządku rzymskokatolickim dwa tygodnie przed trzecimi urodzinami. Nawet to pamiętam. Miałam na sobie białe ogrodniczki, ksiądz nalał mi za kołnierz zimnej wody ze szklanego dzbanka przypominającego ten, w którym babcia Ka robiła w tamtych czasach herbatę, a potem wytarł moją szyję drapiącą ścierką. Były też inne dzieci, któreś z nich chyba płakało.

Jestem niewierząca. Dzisiaj wystąpiłam z Kościoła.
Pojechałam do P-na z Marcinem i S (świadkami), złożyliśmy podpisy na przygotowanym przeze mnie oświadczeniu, xDarek (tak podpisuje się w mejlach) przystawił pieczątkę. Oświadczenie zostanie wysłane do kurii, a kuria poleci proboszczowi parafii, w której mnie ochrzczono, żeby w księdze chrztów umieścił stosowny wpis.

Apostazja wiąże się z ekskomuniką latae sententiae – obowiązującą na mocy samego prawa i następującą automatycznie po czynie (w przeciwieństwie do ekskomuniki ferendae sententiae, która musi zostać ogłoszona przez odpowiedniego urzędnika kościelnego). Wystąpienie z Kościoła Kościół karze wyrzuceniem z Kościoła.

dorośli


Nie lubiliśmy, kiedy Dorośli byli zbyt blisko. Ze swoimi głupimi nakazami i zakazami tylko nam przeszkadzali. Oni chyba też woleli, żebyśmy trzymali się od nich z daleka. Mówili często „Dzieci do dziecinnego”, „Dzieci do ogrodu” albo „Dzieci na Madagaskar”.
Ale kiedy Dorosłych nie było, kiedy byli pijani albo kiedy spali, czuliśmy się źle. Traciliśmy poczucie bezpieczeństwa. I nie chodziło o strach przed złodziejami i potworami. Z nimi byśmy sobie poradzili. Chodziło o coś dużo poważniejszego – bez Dorosłych rzeczywistość się rozmywała. Usuwała nam się spod stóp. Czuliśmy, że nikt jej nie kontroluje. Jacy by nie byli, Dorośli stanowili jednak gwarancję porządku świata.

Filmy i książki dla dzieci wywoływały we mnie zazwyczaj nieprzyjemny niepokój właśnie dlatego, że bohaterowie większości z nich chociaż byli dziećmi, to nie mieli mamy i taty. Weźmy choćby dobranocki – taki na przykład miś Uszatek. Dzieckiem był ewidentnie, bo wcześnie kładł się spać i spał w piżamie (Dorośli, jak wiadomo, śpią na golasa). A Reksio? A Pszczółka Maja? Smerfy wreszcie? I Kolargol też – chodził nawet do przedszkola. A rodzice gdzie? Widział ktoś kiedyś jego rodziców?
Przedszkole w dodatku nie miało ścian, dachu i podłogi. O ile dobrze pamiętam, były to po prostu stoliki i krzesełka ustawione w lesie.
Bohaterów książek i filmów dla dzieci często przedstawia się bez tła. Stoi taka mama Muminka z patelnią, podrzuca naleśnik – ale wokół jest tylko biała kartka. Żadnej kuchenki, zlewu, stołu, nic! Straszliwa pustka.

Wstawaliśmy zwykle wcześniej niż Dorośli. Te poranki były zawieszone w próżni, przesiąknięte trudną do zniesienia niepewnością, właśnie jakby pozbawione tła. Wiedzieliśmy, że dopóki Oni nie wstaną, życie będzie tkwiło w miejscu. Musieliśmy ich budzić. Nie lubiliśmy tego robić, bo się wtedy gniewali, ale nie było innego wyjścia.
Zaczynaliśmy od budzenia niechcący. Zachowywaliśmy się hałaśliwie, trzaskaliśmy drzwiami, odkręcaliśmy wodę. Jeśli to nie skutkowało, właziliśmy rodzicom do łóżka, szturchaliśmy ich i powtarzaliśmy cichutko „Wstawajcie”.

Raz posunęłam się jeszcze dalej i delikatnie otworzyłam oko mamy. Ku swojemu zdumieniu zamiast tęczówki zobaczyłam białko. Wtedy zrozumiałam, że kiedy człowiek śpi, gałka oczna obraca się o sto osiemdziesiąt stopni – oko patrzy do środka, w głąb mózgu. I widzi sny.

dorośli


Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to – tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych – rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.

Czarny obszar w górnej części rysunku to mózg. To, że mózg jest w głowie, też nietrudno stwierdzić – doświadczenie poucza, że myśli znajdują się w głowie; Dorośli mówią, że myśli są wytwarzane przez mózg; zatem mózg jest w głowie.

Sformułowałam też kilka istotnych tez dotyczących życia płodowego człowieka. Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). „Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).
Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.

Potem natrafiłam na problemy nieco subtelniejszej natury. Dotarły do mnie wzmianki o duszy, czyli niewidzialnej części człowieka, która nigdy nie umiera, a po śmierci ciała idzie do nieba, czyśćca lub piekła, w zależności od tego, czy dana osoba była grzeczna, czy nie.
Wcześniej sądziłam, że człowiek to ciało, ale z tych nowych informacji wynikało, że człowiek to raczej dusza albo ciało i dusza połączone ze sobą w jakiś sposób. Dorośli mówili, że dusza jest najważniejszą częścią człowieka, ale proszeni o udzielenie dokładniejszych informacji mówili niejasno i trochę się plątali, więc szczegóły musiałam ustalić sama.
Nie było to łatwe. No bo tak: najważniejsza część człowieka, na przykład mnie, to ja. Ja to jest to, co myśli. Jeśli, jak można było wnosić z wypowiedzi Dorosłych, człowiek jest duszą, to albo dusza jest mózgiem (bo, jak pamiętamy, myśli są wytwarzane przez mózg), albo znajduje się w mózgu i tak naprawdę to ona wytwarza myśli. Jednakże dusza nie może być mózgiem, ponieważ jest niewidzialna. Zatem jeżeli człowiek jest duszą, to dusza znajduje się w mózgu. Jeśli człowiek jest połączeniem duszy i ciała, to sprawa przedstawia się o wiele prościej – dusza znajduje się wewnątrz ciała, stanowi jego niewidzialną kopię i szczelnie je wypełnia. Początkowo przyjęłam właśnie tę koncepcję – choć w późniejszym okresie skłonna byłam twierdzić, że dusza znajduje się w lewym ramieniu – ale z czasem odrzuciłam ją na rzecz twierdzenia o duszy znajdującej się w mózgu.

wewte »