dorośli


Wieczór u Mademoiselle Blanche miał być wstępem do karaoke na mieście, ale dobrze nam było na miejscu, poza tym zimno się zrobiło i padało. Koło dziewiątej weszła Agata z parasolem.
– Ciągle pada? – zapytaliśmy.
– Pada? – powtórzyła Agata retorycznie. – Leje. Już jesień.
No to zostaliśmy.

– Ładne masz zdjęcie czekoladek na profilu. – Przypomina mi się.
– Och, to nie są zwykłe czekoladki. – Policzki Gniewa lekko różowieją.
– A jakie? – Upijam łyk wina, nastawiam ostrość i zamieniam się w słuch.
– To są czekoladki firmy Neuhaus. Założył ją najsłynniejszy belgijski master chocolatier… Tak się to wymawia?
– Zdecydowanie nie. – Siedzący między nami S trochę się śmieje, trochę krzywi.
– I tak nie znam francuskiego – mówię dyplomatycznie.
– Tym lepiej dla ciebie…
– W Belgii są dwie takie najbardziej prestiżowe firmy – kontynuuje Gniew niezrażony – Neuhaus i Godiva. Za Godivą nie przepadam. Kupują ją głównie turyści, zwłaszcza Japończycy, bo jest najdroższa. Sami Belgowie jedzą tańsze, te lepsze kupują tylko w gości; to bardzo praktyczny naród…
– Ha, to mi przypomina pewną historię z dzieciństwa moich ojców… Ich rodzice, moi dziadkowie – zaczynam – obydwoje byli lekarzami, babcia internistką, dziadek lekarzem sądowym –
– Patologiem? – upewnia się Gniew.
– Tak, swego czasu jednym z najbardziej cenionych w kraju.
– Opowiadał historie z pracy?
– Pewnie! Zwłaszcza przy obiedzie, i na święta, jak trochę wypił. Uwielbiałam je.
– Ona się wychowała na podręcznikach do medycyny sądowej – wtrąca S. – Zadzierzgnięcia – wypowiada to słowo z wyraźną przyjemnością – zagardlenia…
– Tak, tak. I w tych podręcznikach były zdjęcia, w niektórych nawet kolorowe… Najbardziej lubiłam rozdziały o samobójstwach.
– No ba!
– I o truciznach… Niezłe były też opisy konkretnych przypadków, Iwasz miał kiedyś pomysł, żeby robić z nich komiksy. Najlepsza była historia o kradzieży poduszki…
– Był doktorem? – przerywa S.
– Nie wiem. Chyba nie. Ojciec mówił, że pisał doktorat z daktyloskopii. A może to była habilitacja, nie pamiętam. Temat wtedy w Polsce słabo znany, podejście podobno nowatorskie; ale ktoś mu ten doktorat ukradł i opublikował pod własnym nazwiskiem…
No więc – podejmuję wątek – dziadek był patologiem, a babcia internistką. Raz, jak w okolicach sylwestra strzelaliśmy z petard i jedna Iwaszowi w ręku wybuchła, to babcia i dziadek przyszli radzić. Stanęli nad łóżkiem, na łóżku Iwasz, blady lub zielony, z rozwalonym palcem, omdlewający. I tak patrzy, na babcię, na dziadka, i mówi słabnącym głosem: Dziadku, ale ja jeszcze żyję. Dziadek strasznie się wtedy obraził.

Dziadek nie żyje, babcia jest chora. Kiedy się z nią ostatnio widziałam, wrzucała do kieliszka kolejne tabletki. To na nadciśnienie. To na wątrobę. To na żołądek. To na skutki uboczne tego na nadciśnienie, to na skutki uboczne tego na wątrobę, to na skutki uboczne tego na skutki uboczne tego na nadciśnienie. To na to, to na tamto, to na skutki uboczne tego na tamto.
– Dziewięć – liczę.
– I na koniec – babcia wrzuca do kieliszka niepozorną białą tabletkę – najważniejsze.
– Na co?
– Na depresję.
– Na depresję?
– A gdybyś ty musiała codziennie brać tyle tabletek, żeby żyć, tobyś nie miała depresji?

bubu

Babcia odkłada pudełka na meblościankę, pod duże czarno-białe zdjęcie. Dziadek jest na nim jeszcze całkiem młody, jeszcze bez tych swoich siwych wąsów pożółkłych od nikotyny pod drożną dziurką, uderzająco podobny do ojców; całkiem nawet przystojny, chociaż już ze sporymi zakolami i w ciężkich okularach nadających mu dość złośliwy wygląd.
Babcia wzdycha. Żałuje, mówi, że się im nie układało, mogli być dla siebie lepsi, ale pewne rzeczy się rozumie, jak jest już za późno. Opowiada. Że na początku dziadek nie znosił swojej pracy. Że wziął ją, bo nic innego akurat nie było, a zaraz mieli się urodzić ojcowie i trzeba było zarabiać na rodzinę. Porzucił grę na saksofonie w zespole jazzowym, wracał do domu śmierdzący trupem. Tego zapachu bardzo trudno się pozbyć. Babcię odstręczał. Dziadek zaczął pić. Trochę dlatego, że nie znosił, trochę pewnie dlatego, że odstręczał, a trochę dlatego, że w milicji wszyscy pili.
Potem jakoś się przekonał. Wciągnęła go kryminalistyka, dochodzenie prawdy, tropienie morderców. Praca zaczęła go fascynować, zwłaszcza tak zwane zbrodnie z lubieżności.

Lubił opowiadać. Iwasz mieszkał z dziadkami, to się tych historii nasłuchał więcej. Najlepsza była o gwałcicielu B, czyli o pierwszej dziadka egzekucji; bo w myśl przepisów lekarz, na podstawie którego ustaleń zasądzono karę śmierci, musiał uczestniczyć w egzekucji jako obserwator i potwierdzić zgon skazanego.
Otóż B pewnego dnia zauważył w autobusie dziewczynkę. Nazwijmy ją Ania. Miała jakieś dziesięć, dwanaście, nie więcej niż trzynaście lat. Z autobusu wysiadały kolejne osoby, w końcu zostali tylko oni dwoje. Wysiedli na ostatnim przystanku, za miastem, pod lasem. Ania poszła ścieżką, B za nią. W lesie ją zgwałcił, potem zadał kilkanaście ciosów nożem, utopił w kałuży i poszedł łapać stopa. Dziewczynka okazała się jednak niezniszczalna jak Mała Mi. Ocknęła się i doczołgała do pobliskiej leśniczówki, gdzie straciła przytomność, ale w szpitalu szybko ją odzyskała i złożyła szczegółowe zeznania. B wkrótce złapano, już kierowca ciężarówki, który go zabrał spod lasu, zauważył, że coś jest nie tak, że krew na ubraniach, że dziwna nerwowość. B do wszystkiego się przyznał. Na sali sądowej dziadek siedział obok Ani. Kiedy ogłoszono wyrok, z radości podskakiwała na krześle, aż jej warkoczyki latały. Podobno B umierał długo, bo sznur był za krótki, nie szarpnęło wystarczająco mocno.

Z historii, które słyszałam osobiście, najlepiej pamiętam tę wigilijną. Ileś lat temu, w święta, mówił dziadek przy bożonarodzeniowym stole, milicja prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa w N. Wieś zabita dechami, z trudem się tam dostaliśmy, była bardzo mroźna zima, drogi zasypane. Zwłoki leżały w kostnicy przy kościele. Poszliśmy do księdza i pytamy, gdzie tu można sekcję przeprowadzić, potrzebujemy chłodnego pomieszczenia z dużym stołem. A on tak myśli, myśli, i na koniec oznajmia, że w zasadzie nie ma gdzie, chyba że w kościele. Chłodno jest, duży stół jest.

Czasem, jeszcze jako dzieci, znajdowaliśmy w garażu w P-nie jakieś dziadka papiery. Pamiętam jedną teczkę, kartki zapisane na maszynie, odciski palców, czarno-białe zdjęcia. Na początku nie rozumieliśmy, co przestawiają. Potem dotarło do nas, że to kolejne, w coraz większej skali, zbliżenia. Plecy, jesionka w jodełkę, niepozorna dziura po jakimś ostrym narzędziu. Na pierwszych zdjęciach mała, potem coraz większa, posklejane kłaczki rozciętego materiału, w środku ciemność. Dziesięć, kilkanaście zdjęć, albo powiększeń jednego, idealny kontrast, ostrość, elegancka biała rameczka. Kiedy się włamano do domu w P-nie i milicja robiła zdjęcia, też były piękne, jedne z lepszych, jakie widziałam – pocięty materac z łóżka dziadzi, skotłowane ubrania w szafie, wyłamany zamek bieliźniarki; ukradli wtedy też zabawki, które miały być prezentem od babci, ale mama, na polecenie ojca, schowała je przed nami w szafie, bo byłyśmy niegrzeczne.

Dziadek był alkoholikiem, ale myślę, że nie przez milicjantów i nie przez trupi zapach. Myślę, że zupełnie serio wierzył w sprawiedliwość i to dlatego.
Ojcowie go nie rozumieli. Mieli po kilkanaście, dwadzieścia kilka lat i żyli w świecie prostych kategorii. Chyba nim gardzili. Wychowywał ich zresztą za pomocą pogardy, pogardy i przemocy, wpajał im przemoc i pogardę, zwłaszcza pogardę. Nas też tak wychowywano.
Miał przez nich problemy w pracy. Zwłaszcza kiedy u Pawła znaleźli ulotki. Jak później w P-nie zobaczył kalendarz z Wałęsą, to obrócił się na pięcie, wyszedł i już nigdy się tam nie pojawił. Nie przyszedł na ślub kościelny moich rodziców, ale Locha opowiadała, że jak był kłopot z przechowaniem tortu weselnego, bo nie miała w domu odpowiednio dużej lodówki, to się zaofiarował z pomocą, bo, powiedział, u niego w pracy są całkiem spore.

Jak stracił pracę, to mu się odechciało. Popełnił samobójstwo przez zaniechanie. Trwało latami, bo miał mocne zdrowie. Siedział w łóżku, w piżamie podobnej do więziennego pasiaka, oglądał telewizję. Prawie nic nie jadł, a jak już, to ptasie mleczko i rybki z puszki. Pił piwo mieszane z wódką i palił carmeny, jednego za drugim; po jego śmierci zostały dwie sztangi, jedną wziął Iwasz, drugą ja; po pogrzebie, kiedy już wszyscy poszli, siedliśmy na grobie i wypaliliśmy za dziadka po jednym.

Pod koniec życia był tak słaby i chudy, że chodził przechylony do tyłu jak narkomani, których widywałam na dworcu w K-cach, później nie potrafił się już sam utrzymać na nogach, Iwasz musiał go prowadzać do łazienki.
Nie cierpiał lekarzy i szpitali. Raz, jak zachorował na zapalenie płuc, zebrała się rodzina dookoła łóżka. Jeden z ojców perswaduje: Tato, ty się lecz. A dziadek się krzywi paskudnie, ręką na niego macha i mówi: Sam się lecz.
Kiedy w końcu udało im się zapakować go do szpitala, bo był już tak słaby, że nie mógł się przed nimi bronić, to uciekł, kiedy tylko poczuł się lepiej. W szpitalnym szlafroku wyszedł na ulicę i złapał taksówkę. I chyba miał rację, jeśli wziąć pod uwagę to, jak umarł.

Nie wiem, skąd o tym wiem, chyba ojciec mi mówił, ale nie wiem, skąd on wie, przecież go przy tym nie było, nawet w W-wie go nie było. Może wiedział od Pawła, ale czy Paweł to widział na własne oczy? W każdym razie – podobno jak dziadek zaczął umierać, to go reanimowali na łóżku. Na sprężynowym materacu. I myślę, że gdyby nie to, że już w zasadzie nie żył, toby im powiedział. Sami się reanimujcie.

Pracę stracił jakoś po sekcji Grzegorza Przemyka. Najpierw odsunięto go od sprawy, potem w ogóle od wszystkiego. Nigdy do końca nie ufałam ojcom i mamie, wszyscy troje uwielbiają zmyślać, ale mama mówi, że są w domu jakieś dokumenty i że babcia też o tym wspominała.
O tym, że po śmierci Przemyka władze powierzyły przeprowadzenie sekcji dziadkowi, bo chciały, żeby swoim autorytetem poparł wersję o, bo ja wiem, upadku ze schodów czy czymś w tym rodzaju – dziadek nie wnikał. Po prostu zrobił sekcję. Szczegółowo opisał wszystkie obrażenia: podbiegnięcia krwawe, obrzęki, wylewy, krwiaki, poważne uszkodzenia narządów wewnętrznych; powstałe najprawdopodobniej w wyniku licznych mocnych ciosów tępym narzędziem wykonanym z elastycznego materiału.

Ale te czekoladki to babcia dostawała.
– No tak – mówi S – dziadek pewnie alkohol.
– Albo nie miał od kogo… Więc babcia dostawała, i miała ich strasznie dużo, ojcom już uszami wychodziły. Czasami rozpakowywali taką bombonierkę, delikatnie, żeby nie zniszczyć, i ugniatali czekoladki w jednolitą burą masę, a potem lepili z niej kulki i te kulki wkładali z powrotem do pudełka. I podobno parę razy dziadkowie wzięli taką bombonierkę w gości.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

dorośli


Pradziadek czasem krzyczał przez sen. Rodzice nigdy z nim o tym nie rozmawiali. Może śnił mu się Malinke, który za garażem rozstrzelał Buholza (lub odwrotnie), może zabity przez partyzantów niemiecki żandarm, którego zwłoki przeleżały w wychodku całą wojnę, a może coś jeszcze innego, o czym nikomu nie opowiadał.

Rano golił się w kuchni. Stawiał lusterko na laminowanym stole i odkręcał kran, a ja siadałam na pralce i przyglądałam się, jak wyciska krem z tubki, rozrabia pianę pędzlem, wydyma policzki, sznuruje wargi, odchyla głowę, płucze maszynkę, wklepuje w skórę wodę kolońską. Bardzo to lubiłam.
Po goleniu smażył kaszankę z cebulą albo jajecznicę ze szczypiorkiem, odprowadzał mnie do szkoły, szedł do pracy. Przed wojną był właścicielem składu aptecznego, potem pracował w Pollenie. Przynosił nam do zabawy całe palety różnokolorowych sztucznych paznokci i sztucznych włosów pozwijanych w pętelki i kalendarze z roznegliżowanymi dziewczynami.

Wracał wcześnie, starannie układał teczkę i płaszcz zawsze na tym samym fotelu. Czasem prosił mnie, żebym nawlekła mu igłę, i przyszywał odpadający guzik, a czasem kładliśmy się razem na tapczanie i opowiadał mi o dwóch takich, co ukradli księżyc. Popołudniami zakładał spłowiałą czapkę z daszkiem i rozciągnięty granatowy dres, brał sękaty kij, który służył mu za laskę, i szedł do ogrodu, a ja przeszkadzałam mu albo pomagałam. Raz tak wygracowaliśmy ścieżkę koło róży, że na następny dzień zakwitła.

Wieczorami oglądał telewizję, bardzo głośno. W drewnianych drzwiach między jego pokojem a naszym była duża pionowa szczelina w kształcie błyskawicy, przez którą starsza z moich młodszych sióstr podglądała niewolnicę Isaurę w kamiennym kręgu. Ja zadowalałam się dźwiękiem i ametystowym odblaskiem pełgającym po politurze biblioteczki.

Kiedy miałam dziesięć lat, złamał sobie rękę w ogrodzie, potem się przeziębił, a potem zachorował na raka. Nie operowali go. Nie wiem, czy było za późno, czy bali się, że nie przeżyje operacji, bo jest za stary. Potrzymali go trochę w szpitalu i oddali pod opiekę babci Ka. Odwiedziliśmy go raz u niej. Pamiętam, że odwracałam oczy, żeby nie patrzeć na cewnik wystający z rozporka piżamy. Na biurku stała butelka z jakimś rosołem, dziadzia miał przyklejone w kącikach ust koperkowe kłaczki. Pamiętam, że wyciągnął do mnie rękę, że go za nią trzymałam, i miała taki kształt jak zawsze, jak moja, ale była strasznie słaba i strasznie, przerażająco chuda, jak u kościotrupa.

Mama była wtedy w ciąży i mieszkałyśmy z nią u drugiej babci; chodziłyśmy do w-wskiej podstawówki, gdzie starszej z moich młodszych sióstr ukradli kredki. Kiedy któregoś dnia zadzwonił telefon, wszystkie czekałyśmy na wiadomość o śmierci dziadzi, ale chodziło o najlepszego przyjaciela rodziców. Przedawkował heroinę albo po prostu była jakaś lewa, znajomi uciekli, pogotowie nie dojechało. Miał być ojcem chrzestnym, żartowaliśmy później, że to dlatego młodsza z moich młodszych sióstr jest takim łobuzem.

Dziadzia zdążył jeszcze ją poznać, niedługo po tym, jak się urodziła. Na parę dni albo tygodni przed śmiercią powiedział tacie, że pod krzakiem fioletowego bzu jest słoik złotych monet, i żeby tata ten słoik wykopał, kupił samochód i tym samochodem przywiózł dziadzię do P-na. Więc tata wykopał, babcia Ka dołożyła trochę ze swoich oszczędności i kupili pozjednoczeniowego trabanta z silnikiem volkswagena, tego samego, w którym potem mieliśmy dachowanie. Był bardzo ładny wiosenny albo letni dzień, dziadzia siedział przed domem w leżaku, ze swoim sękatym kijem, i chyba się nawet uśmiechał.

Zanim poszliśmy na pogrzeb, schowałam się w wielkim wojskowym namiocie, który stał na północnym trawniku, i przez szczelinę w brezencie patrzyłam na pokrzywy. Pokrzywy falowały na wietrze, a ja nie czułam zupełnie nic, myślałam, że powinno być inaczej, i było mi z tym bardzo źle.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

dorośli


Kiedy umarła prababcia Pelagia, pradziadek pomalował wszystko na olejno. Nawet wannę. A potem wykuł imię prababci na kamieniu w ogrodzie i pogrążył się w najczarniejszym smutku.

Sprowadziliśmy się do niego latem. Pierwszego dnia zbierałam z trawy czereśnie i jadłam z pestkami, a potem bałam się, że w brzuchu wyrośnie mi drzewo. W garażu zobaczyłam czerwony trójkołowy rowerek.

Łazienkę od kuchni oddzielał tylko kredens, ten, którego się trzymałam, kiedy mama szarpała mnie za włosy przy porannym czesaniu, i brązowa zasłona w żółte kwiaty podobne do rosnących pod oknem dziecinnego ślinababów. Wanna miała śmieszne krzywe nóżki, obok stał wieszak na ubrania.

Brat przyjeżdżał na lato. Całe dnie spędzaliśmy w ogrodzie, zapamiętałam je jako przesterowane w orwokolorze złotozielone slajdy. Młodszy brat, młodsza siostra i ja, dzieci do ogrodu, dzieci do kąpieli.

Kąpaliśmy się razem, zanim zaczęliśmy się wstydzić. Pewnego dnia brat po wejściu do wanny zwinął się w kłębek i zasłonił rękoma. Zdziwione zapytałyśmy, co robi. Zasłaniam jajka, powiedział.

dorośli


Locha, jak sama się nazwała i jak się u nas od zawsze mówi na babcię od strony mamy, przygotowywała jedzenie jeszcze w nocy. Klęczała na podłodze w kuchni i ciężko dysząc, ubijała mięso na kotlety. Ucierała w wielkiej kamionkowej misie ciasto na sernik, mamrocząc teatralnym szeptem: Droga przez mękę, droga przez mękę. Już nie mogę, nie mogę. Pomóc ci? Nie, nie będziesz umiała. Zbierała pianę z rosołu, raz, drugi, trzeci, siódmy, bo wszystko musiało być zrobione co najmniej siedem razy albo jakąś wielokrotność siedmiu lub dziewięciu. Pieczołowicie omotywała tak zwane myszy kilometrami nitki. Potem co chwila chodziła do kuchni przewracać je na patelni. Naprawdę co chwila, nie zdążyła nawet porządnie zaciągnąć się papierosem, a już zostawiała go z rozmiękłym filtrem w przepełnionej popielniczce, w pół linijki urywała wyprowadzanie ciągnących się w nieskończoność fizycznych wzorów i szła do kuchni, gdzie miała drugą przepełnioną popielniczkę z drugim tlącym się papierosem. Na następny dzień godzinami odwijała te nitki i mówiła, że nie cierpi tego robić. Pomóc ci? Nie, nie będziesz umiała.

Posiłki zaczynały się zawsze o tej samej godzinie. Śniadanie bardzo wcześnie rano, musiała wszystkich budzić. Pobudka pobudka wstać, proszę mi buzi dać. Pod koniec porannego spaceru robiła się nerwowa, zaczynała nas poganiać. Chodźcie chodźcie, bo się spóźnimy na obiad.
Nie, nawet nie zmuszała do jedzenia. Owszem, mówiła czasem „Z sercem robiłam” albo „Skąd wiesz, że ci nie będzie smakowało, skoro nawet nie spróbowałaś?”, ale nie naciskała. Udziału w posiłku nie można było jednak odmówić. Trzeba było siedzieć przy stole, ze wszystkimi. I słuchać. Usiądź prosto. Nie garb się. Nie trzymaj ręki pod stołem. Nie tak (ręka musiała leżeć koło talerza zaciśnięta w pięść). Nie mów z pełną buzią. Czemu tak głośno przełykasz, gardło cię boli? Nie dzwoń łyżeczką, to ordynarne. Nóż trzyma się tak. Zdejmij łokieć ze stołu. Czemu się opierasz, bolą cię plecki? Nie krzyw się, bo ci tak zostanie.

Najmłodsze dziecko zawsze siedziało na najgrubszej książce z babcinej biblioteki. Panna To będzie siedziała na balzaku – oznajmiała Locha i kładła opasły tom na krześle Panny To. Przez całe dzieciństwo byłam przekonana, że „balzak” to po prostu ogólna nazwa wszystkich grubych książek, które podkłada się pod tyłek dzieciom zbyt małym, żeby siedząc na dorosłym krześle, dosięgały do stołu.
Kiedy po latach Locha poprosiła mnie o skatalogowanie jej księgozbioru, znalazłam także nasz balzak. Postawiłam go na odpowiedniej półce, a w katalogu zapisałam nazwisko autora, nazwisko tłumacza – i tytuł: Stracone złudzenia.

dorośli


W pracy ostatnio nie jest dobrze. Rozgoryczeni odwiedzamy się z kawą po pokojach, siadamy na cudzych krzesłach, wymieniamy żale. Żartujemy za dużo, dziecinnie i głupio. Bywa, że zanim doprowadzimy taki żart do końca, już nam wstyd, żeśmy w ogóle zaczęli.

Kiedy wychodzę ze swojego pokoju, za każdym razem spotykam Darka, który właśnie wyszedł ze swojego. Jesteśmy zsynchronizowani jak diabeł i śmierć na zegarze, tylko nie wiem, które jest które.

Zagląda Ania. Miała sprawę do Filipa, do nas wpadła na chwilę, tak po prostu, pogadać, ale Adam i ja nie umiemy. Zmęczeni i rozkojarzeni gubimy wątki, nie jesteśmy rozmowni, nie jesteśmy zabawni, chyba nawet nie jesteśmy mili. Ania, coraz bardziej zakłopotana, zaplata nerwowo szczupłe palce. Jest śliczna. Ma duży, efektowny pierścionek, jego luźno połączone szkiełka grzechoczą przy każdym ruchu.
– Ładny masz pierścionek – uśmiecham się krzepiąco. Ania dziękuje.
– Adam… – mówi. – Adam, nie przejmuj się. Wszystko będzie dobrze.
Naprawdę mi jej szkoda, mało brakuje, a bym się przyłączyła, chociaż wiem, że Adam bardzo nie lubi pocieszania. Przez chwilę wszyscy troje milczymy.
– Kupiłam foremki w kształcie zwierzątek – mówi wreszcie Ania, a ja czuję ogromną ulgę. – Następnym razem przyniosę wam ciasteczka.

Wieczorem, już po wyjściu Adama, przychodzi do mnie Darek. Siedzimy w półmroku, Adam i ja nigdy nie włączamy górnego światła. Na naszych zestawionych razem biurkach, pośrodku, stoi lampa z koronkowym abażurem, którą mój ojciec zrobił z aluminiowej butelki po wódce.
– Kiedy źle się dzieje – mówi Darek – ludzie dziecinnieją.
– Tak – milczę przez chwilę. – To upokarzające.
– Ironia – mówi Darek – jest bronią niewolników.

Potem przychodzi już z walizką, pożegnać się. Patrzy na mnie z wysokości swoich prawie dwóch metrów, chowając podbródek w kołnierzu kurtki. Zawsze kiedy tak robi, przypomina mi się dziadek Hansa Castorpa. Patrzy i mówi z czymś w rodzaju troski, trochę jakby składał mi życzenia noworoczne, a trochę jakby wyjeżdżał na długo:
– Do zobaczenia, Karo… Zachowaj powagę.
Patrzę na niego, kiwam głową, uśmiecham się, ale tylko trochę.
– Dobrze – mówię, i dodaję, jakbym składała życzenia noworoczne: – Ty też.

dorośli


Stary rysunek na nowy rok, bardzo proszę. I wszystkiego, co tego, proszę. Tak.
W zeszłym roku w F po obiedzie. Dookoła notatki. Po lewej: Jak rano dojechać na lotnisko? Po prawej: Kim jest starsza pani, która przyszła potem?

img202

dorośli


img378

dorośli


Kiedy byłyśmy małe, rodzice hodowali króliki. Za garażem, tam gdzie pod koniec wojny Bucholz zastrzelił Malinkego (lub odwrotnie), stały przy ścianie klatki z desek i siatki ogrodzeniowej. Starsza z moich młodszych sióstr i ja często tam chodziłyśmy. Głaskałyśmy króliki, zaglądałyśmy w ich dziwne czerwone oczy, karmiłyśmy mleczami i trawą. Niektóre miały kolczyk w jednym uchu, jak Adaś, najlepszy przyjaciel rodziców, który parę lat później przedawkował heroinę, i wyglądały bardzo zawadiacko. Czasami rodziły się młode, łyse i różowe.
Któregoś dnia wszystkie zniknęły. Mama powiedziała, że tata wywiózł je do lasu.

dorośli


Wiosną landlady Eulalia zaprosiła mnie na swoje urodziny. Wszyscy goście mieli po małżonku, dziecku i kredycie, każda para przyniosła sałatkę. Nikogo oprócz gospodarzy nie znałam, nie mam małżonka, dziecka ani kredytu i nie przyniosłam sałatki, więc czułam się dość obco. Nalałam sobie wina, stanęłam z boku i przysłuchiwałam się rozmowom o małżonkach, dzieciach, kredytach i sałatkach.

A potem przyszła Kasia. Nalała sobie wina i stanęła obok mnie. Szybko się okazało, że ona też nie ma małżonka, dziecka, kredytu, sałatki. Zapytała, czym się zajmuję, odpowiedziałam – i nawet pamiętałam, żeby potem dodać „A ty?”. Powiedziała, że studiuje na akademii muzycznej, gra na klawesynie. O, na klawesynie! – ucieszyłam się. „Wiesz, co to jest? – Spojrzała na mnie wielkimi oczami zdziwionego dziecka. – Wszyscy mylą z klarnetem…” – wyjaśniła i przysunęła się tak, że jej ramię dotknęło mojego.

Kilka tygodni później dostałam od Eulalii esemesa: Kasia prosiła, żebym podała ci jej telefon [tu numer]. Mówiła coś jeszcze? Nie, prosiła tylko, żebym podała ci jej telefon.
Trochę się wahałam, napisałam do niej dopiero po paru dniach. Było już lato. Umówiłyśmy się na spacer w noc muzeów.

Lubię letnie noce. Mają w sobie jakąś obietnicę, coś nieprzyzwoitego i coś trochę smutnego. Lubię ciepły wiatr, zapach rozgrzanych po słonecznym dniu roślin, cykanie gwiazd, i tak dalej. Wyszłam z domu bez torby, co robię zbyt rzadko, klucz i pieniądze schowałam do kieszeni.
Bałam się, że jej nie rozpoznam.
W bramie stała dziewczyna. Spojrzałam na nią niepewnie, ona spojrzała na mnie. Miała mocno umalowane, ciemne i bardzo lśniące oczy. Trochę mnie zatkało, bo była w nich i jakaś obietnica, i coś nieprzyzwoitego, i coś trochę smutnego. Uśmiechnęła się.

Nie, to nie była Kasia. Z Kasią spotkałam się dopiero po drugiej stronie ulicy. Przeszłyśmy przez park, usiadłyśmy w kawiarnianym ogródku, wypiłyśmy po trzy kieliszki wina. Kasia mówiła o mieszkaniu, które wynajmuje, o psie, którego kiedyś miała, o anginie, na którą ostatnio chorowała, i o tym, że właściwie nie lubi klawesynu. Czułam się znużona, w ogóle mnie to wszystko nie interesowało, latarnia świeciła mi w oczy, a twarz Kasi była zbyt młoda i zbyt niewinna, żeby mogła mi się podobać.

Zapytałam, czy ma ochotę pójść ze mną do muzeum X, gdzie spotkałybyśmy się z Marcinem i Doktorową.
– A kto to jest Doktorowa?
– Chłopak Marcina.
Kasia się roześmiała.
– Wiesz, chyba nie – powiedziała. – Jestem zmęczona, wstałam wcześnie, chodzę do kościoła na ósmą…
Odprowadziłam ją pod dom, bo mówiła, że boi się wracać sama po nocy.
Więcej się nie odezwała.

dorośli


czemunie

dorośli


Większość pamiątek z mojego najwcześniejszego dzieciństwa przechowuje mama. W zacinającej się szufladzie szafy z owalnym lustrem trzyma białe ogrodniczki, które miałam na sobie podczas chrztu, błękitną sukienkę, w którą byłam ubrana, kiedy tuż obok mnie uderzył piorun, skarpetki, które zakładano mi wieczorem na dłonie, żebym w nocy nie obgryzała paznokci, i strzępy kocyka „i”, bez którego nie potrafiłam zasnąć.
Ja raczej nie lubię gromadzić rzeczy. Z pamiątek z dzieciństwa przechowuję tylko sfatygowany egzemplarz Czarnej jamy z ilustracjami Stasysa Eidrigevičiusa, pogryzioną grzechotkę w kształcie obręczy i – zawiniętą w foliową siatkę i materiałowy worek – lalusię dzidzię.

lalusia1 lalusia2 lalusia3

Podobno bardzo ją kochałam. Nawet kiedy wyglądała już mniej więcej tak, jak na zdjęciach. I podobno któregoś razu mama w przystępie niekontrolowanej złości wyrwała lalusię dzidzię z moich objęć, cisnęła nią o ziemię i krzyknęła:
– To nie jest żadna lalusia dzidzia, tylko wstrętna stara kukła!

wewte »