dylematy etyczne


Plusk. Urodziło się. Poroniło.
– Dziewczynka – mówi lekarz i pokazuje.
Małe, mniejsze niż kilo cukru, blade, podobne do dinozaura, dość potworne. Oczy zamknięte, głowa jeszcze niegotowa, z jakimiś dziwnymi guzami. W sumie nie chcę patrzeć, po co mi to. Dobrze, że mnie nic nie jest i że dziecka nie będzie.
– Ciąża pozamaciczna – tłumaczy lekarz. – Tu była.
Dotyka mojego tułowia, po prawej stronie, zaraz pod żebrami.
– Koniuszek pani płuca ją przebił.
Jakie przebił, myślę. Sama się nabiła. Po co w takim miejscu rosła?

Jedziemy rowerami. Pod urzędem uzbrojeni strażnicy. Po drugiej stronie drogi śmieci i hełmy. Walają się normalnie. Bierzemy po jednym. Upychamy w sakwach, ale przez siatkę widać. Jeszcze się strażnicy doczepią, może to ich w sumie. Zdejmuję bluzę i owijam nią hełm.
Nie, to nie hełm, to martwy kot. Owijam go bluzą, żeby zasłonić, bo jeszcze się strażnicy doczepią. Od tego owijania, dotykania kot ożywa, nagrzewa się, zaczyna mruczeć. Rany. Znalazłam kota. Myślałam, że nigdy nie znajdę. Jedziemy do weterynarza. Zamykam sakwy, ruszamy. Suwak jest zepsuty, nie trzyma. Adam jedzie za mną i patrzy, czy kot nie wyłazi. Wyłazi. Na cieniu widzę. Wystawił głowę, a potem hyc. Wyskoczył i ucieka. My za nim.
Nie, to nie kot, to dziewczynka. Zajeżdżam jej drogę.
– Poczekaj – mówię. – Poczekaj. Jak masz na imię?
– Krysia.
– Słuchaj, Krysia. Skorzystam z tego, że umiesz mówić, i po prostu cię o to zapytam. Chcemy cię wziąć do siebie. Zapewnimy ci jedzenie, weterynarza. Chcesz?
Nie dodaję, że będziemy ją musieli wysterylizować i że nie będzie mogła wychodzić z domu. Nie wiem, czy to zrozumie. Jeszcze się wystraszy i ucieknie, a ja tak bardzo chcę mieć tego kota.
Budzę się z wyrzutami sumienia. Czuję, że powinnam była powiedzieć jej wszystko.
– Nie dokładaj sobie – mówi Adam.

dylematy etyczne


Uuu, Baśka przyszła, profesorowa. Nie znasz? Gdzieś ty się uchowała, kochana! W domu siedzisz? Baśka profesorowa, co to jest za pizda i szmata! Szmata jakich mało. Rozmawiamy raz, ilu która miała. Ja podaję liczbę trzycyfrową, a ona mi dwa razy tyle. Ja zdziwiona, a ona na to, że to bez orala.
Ale w sumie mniejsza, sama święta nie jestem. Wszystkie się puszczają, obciągają po kątach, jakby myślały, że jak mocno zassą, to w końcu miłość poleci. Najgorsza to ona jest z charakteru. Po piwnicach pizda chodzi i do sałen i opowiada, na dziewczyny gada, że ta to, że tamta tamto, że mają. Żeby chociaż prawdę mówiła, ale gdzie. Ostatnio się do Róży przysiada i mówi, a ty wiesz, mała od sześciu lat ma, koleżankę mam w przychodni, jej kartę widziała i mi powiedziała. No, mała ma, wiem, bo jak wyszło, to mi mówiła, sama ją pocieszałam. Ale że od sześciu lat, to jest ohydne kłamstwo. Od trzech ma. No i wiem, że najbardziej to się martwiła, że się cioty dowiedzą, więc chociaż ja małej nie lubię, to takie chodzenie i gadanie to uważam za ostatnie świństwo. A to były kiedyś przyjaciółki!
I co? Chodzi i gada, a sama też ma, od stu lat ma. Mało profesora nie zaraziła, ale on cwany jest, miłość nie miłość, ale w końcu naukowiec. Węzły miała powiększone, strasznie się w nocy pociła, to się domyślał i uważał. Tylko że mu szmata powiedziała, że się badała i nie ma. A jak z jakąś wysypką w szpitalu wylądowała, to trzeba było sprawdzić, i wtedy się okazało, że ma. Od bardzo dawna ma.
Z profesorem to w ogóle była historia. Ile razy ja mu mówiłam, żeby pizdę pogonił. Ale gdzie tam. Wokół palca go sobie owinęła, w domu u niego zamieszkała i siedziała taka naburmuszona całymi dniami, o seksie zapomnij, a jak ją profesor w końcu wywalił, to oszczędności były już wszystkie co do grosika zjedzone. I spaść go próbowała! Matka ją nauczyła, że chłopa trzeba utuczyć, żeby na miasto na baby nie chodził, to smażyła kurczaka w panierce z czipsów.
No i te jej kariery i interesy. Przecież to jest hochsztaplerka najgorsza. Najpierw chciała zostać księdzem, ten przepych kościelny jej się podobał. Godzinami potrafiła siedzieć i ze szczegółami sobie wyobrażać, jak ją na papieża koronują. Tak z rok była w seminarium, potem ją wylali. Sutannę sobie zostawiła, nawet przymierzałam. Jak do lekarza musiała, to się za księdza przebierała, i takim krokiem zamaszystym, bo wysoka jest, przez poczekalnię szła, znaki krzyża wielkie ręką w powietrzu kreśliła, dłoń dawała do pocałowania i wchodziła bez kolejki.
Potem jakieś targi organizowała w Z. Długów narobiła, interes zwinęła i przyjechała tutaj. Znalazła jakąś lukę w prawie, strasznie dumna z siebie była; wymyśliła, że będzie nadawać tytuły arystokratyczne za niewielką opłatą. Mnie w to chciała wciągnąć, żebym w zarządzie była, bo się ładnie nazywam. Obraziła się, bo nie chciałam. I potem zdziwiona, że jej tego nie zarejestrowali! A już nazwisko zmieniła na dłuższe, chyba trzeci raz, już stronę internetową miała. Bo ona przede wszystkim stwarza pozór w internecie. Kolejne profile na fejsbuku zakłada, strony robi. Wszystko pięknie-ładnie i na poważnie, pastelowe tło, na górze jakieś zdjęcie ze stocka, obrazki, zakładki, o nas, kontakt i misja. Ale jak głębiej zajrzysz, to linki do stron, których nie ma, albo jakieś lorem ispum. Po paru miesiącach się jej odechciewa i tworzy nowe pozory. Po tych herbach była jakaś organizacja filantropijna. Obrazki wklejała na fejsbuku z napisami, Każdej zimy zamarza tyle a tyle osób, reaguj! albo Fundacja Płomyczek Dobra życzy Wesołych Świąt. I przecinki wszędzie nie tam gdzie trzeba.
Ale przez tych parę miesięcy ludzie się nabierają! W Z miasto jej lokal dało, na tę działalność charytatywną jakiś sprzęt biurowy dostała. Ale najgorsze to mi Róża wczoraj powiedziała. Bo teraz Baśka jest psychologiem. Pacjentów u znajomego przyjmuje, gdzie za pilnowanie i podlewanie kwiatków mieszka, też stronę ma, profil na fejsbuku, porad na jakichś portalach udziela, wczoraj guglowałam. A jakie CV sobie wymyśliła! Gdzie ona nie pracowała, jakiego to doświadczenia nie ma. Na jednym portalu to nawet „filozof-etyk” sobie dopisała. A ja profesora pytałam, czy ona ma jakieś w tym kierunku wykształcenie. Gdzie tam. Nie ma. Chuja ma. Jedyne, co w niej dobre, to że dużego.

dylematy etyczne


SwMadziaZSosnowca-m
Kliknąwszy itd.

dylematy etyczne


Wieczór u Mademoiselle Blanche miał być wstępem do karaoke na mieście, ale dobrze nam było na miejscu, poza tym zimno się zrobiło i padało. Koło dziewiątej weszła Agata z parasolem.
– Ciągle pada? – zapytaliśmy.
– Pada? – powtórzyła Agata retorycznie. – Leje. Już jesień.
No to zostaliśmy.

– Ładne masz zdjęcie czekoladek na profilu. – Przypomina mi się.
– Och, to nie są zwykłe czekoladki. – Policzki Gniewa lekko różowieją.
– A jakie? – Upijam łyk wina, nastawiam ostrość i zamieniam się w słuch.
– To są czekoladki firmy Neuhaus. Założył ją najsłynniejszy belgijski master chocolatier… Tak się to wymawia?
– Zdecydowanie nie. – Siedzący między nami S trochę się śmieje, trochę krzywi.
– I tak nie znam francuskiego – mówię dyplomatycznie.
– Tym lepiej dla ciebie…
– W Belgii są dwie takie najbardziej prestiżowe firmy – kontynuuje Gniew niezrażony – Neuhaus i Godiva. Za Godivą nie przepadam. Kupują ją głównie turyści, zwłaszcza Japończycy, bo jest najdroższa. Sami Belgowie jedzą tańsze, te lepsze kupują tylko w gości; to bardzo praktyczny naród…
– Ha, to mi przypomina pewną historię z dzieciństwa moich ojców… Ich rodzice, moi dziadkowie – zaczynam – obydwoje byli lekarzami, babcia internistką, dziadek lekarzem sądowym –
– Patologiem? – upewnia się Gniew.
– Tak, swego czasu jednym z najbardziej cenionych w kraju.
– Opowiadał historie z pracy?
– Pewnie! Zwłaszcza przy obiedzie, i na święta, jak trochę wypił. Uwielbiałam je.
– Ona się wychowała na podręcznikach do medycyny sądowej – wtrąca S. – Zadzierzgnięcia – wypowiada to słowo z wyraźną przyjemnością – zagardlenia…
– Tak, tak. I w tych podręcznikach były zdjęcia, w niektórych nawet kolorowe… Najbardziej lubiłam rozdziały o samobójstwach.
– No ba!
– I o truciznach… Niezłe były też opisy konkretnych przypadków, Iwasz miał kiedyś pomysł, żeby robić z nich komiksy. Najlepsza była historia o kradzieży poduszki…
– Był doktorem? – przerywa S.
– Nie wiem. Chyba nie. Ojciec mówił, że pisał doktorat z daktyloskopii. A może to była habilitacja, nie pamiętam. Temat wtedy w Polsce słabo znany, podejście podobno nowatorskie; ale ktoś mu ten doktorat ukradł i opublikował pod własnym nazwiskiem…
No więc – podejmuję wątek – dziadek był patologiem, a babcia internistką. Raz, jak w okolicach sylwestra strzelaliśmy z petard i jedna Iwaszowi w ręku wybuchła, to babcia i dziadek przyszli radzić. Stanęli nad łóżkiem, na łóżku Iwasz, blady lub zielony, z rozwalonym palcem, omdlewający. I tak patrzy, na babcię, na dziadka, i mówi słabnącym głosem: Dziadku, ale ja jeszcze żyję. Dziadek strasznie się wtedy obraził.

Dziadek nie żyje, babcia jest chora. Kiedy się z nią ostatnio widziałam, wrzucała do kieliszka kolejne tabletki. To na nadciśnienie. To na wątrobę. To na żołądek. To na skutki uboczne tego na nadciśnienie, to na skutki uboczne tego na wątrobę, to na skutki uboczne tego na skutki uboczne tego na nadciśnienie. To na to, to na tamto, to na skutki uboczne tego na tamto.
– Dziewięć – liczę.
– I na koniec – babcia wrzuca do kieliszka niepozorną białą tabletkę – najważniejsze.
– Na co?
– Na depresję.
– Na depresję?
– A gdybyś ty musiała codziennie brać tyle tabletek, żeby żyć, tobyś nie miała depresji?

bubu

Babcia odkłada pudełka na meblościankę, pod duże czarno-białe zdjęcie. Dziadek jest na nim jeszcze całkiem młody, jeszcze bez tych swoich siwych wąsów pożółkłych od nikotyny pod drożną dziurką, uderzająco podobny do ojców; całkiem nawet przystojny, chociaż już ze sporymi zakolami i w ciężkich okularach nadających mu dość złośliwy wygląd.
Babcia wzdycha. Żałuje, mówi, że się im nie układało, mogli być dla siebie lepsi, ale pewne rzeczy się rozumie, jak jest już za późno. Opowiada. Że na początku dziadek nie znosił swojej pracy. Że wziął ją, bo nic innego akurat nie było, a zaraz mieli się urodzić ojcowie i trzeba było zarabiać na rodzinę. Porzucił grę na saksofonie w zespole jazzowym, wracał do domu śmierdzący trupem. Tego zapachu bardzo trudno się pozbyć. Babcię odstręczał. Dziadek zaczął pić. Trochę dlatego, że nie znosił, trochę pewnie dlatego, że odstręczał, a trochę dlatego, że w milicji wszyscy pili.
Potem jakoś się przekonał. Wciągnęła go kryminalistyka, dochodzenie prawdy, tropienie morderców. Praca zaczęła go fascynować, zwłaszcza tak zwane zbrodnie z lubieżności.

Lubił opowiadać. Iwasz mieszkał z dziadkami, to się tych historii nasłuchał więcej. Najlepsza była o gwałcicielu B, czyli o pierwszej dziadka egzekucji; bo w myśl przepisów lekarz, na podstawie którego ustaleń zasądzono karę śmierci, musiał uczestniczyć w egzekucji jako obserwator i potwierdzić zgon skazanego.
Otóż B pewnego dnia zauważył w autobusie dziewczynkę. Nazwijmy ją Ania. Miała jakieś dziesięć, dwanaście, nie więcej niż trzynaście lat. Z autobusu wysiadały kolejne osoby, w końcu zostali tylko oni dwoje. Wysiedli na ostatnim przystanku, za miastem, pod lasem. Ania poszła ścieżką, B za nią. W lesie ją zgwałcił, potem zadał kilkanaście ciosów nożem, utopił w kałuży i poszedł łapać stopa. Dziewczynka okazała się jednak niezniszczalna jak Mała Mi. Ocknęła się i doczołgała do pobliskiej leśniczówki, gdzie straciła przytomność, ale w szpitalu szybko ją odzyskała i złożyła szczegółowe zeznania. B wkrótce złapano, już kierowca ciężarówki, który go zabrał spod lasu, zauważył, że coś jest nie tak, że krew na ubraniach, że dziwna nerwowość. B do wszystkiego się przyznał. Na sali sądowej dziadek siedział obok Ani. Kiedy ogłoszono wyrok, z radości podskakiwała na krześle, aż jej warkoczyki latały. Podobno B umierał długo, bo sznur był za krótki, nie szarpnęło wystarczająco mocno.

Z historii, które słyszałam osobiście, najlepiej pamiętam tę wigilijną. Ileś lat temu, w święta, mówił dziadek przy bożonarodzeniowym stole, milicja prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa w N. Wieś zabita dechami, z trudem się tam dostaliśmy, była bardzo mroźna zima, drogi zasypane. Zwłoki leżały w kostnicy przy kościele. Poszliśmy do księdza i pytamy, gdzie tu można sekcję przeprowadzić, potrzebujemy chłodnego pomieszczenia z dużym stołem. A on tak myśli, myśli, i na koniec oznajmia, że w zasadzie nie ma gdzie, chyba że w kościele. Chłodno jest, duży stół jest.

Czasem, jeszcze jako dzieci, znajdowaliśmy w garażu w P-nie jakieś dziadka papiery. Pamiętam jedną teczkę, kartki zapisane na maszynie, odciski palców, czarno-białe zdjęcia. Na początku nie rozumieliśmy, co przestawiają. Potem dotarło do nas, że to kolejne, w coraz większej skali, zbliżenia. Plecy, jesionka w jodełkę, niepozorna dziura po jakimś ostrym narzędziu. Na pierwszych zdjęciach mała, potem coraz większa, posklejane kłaczki rozciętego materiału, w środku ciemność. Dziesięć, kilkanaście zdjęć, albo powiększeń jednego, idealny kontrast, ostrość, elegancka biała rameczka. Kiedy się włamano do domu w P-nie i milicja robiła zdjęcia, też były piękne, jedne z lepszych, jakie widziałam – pocięty materac z łóżka dziadzi, skotłowane ubrania w szafie, wyłamany zamek bieliźniarki; ukradli wtedy też zabawki, które miały być prezentem od babci, ale mama, na polecenie ojca, schowała je przed nami w szafie, bo byłyśmy niegrzeczne.

Dziadek był alkoholikiem, ale myślę, że nie przez milicjantów i nie przez trupi zapach. Myślę, że zupełnie serio wierzył w sprawiedliwość i to dlatego.
Ojcowie go nie rozumieli. Mieli po kilkanaście, dwadzieścia kilka lat i żyli w świecie prostych kategorii. Chyba nim gardzili. Wychowywał ich zresztą za pomocą pogardy, pogardy i przemocy, wpajał im przemoc i pogardę, zwłaszcza pogardę. Nas też tak wychowywano.
Miał przez nich problemy w pracy. Zwłaszcza kiedy u Pawła znaleźli ulotki. Jak później w P-nie zobaczył kalendarz z Wałęsą, to obrócił się na pięcie, wyszedł i już nigdy się tam nie pojawił. Nie przyszedł na ślub kościelny moich rodziców, ale Locha opowiadała, że jak był kłopot z przechowaniem tortu weselnego, bo nie miała w domu odpowiednio dużej lodówki, to się zaofiarował z pomocą, bo, powiedział, u niego w pracy są całkiem spore.

Jak stracił pracę, to mu się odechciało. Popełnił samobójstwo przez zaniechanie. Trwało latami, bo miał mocne zdrowie. Siedział w łóżku, w piżamie podobnej do więziennego pasiaka, oglądał telewizję. Prawie nic nie jadł, a jak już, to ptasie mleczko i rybki z puszki. Pił piwo mieszane z wódką i palił carmeny, jednego za drugim; po jego śmierci zostały dwie sztangi, jedną wziął Iwasz, drugą ja; po pogrzebie, kiedy już wszyscy poszli, siedliśmy na grobie i wypaliliśmy za dziadka po jednym.

Pod koniec życia był tak słaby i chudy, że chodził przechylony do tyłu jak narkomani, których widywałam na dworcu w K-cach, później nie potrafił się już sam utrzymać na nogach, Iwasz musiał go prowadzać do łazienki.
Nie cierpiał lekarzy i szpitali. Raz, jak zachorował na zapalenie płuc, zebrała się rodzina dookoła łóżka. Jeden z ojców perswaduje: Tato, ty się lecz. A dziadek się krzywi paskudnie, ręką na niego macha i mówi: Sam się lecz.
Kiedy w końcu udało im się zapakować go do szpitala, bo był już tak słaby, że nie mógł się przed nimi bronić, to uciekł, kiedy tylko poczuł się lepiej. W szpitalnym szlafroku wyszedł na ulicę i złapał taksówkę. I chyba miał rację, jeśli wziąć pod uwagę to, jak umarł.

Nie wiem, skąd o tym wiem, chyba ojciec mi mówił, ale nie wiem, skąd on wie, przecież go przy tym nie było, nawet w W-wie go nie było. Może wiedział od Pawła, ale czy Paweł to widział na własne oczy? W każdym razie – podobno jak dziadek zaczął umierać, to go reanimowali na łóżku. Na sprężynowym materacu. I myślę, że gdyby nie to, że już w zasadzie nie żył, toby im powiedział. Sami się reanimujcie.

Pracę stracił jakoś po sekcji Grzegorza Przemyka. Najpierw odsunięto go od sprawy, potem w ogóle od wszystkiego. Nigdy do końca nie ufałam ojcom i mamie, wszyscy troje uwielbiają zmyślać, ale mama mówi, że są w domu jakieś dokumenty i że babcia też o tym wspominała.
O tym, że po śmierci Przemyka władze powierzyły przeprowadzenie sekcji dziadkowi, bo chciały, żeby swoim autorytetem poparł wersję o, bo ja wiem, upadku ze schodów czy czymś w tym rodzaju – dziadek nie wnikał. Po prostu zrobił sekcję. Szczegółowo opisał wszystkie obrażenia: podbiegnięcia krwawe, obrzęki, wylewy, krwiaki, poważne uszkodzenia narządów wewnętrznych; powstałe najprawdopodobniej w wyniku licznych mocnych ciosów tępym narzędziem wykonanym z elastycznego materiału.

Ale te czekoladki to babcia dostawała.
– No tak – mówi S – dziadek pewnie alkohol.
– Albo nie miał od kogo… Więc babcia dostawała, i miała ich strasznie dużo, ojcom już uszami wychodziły. Czasami rozpakowywali taką bombonierkę, delikatnie, żeby nie zniszczyć, i ugniatali czekoladki w jednolitą burą masę, a potem lepili z niej kulki i te kulki wkładali z powrotem do pudełka. I podobno parę razy dziadkowie wzięli taką bombonierkę w gości.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

dylematy etyczne


Jadąc rano do pracy (rowerem pod górkę przez most), poczułam, że powietrza jest jakoś za mało. Może uchodzi z Ziemi, bo nagle spadło ciśnienie. I teraz się podusimy, jak wujek pedofil, co zmarł na POChP – to trochę potrwa, bo to trochę trwa. Nie chcę tak umierać, ale uciec nie ma, ani gdzie, ani jak. (Wujek nie żyje, cieszą się dzieci, przez mętne niebo samolot leci; ledwo leci).
Parę dni temu Adam opowiadał mi o kawce, która umarła w nocy, a rano wyszło z niej więcej robaków, niż ważyło to, co zostało. I o chorym gołębiu, co jak go weterynarz usypiał, to nie mógł znaleźć żyły i musiał zrobić zastrzyk w kark.
Ale kto wie, jak się zaczną dusić, może zmienią prawo. Dzień dobry, ty w te upały jak?

dylematy etyczne


Na manifę poszłam w końcu przebrana za siebie, tyle że bez torby, z kluczem na szyi i pieniędzmi w kieszeni. Po sobotnich baletach z Momo i Radeczkiem przyjemnie odklejona od rzeczywistości, pogodna, choć niezbyt przytomna i wciąż się przejęzyczająca (na wstępie obiecałam S, że kiedyś narysuję jego autoportret). Zapomniałam chusteczek, S dał mi jedną.

Po manifie wpadłam do S na kawę. W kuchni mówiliśmy o Lacanie i siorbaniu, w pokoju o Charpentierze, Orfeuszu, Russellu, topologii i paradoksach eleatów. Chusteczkę, z której w międzyczasie zrobił się niezły bałwanek, położyłam na stole koło swojego kubka, żeby mieć pod ręką, ale S od razu wyrzucił ją do kosza.

Zbierając się do wyjścia, rzuciłam coś o cipustce. Że coś masz, coś robisz, a potem zostaje ci pustka. S – kolekcjoner słów śmieci, jak ja – natychmiast podchwycił.
– Cipustka… To jak pustka po kochanku, brak kochanka, nie?
Zatrzymałam się w drodze do przedpokoju i spojrzałam na S z namysłem.
– Hm. Czy ja wiem…

A potem poszło. Tak czasem bywa, że człowiek na kacu jest bardziej niż zwykle wymowny; zdania wychodzą okrąglejsze, gładziej utoczone, wywody bardziej eleganckie, puenty mocniejsze, a pytania takie retoryczne, że można by tłumy porywać. Więc poszło. Stałam w przedpokoju, wiązałam buty, kurtkę zakładałam – i głosiłam, przemawiałam i zaprawdę zapytywałam.
Że czy słusznie dajemy sobie do głów ładować, że pustka, że samotność, już nie tylko w miłosnym kontekście, ale w ogóle, że otóż iż że samotność i pustka są złe? Że czy nie za łatwo wierzymy w tę miłość, co nam się ją zewsząd podaje, jako niezbędną do spełnienia-człowieczeństwa-szczęścia? Że ta miłość to dopiero od niedawna tak wygląda, jak nam ją wpychają, i w ogóle cała niedawno jest wymyślona, że co to jest w ogóle za reklama, dogmat i paradygmat, tfu? Że może nam się wmawia potrzeby, bez których byłoby nam lepiej, bo których na przykład może wcale zaspokoić się nie da?
No, tak, co prawda, przerwałam sobie, sięgając po szalik, tak, mógłby ktoś powiedzieć, że epikureizm, że nawet stoicyzm, to filozofia rezygnacji. Ale! Zakończyłam dobitnie, zapinając swoją kusą kurteczkę, będącą w gruncie rzeczy górną częścią kombinezonu narciarskiego.

– Ale masz kibić – powiedział S.
– Prawda? – ucieszyłam się. – To idę. Dasz mi chusteczkę? Bo tę, co miałam przez całą manifę, wyrzuciłeś do kocha.

dylematy etyczne


Mama u fryzjera, farbowanie i strzyżenie, bez modelowania. Fryzjerka nie bardzo chciała, żebym robiła zdjęcia, ale zapewniłam, że nie będzie jej widać. (Mam jedno, gdzie widać, nas  trzy, w lustrze, no ale. Choć z bólem).

Kliknąwszy, itd. Zalecane.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

dylematy etyczne


Z kobietami Lola Amatorka nigdy się dobrze nie dogadywała. Przyjaciółkę miała tylko jedną, Obłąkaną Bibliotekarkę. Spotykały się od czasu do czasu na piwo. Lola przychodziła po południu do biblioteki i szukała przyjaciółki między półkami. Najczęściej znajdowała ją drzemiącą w literaturze rosyjskiej, z rozczochraną głową wspartą na oprawnych w papier pakowy grzbietach Archipelagu GUŁag. Potem szły do pobliskiej Café Autodafé. Po drodze mijały starego czerwonego saaba. Bibliotekarka za każdym razem pluła pod jego koła, mamrocząc najgorsze złorzeczenia.

A żebyś kurwo zdechła, trudną rybką się zadławiła, od pioruna zginęła, utonęła, wypadek samochodowy samolotowy okrętowy miała, coś przedawkowała, żebyś na raka zachorowała, hifa syfa alzheimera, obturę i białaczkę, grzybicę i motylicę, żeby wszystkie te dzieci wyskrobane do twojej macicy obwisłej wróciły i rzygając w łożysko przez gnijące pępowiny, na śmierć cię zatruły, żeby cię własna pizda zębata pożarła, żebyś zdechła, zeszła, nie żyła i umarła… a ty, ty, szkoda, żeś na tej wojnie nie zginął, na minie nie wyleciał, bym miała rentę i dobre wspomnienia bym miała, tfu.

Bo Obłąkana Bibliotekarka miała męża, Bojownika o Pokój i Szczęście, a ten mąż miał zagraniczną kochankę. Kochanka też walczyła o pokój i szczęście i też była obłąkana, ubierała się tak samo jak Bojownik, strzygła krótko, dużo piła i po swojej zagranicy jeździła rozklekotanym czerwonym saabem, dokładnie takim, jak ten zaparkowany niedaleko Café Autodafé.

A potem ta kochanka miała wylew i umarła.
Lola i Bibliotekarka umówiły się na piwo. Kiedy przechodziły koło czerwonego saaba, Bibliotekarka spuściła wzrok. Nie splunęła. Za boczną szybą Lola zauważyła karteczkę.
Sprzedam. Tel. 606…

dylematy etyczne


Skończył mi się notes, więc kupiłam nowy. Przepisałam ze starego hasła, piny i loginy, numery telefonów i daty urodzin. Przepisałam listę książek do kupienia i filmów do obejrzenia. Przepisałam datę ostatniej wizyty u doktor K. Zatrzymałam się na notatce 17.01.2011, xxx.
Czarne cyfry wyprężyły się na papierze jak pajęcze nóżki. Nie wiem, jak to możliwe, ale naprawdę o tym zapomniałam.

Nie chciałam tego. Nie umiem nawet powiedzieć, jak to się stało. Pamiętam, co było przed i po, ale najistotniejszy moment jakby mi wycięło. Wiem tylko, na pewno, że to był przypadek. Przeraziłam się, każdy by się przeraził, i uciekłam. Nie wiem, na co wtedy liczyłam. Że nikt nie zauważy? W sumie słusznie – już prawie rok minął i nic. Ale przecież w każdej chwili mogą ją znaleźć. I co im wtedy powiem? I kto mi po tych wszystkich miesiącach uwierzy? Do takich rzeczy trzeba się przyznawać od razu.

Wzięłam skalpel, zdrapałam cyfry, wyrwałam kartkę, podarłam. To straszne, wiem, ale nie miałam wyrzutów sumienia, ani wtedy, ani wczoraj. Po prostu się bałam. Że znajdą, pewnie całkiem zgniła, przyjdą, będą pytali. A ja nie będę umiała przekonująco kłamać, bo już pamiętam.

Obudziłam się dzisiaj trochę po ósmej. Spojrzałam na smugę światła na podłodze, pościel była przyjemnie ciepła i gładka. Nie poczułam ulgi. Z całej siły próbuję sobie wmówić, że tylko mi się to przyśniło. Jeżeli w to uwierzę, może uda mi się ich oszukać.

dylematy etyczne


Słowa kluczowe czerwiec–lipiec.
Podaję najciekawsze, tym razem nie wierszem, a wg kolejności z licznika. Pisownia oryginalna.

niszczą blone porno
Szkic Podfruwajki
co to nieadekwatność
wujek czas wolny dzieci
napisy na piżamy
stroje ludowe skup
nie akceptuję swojego gejostwa
czy psychiarta moze umawiac sie z pacjentka
co to znaczy wypiąć się do kogoś gołym tyłkiem
jak uwieść faceta biseksualistę
łaskotali pannę
opatrunkiem na oku
romans lekarz etyka
Zaczepiał was kiedyś pedofil?
sutanna ma guzików
PYSK DZIKA
przjęzyczenie albo potówr mityczny
olej święcony
molestowanie łaskotanie
wiersze o długiej nieobecności
pielegniarka tortury
skup kopyt plastykowych ceny
muza poety
jak otworzyć zamkniętą pistacje
świntuchy amatorki
zatęchła woda w studni
po operacji został opiłek (igła)
jak poderwać listonosza
jak wygląda kapitalista
karuzela kukiel blog

dylematy etyczne


Rumunia 2004, dworzec autobusowy w Suczawie. Zaczepia mnie mała Cyganka. Wyciąga dłoń i natrętnie błagalnym tonem mówi coś, czego nie rozumiem. Kręcę odmownie głową, dziewczynka znika. Po chwili pojawia się znowu, boleśnie szczypie mnie w ramię, krzywi się paskudnie i mamrocze coś, czego także nie rozumiem, ale co zdecydowanie brzmi jak klątwa.

Polska 2009, w-wski tramwaj. Wsiada obszarpany mężczyzna z gnijącą nogą, klęka w przejściu między siedzeniami i zaczyna recytować:
– Szanowni państwo nie mam pracy nie mam domu jestem chory nie mam na leki…
Jeden z pasażerów brutalnie łapie go za ramię, podnosi z klęczek i popycha w stronę siedzenia.
– Siadaj!
Mężczyzna z gnijącą nogą protestuje nieśmiało:
– Ale ja chciałem coś użebrać…
– Siadaj! Siadaj jak człowiek.

Polska 2010, Dworzec Centralny w W-wie. Darka zaczepia mężczyzna o kulach i prosi o pieniądze. Darek odmawia. Kaleka patrzy mu głęboko w oczy i mówi:
– Życzę zdrowia…

wewte »