filozofia


Przedwczoraj śniło mi się, ze rozmawiałam z jakimś filozofem, wyglądał trochę jak Žižek, dziad taki, ale to nie był on. Niby w żartach, ale strasznie mi dokuczał.
– Głupia jesteś – powiedział w końcu.
– Cóż za zniewaga, Sokratesie! – odparłam. – Chyba pójdę i się powieszę, aż mi sandałki spadną.

filozofia


Nie chcę Was straszyć, ale przyłapałam dziś rzeczywistość na błędzie. Kiedy zmieniałam kotom miski, grudka zaschniętej karmy przez chwilę spadała do góry.

filozofia


drzewo2001 albo 2002. Kartka była podkładką przy robieniu jakiegoś innego rysunku, drzewo zaczęło się z przypadkowych smug atramentu. Powstawało dość długo, nosiłam je na wykłady itd., stopniowo dodawałam kolejne elementy. Pamiętam nawet, w którym mniej więcej miejscu była mowa o Fichtem. Oryginał podarowałam Hydraulikowi, który go po moim odejściu zniszczył. Zachowała się zrobiona kiedyś dla Iwasza kserokopia.
Kliknąwszy, można obejrzeć w większym rozmiarze.

 
 

filozofia


Wszak naukowiec zaczyna w końcu lubić przedmioty, które początkowo rażą jego zmysły, gdy odkryje w nich wielką celowość organizacji, i takim rozważaniem cieszy swój rozum, dlatego Leibniz ostrożnie przeniósł z powrotem na liść owada, którego starannie badał pod mikroskopem, uznał bowiem, że owad ten pouczył go swym widokiem, a przez to jak gdyby wyświadczył mu dobrodziejstwo.
(Immanuel Kant, Krytyka praktycznego rozumu, przeł. Benedykt Bornstein)

filozofia


Kiedy pod koniec stycznia zakomunikowałam Eulalii – właścicielce wynajmowanego przeze mnie mieszkania, sąsiadce zza ściany i znajomej ze studiów na w-wskiej filozofii – że za miesiąc zamierzam się wyprowadzić, ponieważ narzeczony i ja postanowiliśmy zamieszkać razem, i zaproponowałam spotkanie, żeby omówić szczegóły, nasze relacje, zupełnie – w moim przynajmniej odczuciu, jeśli pominąć kilka niegroźnych nietaktów landlady i, wynikającą, jak wcześniej zawsze myślałam, z właściwej mi lekkiej mizantropii i ogólnej nieżyczliwości, pewną niechęć do dłuższego z nią przebywania z mojej strony – zupełnie poprawne przez te dwa lata i osiem miesięcy, kiedy mieszkałam przy ulicy G, momentami wręcz po prostu dobre, z podlewaniem kwiatków i drobnymi prezentami, z niezrozumiałych dla mnie powodów gwałtownie się pogorszyły.

„Myślę – odpisała mi Eulalia – że nie ma potrzeby niczego omawiać. Chyba że ty z twojej strony coś byś chciała? Będziemy musiały się rozliczyć – za prąd, będzie mała dopłata za gaz niestety, bo za grudzień zapłaciłam ponad 1000 zł za ogrzewanie. Jak się wyprowadzisz, to chciałabym obejrzeć mieszkanie i zobaczyć, czy wszystko jest tak, jak było przed tym, jak się wprowadziłaś, i wtedy oddasz mi klucze. Chciałabym, żebyś we własnym zakresie zadbała o sprzątnięcie – okna, kurze, łazienka itp.” Było jeszcze postscriptum. „PS. Gratulujemy narzeczeństwa”. I zaraz kolejny esemes: „Ach i jeszcze bardzo, bardzo ważna rzecz, chciałabym, żebyś w miarę możliwości od razu zmieniła adres korespondencyjny, żeby potem nie było kłopotu dla ciebie i dla nas”.

Kiedy dwa tygodnie później Eulalia przyszła do mnie po pieniądze za luty, wyraziła nadzieję, że będę dobrze wspominała mieszkanie przy ulicy G i że pozostaniemy w kontakcie, będzie jej bardzo miło, powiedziała, jeśli wpadniemy do niej kiedyś na kawę, narzeczony i ja, oczywiście, przytaknęłam z uśmiechem, i czy mogłabym, zdjąwszy swoje zasłony, powiedziała, powiesić inne, zaraz mi przyniesie, bo jak ktoś z ulicy zobaczy puste mieszkanie…, naturalnie, przytaknęłam z uśmiechem, i żebym nie zapomniała zmienić adresu korespondencyjnego, jasne, przytaknęłam z uśmiechem, ale pamiętaj, powiedziała, bo to potem jest kłopot, dla nas, ale przede wszystkim dla ciebie, pewnie, przytaknęłam z uśmiechem, i zirytowałam się na siebie za ten uśmiech i za to przytakiwanie, mówię to głównie z myślą o tobie, żebyś nie miała kłopotu, powiedziała, tak, tak, zwykle pamiętam o takich rzeczach, powiedziałam bez uśmiechu.

27 lutego, kiedy w niemal zupełnie pustym mieszkaniu zrobiłam pożegnalną imprezę, odezwał się mąż Eulalii. „Przed chwilą przejeżdżałem, wracając z próby – napisał – i mam prośbę, byś zasłoniła okna, bo jak ktoś stanie po drugiej stronie ulicy albo na przystanku, to wszystko widać”.

28 lutego Adam zabrał ostatnie moje rzeczy, zostawiłam sobie tylko miotły, ścierki itp. domestosy, bo choć nieco zrażona brakiem ciepłej wody – „Nie wiem, o co ci chodzi – napisała mi Eulalia – ale u nas woda jest ciepła… zresztą to już poniekąd nasze zmartwienie” – zamierzałam jednak, tak jak się umawiałyśmy, posprzątać, i ponieważ zapowiadała, że będzie cały dzień w domu, oddać jej klucze wychodząc. Okazało się niestety, że to jej nie pasuje, „och sorry – napisała – ale zaraz wychodzę do pracy”, naciskała na spotkanie o ósmej wieczorem, nie przyjmowała do wiadomości, że naprawdę wtedy nie mogę, „myślę, że jednak mogłabyś tyle zrobić – pisała – i znaleźć chwilę wieczorem”, „muszę iść do pracy, a nie na imprezę, na spacer, czy do kina”, pisała, „myślę – pisała – że jednak wieczorem nie idziesz do pracy…”. „Zostawię ci klucze w skrzynce”, zaproponowałam. „Chyba żartujesz?”, odpowiedziała. „Nie, dlaczego? – zdziwiłam się. – Jeśli wolisz, mogę u tej sąsiadki na górze”. „OK – napisała. – Będę za 5 minut po klucze”. „A jak zamknę dom wychodząc?”, zdziwiłam się jeszcze bardziej. „Sory – przeczytałam. – Nie, kochana, ty też wychodzisz”. „To moje mieszkanie i mam prawo niezwłocznie cię z niego wyprosić”, przeczytałam. „Dlatego, że nie mogę się z Tobą spotkać dziś wieczorem?” – zapytałam, kończąc pakowanie mioteł, ścierek itp. domestosów, za które zabrałam się po „kochana”. „Sama się zastanów dlaczego – odpowiedziała Eulalia, właścicielka wynajmowanego przeze mnie do niedawna mieszkania, sąsiadka zza ściany i znajoma ze studiów na w-wskiej filozofii. – Powodów znalazłoby się dużo. Pierwszy i zasadniczy – tu wersalikami – muszę się przez ciebie tłumaczyć, że mieszkają dwie osoby, a nie jedna: a tak było w umowie. Niestety prezes szybko to zauważył – tu już małymi – że masz sublokatora”. „Prawo polskie jest po mojej stronie, nie wywiązujesz się z ustaleń”, przeczytałam i usłyszałam pukanie do drzwi.

I to by w zasadzie było na tyle. Otworzyłam, Eulalii towarzyszyła jakaś zażenowana pani.
– Cześć, Eulalio – przywitałam się. – Dzień dobry – skinęłam głową zażenowanej pani.
– Wychodzisz? – zapytała Eulalia, z której zdenerwowania można było wnosić, że nie wie, co zrobi, jeśli powiem, że nie.
– Tak, wychodzę, tylko wezmę rzeczy.
Wyniosłam torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami, wróciłam po paprotkę.
– Czy życzysz sobie – zapytałam z uśmiechem, nie wiem, co mnie podkusiło, zanim skończyłam zdanie, już zirytowałam się na siebie za ten uśmiech i za to pytanie – żebym wyniosła śmieci?
– Tak – odpowiedziała z uśmiechem Eulalia, i było widać, że jest jak najdalsza od wyrzucania sobie tego uśmiechu i tej odpowiedzi.
Śmieci i torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami położyłam na podłodze pod skrzynką na listy, paprotkę postawiłam na skrzynce na listy, oddałam Eulalii klucze i poszłam stamtąd, zostawiając śmieci i torbę z miotłami, ścierkami itp. domestosami pod skrzynką na listy i paprotkę na skrzynce na listy.

Nie muszę chyba dodawać, że przez ten niecały rok, kiedy Adam co drugą noc spędzał u mnie, Eulalia słowem nie wspomniała, że stanowi to jakiś problem. Dodam tylko, że nigdy nie podpisałyśmy umowy. Tak jakoś wyszło. Eulalia miała jakąś przygotować, ale chyba zapomniała. Zabawne, prawda?

filozofia


Lubiłam budynek Instytutu Filozofii. Schody w studnię, przedsionek pełniący funkcję palarni nawet wówczas, gdy już wisiały tabliczki z zakazem, łazienki, w których zimą spali nieniepokojeni przez ciocie bezdomni, salę, gdzie odbywały się ćwiczenia z historii filozofii na pierwszym roku. Zaczynały się w południe – przez pierwszych dziesięć minut czekaliśmy, aż przestaną bić dzwony w kościele, z którym Instytut dzieli podwórze; w semestrze letnim okazało się, że większość Ojców Kościoła była w gruncie rzeczy heretykami.

Kiedy po raz pierwszy weszłam na ostatnie piętro, uświadomiłam sobie z zaskoczeniem, że już tam kiedyś byłam.
Miałam wtedy pięć, może sześć lat. Mama studiowała etnografię. Zabrała mnie na zajęcia z antropologii, chyba nie miała mnie z kim zostawić. Musiała być jesień albo zima, bo mimo niezbyt późnej pory było już ciemno. Przy wejściu do niskiej sali stał kompletny ludzki szkielet, pieczołowicie pospinany drucikami. Usiadłyśmy. Za naszymi plecami na ciągnących się wzdłuż ścian półkach leżały w półmroku tekturowe pudełka pełne ludzkich kości. Byłam grzeczna, jeśli już musiałam coś powiedzieć, to mówiłam szeptem. Mama i jej koleżanki otwierały pudełka i oglądały kości. Potem wykładowca przyniósł futerał pełen sztucznych oczu, każde w innym kolorze. Każdemu, mnie także, dopasowano właściwe. Kiedy zajęcia się skończyły, stanęłam za kościotrupem i zaczęłam poruszać jego rękami. Machaliśmy wychodzącym na pożegnanie i coś cichutko mamrotaliśmy, ale ku mojemu rozczarowaniu nikt się nie przestraszył.

W tej samej sali kilkanaście lat później zdawałam egzamin z historii filozofii na drugim roku. Egzaminował doktor M, towarzyszył mu doktor P, do którego chodziłam na ćwiczenia.
Ćwiczenia były niezwykle ciekawe, ale też nie do zniesienia bolesne, ponieważ już na pierwszych zajęciach doktor P tak nas onieśmielił swoją wiedzą, przenikliwością i specyficzną rezygnacją, która brała się najprawdopodobniej z filozoficznego wglądu w położenie, w jakim się, my z nim, znaleźliśmy, że komunikacja z miejsca stała się w zasadzie niemożliwa. Widzieliśmy, że doktor P fatalnie się czuje z naszym milczeniem, obawialiśmy się, że każe mu ono wątpić w jego nauczycielskie zdolności, i nie wiedzieliśmy, jak dać mu do zrozumienia, że to nie tak, że po prostu wstydzimy się powiedzieć jakieś głupstwo. Na każde kolejne zajęcia przychodziliśmy bardziej sfrustrowani, doktor P chyba także, na każdych kolejnych zajęciach patrzyliśmy na niego z większym bólem, na każdych kolejnych zajęciach pękało mi serce.

Pierwszego pytania nie pamiętam, drugie dotyczyło tego, co Hume pisał o cudach. Zawsze lubiłam Hume’a, kawałek o cudach pamiętałam dobrze. Odpowiedziałam, doktor P i doktor M się uśmiechnęli.
– A gdyby teraz – odezwał się doktor P – dotarła do nas wiadomość o cudzie, to zdaniem Hume’a powinniśmy dać jej wiarę czy nie?
Przeanalizowałam szybko to wszystko, o czym mówiłam przed chwilą.
– Raczej nie – powiedziałam, z wahaniem, bo pytanie wydało mi się za łatwe. – Zbyt wiele zdaniem Hume’a przemawia przeciwko doniesieniom o cudach. Mała liczba ludzi wiarygodnych, powszechna skłonność do rozgłaszania fantastycznych opowieści, powszechność wiary w cuda u barbarzyńców, sprzeczne świadectwa różnych religii. Wreszcie sama indukcja, bo z dotychczasowych relacji o cudach większość prędzej czy później okazywała się fałszywa. Więc nie, raczej nie.
– Otóż nie – powiedział doktor P i, nie pamiętam dzisiaj, przygnębiony czy rozbawiony, spojrzał mi w oczy. – Według Hume’a pogłoskom o cudach można [czasami (?)] dawać wiarę. Mówi o tym w

I kurde nie wiem gdzie. No nie wiem. Przeczytałam wczoraj dziesiąty rozdział Badań dotyczących rozumu ludzkiego i nic takiego nie znalazłam. Jest tam mowa o jednym wiarygodnym cudzie, w ostatnim akapicie stwierdza się, że „religii chrześcijańskiej cuda towarzyszyły nie tylko na samym początku, ale nawet dzisiaj żaden rozsądny człowiek nie może wyznawać tej religii, nie wierząc w cuda” – ale to nie to, chodziło o coś innego, o dość krótki przypis odnoszący się wprost do wiadomości o cudach. Pamiętam jak dziś, mała złośliwa gwiazdka i jedno zdanie, może kilka.
Ale może tylko go sobie wyobraziłam, może nigdy go nie widziałam. A może to nie był przypis tylko przedostatni akapit. W każdym razie nie w tym rozdziale, może nawet w innej książce. Pewnie po prostu nie było mnie na tamtych zajęciach, pewnie urwałam się przed weekendem, żeby pojechać na parę dni do Hydraulika.
Przejrzałam resztę Badań dotyczących rozumu ludzkiego, przejrzałam Badania dotyczące podstaw moralności, Traktat o naturze ludzkiej i Dialogi o religii naturalnej, przejrzałam nawet notatki z ćwiczeń z doktorem P. Nie znalazłam.

Spojrzałam w oczy doktora P i po raz ostatni pękło mi serce.
– Niech się pani nie martwi – powiedział doktor M. – pani rozumuje słusznie. To Hume sam sobie przeczy.

[Cytowany fragment w przekładzie Tomasza Sieczkowskiego.]

filozofia


filozofia


Na manifę poszłam w końcu przebrana za siebie, tyle że bez torby, z kluczem na szyi i pieniędzmi w kieszeni. Po sobotnich baletach z Momo i Radeczkiem przyjemnie odklejona od rzeczywistości, pogodna, choć niezbyt przytomna i wciąż się przejęzyczająca (na wstępie obiecałam S, że kiedyś narysuję jego autoportret). Zapomniałam chusteczek, S dał mi jedną.

Po manifie wpadłam do S na kawę. W kuchni mówiliśmy o Lacanie i siorbaniu, w pokoju o Charpentierze, Orfeuszu, Russellu, topologii i paradoksach eleatów. Chusteczkę, z której w międzyczasie zrobił się niezły bałwanek, położyłam na stole koło swojego kubka, żeby mieć pod ręką, ale S od razu wyrzucił ją do kosza.

Zbierając się do wyjścia, rzuciłam coś o cipustce. Że coś masz, coś robisz, a potem zostaje ci pustka. S – kolekcjoner słów śmieci, jak ja – natychmiast podchwycił.
– Cipustka… To jak pustka po kochanku, brak kochanka, nie?
Zatrzymałam się w drodze do przedpokoju i spojrzałam na S z namysłem.
– Hm. Czy ja wiem…

A potem poszło. Tak czasem bywa, że człowiek na kacu jest bardziej niż zwykle wymowny; zdania wychodzą okrąglejsze, gładziej utoczone, wywody bardziej eleganckie, puenty mocniejsze, a pytania takie retoryczne, że można by tłumy porywać. Więc poszło. Stałam w przedpokoju, wiązałam buty, kurtkę zakładałam – i głosiłam, przemawiałam i zaprawdę zapytywałam.
Że czy słusznie dajemy sobie do głów ładować, że pustka, że samotność, już nie tylko w miłosnym kontekście, ale w ogóle, że otóż iż że samotność i pustka są złe? Że czy nie za łatwo wierzymy w tę miłość, co nam się ją zewsząd podaje, jako niezbędną do spełnienia-człowieczeństwa-szczęścia? Że ta miłość to dopiero od niedawna tak wygląda, jak nam ją wpychają, i w ogóle cała niedawno jest wymyślona, że co to jest w ogóle za reklama, dogmat i paradygmat, tfu? Że może nam się wmawia potrzeby, bez których byłoby nam lepiej, bo których na przykład może wcale zaspokoić się nie da?
No, tak, co prawda, przerwałam sobie, sięgając po szalik, tak, mógłby ktoś powiedzieć, że epikureizm, że nawet stoicyzm, to filozofia rezygnacji. Ale! Zakończyłam dobitnie, zapinając swoją kusą kurteczkę, będącą w gruncie rzeczy górną częścią kombinezonu narciarskiego.

– Ale masz kibić – powiedział S.
– Prawda? – ucieszyłam się. – To idę. Dasz mi chusteczkę? Bo tę, co miałam przez całą manifę, wyrzuciłeś do kocha.

filozofia


gdy noc bezdenna ukwiazdy obrzmiałe
w dotkliwym ogrodzie mękała
na obłąganku stygnącym porankiem
krukaczka złowistna siedziała

zaś w cieniu trującji nad brzegiem znałuży
patatak na gęślum przygrywał
tam gdzie ślinabab rósł tkliwy choć duży
i słodkie żale wspomijał

analie kwitły mentale wzrastało
rozskosznie pachniały zestudnie
i prawdzinóżką się niby sięgało
i zełka się szkliły przecudnie

kocica w miauczce mknie w gorącz ścierwiska
sobotwór odprawia niewpory
kot niewiedzialny pięść w dziesięść zaciska
by fichtać gęsienic otwory

i mylślą złuchają i paczą na Pana
lecz sens im i prawda umyska
bo tautologia jak bańka mydlana
kulista jest pusta i śliska

filozofia


W ramach wietrzenia jesieni ze szpitalnych zapachów – trochę starej tektury, czyli kolejny rysunek z pudła. Czwarty rok studiów, ćwiczenia z antropologii filozoficznej.

img737

filozofia


krolikaczka

wewte »