Iwasz


drzewo2001 albo 2002. Kartka była podkładką przy robieniu jakiegoś innego rysunku, drzewo zaczęło się z przypadkowych smug atramentu. Powstawało dość długo, nosiłam je na wykłady itd., stopniowo dodawałam kolejne elementy. Pamiętam nawet, w którym mniej więcej miejscu była mowa o Fichtem. Oryginał podarowałam Hydraulikowi, który go po moim odejściu zniszczył. Zachowała się zrobiona kiedyś dla Iwasza kserokopia.
Kliknąwszy, można obejrzeć w większym rozmiarze.

 
 

Iwasz


Wieczór u Mademoiselle Blanche miał być wstępem do karaoke na mieście, ale dobrze nam było na miejscu, poza tym zimno się zrobiło i padało. Koło dziewiątej weszła Agata z parasolem.
– Ciągle pada? – zapytaliśmy.
– Pada? – powtórzyła Agata retorycznie. – Leje. Już jesień.
No to zostaliśmy.

– Ładne masz zdjęcie czekoladek na profilu. – Przypomina mi się.
– Och, to nie są zwykłe czekoladki. – Policzki Gniewa lekko różowieją.
– A jakie? – Upijam łyk wina, nastawiam ostrość i zamieniam się w słuch.
– To są czekoladki firmy Neuhaus. Założył ją najsłynniejszy belgijski master chocolatier… Tak się to wymawia?
– Zdecydowanie nie. – Siedzący między nami S trochę się śmieje, trochę krzywi.
– I tak nie znam francuskiego – mówię dyplomatycznie.
– Tym lepiej dla ciebie…
– W Belgii są dwie takie najbardziej prestiżowe firmy – kontynuuje Gniew niezrażony – Neuhaus i Godiva. Za Godivą nie przepadam. Kupują ją głównie turyści, zwłaszcza Japończycy, bo jest najdroższa. Sami Belgowie jedzą tańsze, te lepsze kupują tylko w gości; to bardzo praktyczny naród…
– Ha, to mi przypomina pewną historię z dzieciństwa moich ojców… Ich rodzice, moi dziadkowie – zaczynam – obydwoje byli lekarzami, babcia internistką, dziadek lekarzem sądowym –
– Patologiem? – upewnia się Gniew.
– Tak, swego czasu jednym z najbardziej cenionych w kraju.
– Opowiadał historie z pracy?
– Pewnie! Zwłaszcza przy obiedzie, i na święta, jak trochę wypił. Uwielbiałam je.
– Ona się wychowała na podręcznikach do medycyny sądowej – wtrąca S. – Zadzierzgnięcia – wypowiada to słowo z wyraźną przyjemnością – zagardlenia…
– Tak, tak. I w tych podręcznikach były zdjęcia, w niektórych nawet kolorowe… Najbardziej lubiłam rozdziały o samobójstwach.
– No ba!
– I o truciznach… Niezłe były też opisy konkretnych przypadków, Iwasz miał kiedyś pomysł, żeby robić z nich komiksy. Najlepsza była historia o kradzieży poduszki…
– Był doktorem? – przerywa S.
– Nie wiem. Chyba nie. Ojciec mówił, że pisał doktorat z daktyloskopii. A może to była habilitacja, nie pamiętam. Temat wtedy w Polsce słabo znany, podejście podobno nowatorskie; ale ktoś mu ten doktorat ukradł i opublikował pod własnym nazwiskiem…
No więc – podejmuję wątek – dziadek był patologiem, a babcia internistką. Raz, jak w okolicach sylwestra strzelaliśmy z petard i jedna Iwaszowi w ręku wybuchła, to babcia i dziadek przyszli radzić. Stanęli nad łóżkiem, na łóżku Iwasz, blady lub zielony, z rozwalonym palcem, omdlewający. I tak patrzy, na babcię, na dziadka, i mówi słabnącym głosem: Dziadku, ale ja jeszcze żyję. Dziadek strasznie się wtedy obraził.

Dziadek nie żyje, babcia jest chora. Kiedy się z nią ostatnio widziałam, wrzucała do kieliszka kolejne tabletki. To na nadciśnienie. To na wątrobę. To na żołądek. To na skutki uboczne tego na nadciśnienie, to na skutki uboczne tego na wątrobę, to na skutki uboczne tego na skutki uboczne tego na nadciśnienie. To na to, to na tamto, to na skutki uboczne tego na tamto.
– Dziewięć – liczę.
– I na koniec – babcia wrzuca do kieliszka niepozorną białą tabletkę – najważniejsze.
– Na co?
– Na depresję.
– Na depresję?
– A gdybyś ty musiała codziennie brać tyle tabletek, żeby żyć, tobyś nie miała depresji?

bubu

Babcia odkłada pudełka na meblościankę, pod duże czarno-białe zdjęcie. Dziadek jest na nim jeszcze całkiem młody, jeszcze bez tych swoich siwych wąsów pożółkłych od nikotyny pod drożną dziurką, uderzająco podobny do ojców; całkiem nawet przystojny, chociaż już ze sporymi zakolami i w ciężkich okularach nadających mu dość złośliwy wygląd.
Babcia wzdycha. Żałuje, mówi, że się im nie układało, mogli być dla siebie lepsi, ale pewne rzeczy się rozumie, jak jest już za późno. Opowiada. Że na początku dziadek nie znosił swojej pracy. Że wziął ją, bo nic innego akurat nie było, a zaraz mieli się urodzić ojcowie i trzeba było zarabiać na rodzinę. Porzucił grę na saksofonie w zespole jazzowym, wracał do domu śmierdzący trupem. Tego zapachu bardzo trudno się pozbyć. Babcię odstręczał. Dziadek zaczął pić. Trochę dlatego, że nie znosił, trochę pewnie dlatego, że odstręczał, a trochę dlatego, że w milicji wszyscy pili.
Potem jakoś się przekonał. Wciągnęła go kryminalistyka, dochodzenie prawdy, tropienie morderców. Praca zaczęła go fascynować, zwłaszcza tak zwane zbrodnie z lubieżności.

Lubił opowiadać. Iwasz mieszkał z dziadkami, to się tych historii nasłuchał więcej. Najlepsza była o gwałcicielu B, czyli o pierwszej dziadka egzekucji; bo w myśl przepisów lekarz, na podstawie którego ustaleń zasądzono karę śmierci, musiał uczestniczyć w egzekucji jako obserwator i potwierdzić zgon skazanego.
Otóż B pewnego dnia zauważył w autobusie dziewczynkę. Nazwijmy ją Ania. Miała jakieś dziesięć, dwanaście, nie więcej niż trzynaście lat. Z autobusu wysiadały kolejne osoby, w końcu zostali tylko oni dwoje. Wysiedli na ostatnim przystanku, za miastem, pod lasem. Ania poszła ścieżką, B za nią. W lesie ją zgwałcił, potem zadał kilkanaście ciosów nożem, utopił w kałuży i poszedł łapać stopa. Dziewczynka okazała się jednak niezniszczalna jak Mała Mi. Ocknęła się i doczołgała do pobliskiej leśniczówki, gdzie straciła przytomność, ale w szpitalu szybko ją odzyskała i złożyła szczegółowe zeznania. B wkrótce złapano, już kierowca ciężarówki, który go zabrał spod lasu, zauważył, że coś jest nie tak, że krew na ubraniach, że dziwna nerwowość. B do wszystkiego się przyznał. Na sali sądowej dziadek siedział obok Ani. Kiedy ogłoszono wyrok, z radości podskakiwała na krześle, aż jej warkoczyki latały. Podobno B umierał długo, bo sznur był za krótki, nie szarpnęło wystarczająco mocno.

Z historii, które słyszałam osobiście, najlepiej pamiętam tę wigilijną. Ileś lat temu, w święta, mówił dziadek przy bożonarodzeniowym stole, milicja prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa w N. Wieś zabita dechami, z trudem się tam dostaliśmy, była bardzo mroźna zima, drogi zasypane. Zwłoki leżały w kostnicy przy kościele. Poszliśmy do księdza i pytamy, gdzie tu można sekcję przeprowadzić, potrzebujemy chłodnego pomieszczenia z dużym stołem. A on tak myśli, myśli, i na koniec oznajmia, że w zasadzie nie ma gdzie, chyba że w kościele. Chłodno jest, duży stół jest.

Czasem, jeszcze jako dzieci, znajdowaliśmy w garażu w P-nie jakieś dziadka papiery. Pamiętam jedną teczkę, kartki zapisane na maszynie, odciski palców, czarno-białe zdjęcia. Na początku nie rozumieliśmy, co przestawiają. Potem dotarło do nas, że to kolejne, w coraz większej skali, zbliżenia. Plecy, jesionka w jodełkę, niepozorna dziura po jakimś ostrym narzędziu. Na pierwszych zdjęciach mała, potem coraz większa, posklejane kłaczki rozciętego materiału, w środku ciemność. Dziesięć, kilkanaście zdjęć, albo powiększeń jednego, idealny kontrast, ostrość, elegancka biała rameczka. Kiedy się włamano do domu w P-nie i milicja robiła zdjęcia, też były piękne, jedne z lepszych, jakie widziałam – pocięty materac z łóżka dziadzi, skotłowane ubrania w szafie, wyłamany zamek bieliźniarki; ukradli wtedy też zabawki, które miały być prezentem od babci, ale mama, na polecenie ojca, schowała je przed nami w szafie, bo byłyśmy niegrzeczne.

Dziadek był alkoholikiem, ale myślę, że nie przez milicjantów i nie przez trupi zapach. Myślę, że zupełnie serio wierzył w sprawiedliwość i to dlatego.
Ojcowie go nie rozumieli. Mieli po kilkanaście, dwadzieścia kilka lat i żyli w świecie prostych kategorii. Chyba nim gardzili. Wychowywał ich zresztą za pomocą pogardy, pogardy i przemocy, wpajał im przemoc i pogardę, zwłaszcza pogardę. Nas też tak wychowywano.
Miał przez nich problemy w pracy. Zwłaszcza kiedy u Pawła znaleźli ulotki. Jak później w P-nie zobaczył kalendarz z Wałęsą, to obrócił się na pięcie, wyszedł i już nigdy się tam nie pojawił. Nie przyszedł na ślub kościelny moich rodziców, ale Locha opowiadała, że jak był kłopot z przechowaniem tortu weselnego, bo nie miała w domu odpowiednio dużej lodówki, to się zaofiarował z pomocą, bo, powiedział, u niego w pracy są całkiem spore.

Jak stracił pracę, to mu się odechciało. Popełnił samobójstwo przez zaniechanie. Trwało latami, bo miał mocne zdrowie. Siedział w łóżku, w piżamie podobnej do więziennego pasiaka, oglądał telewizję. Prawie nic nie jadł, a jak już, to ptasie mleczko i rybki z puszki. Pił piwo mieszane z wódką i palił carmeny, jednego za drugim; po jego śmierci zostały dwie sztangi, jedną wziął Iwasz, drugą ja; po pogrzebie, kiedy już wszyscy poszli, siedliśmy na grobie i wypaliliśmy za dziadka po jednym.

Pod koniec życia był tak słaby i chudy, że chodził przechylony do tyłu jak narkomani, których widywałam na dworcu w K-cach, później nie potrafił się już sam utrzymać na nogach, Iwasz musiał go prowadzać do łazienki.
Nie cierpiał lekarzy i szpitali. Raz, jak zachorował na zapalenie płuc, zebrała się rodzina dookoła łóżka. Jeden z ojców perswaduje: Tato, ty się lecz. A dziadek się krzywi paskudnie, ręką na niego macha i mówi: Sam się lecz.
Kiedy w końcu udało im się zapakować go do szpitala, bo był już tak słaby, że nie mógł się przed nimi bronić, to uciekł, kiedy tylko poczuł się lepiej. W szpitalnym szlafroku wyszedł na ulicę i złapał taksówkę. I chyba miał rację, jeśli wziąć pod uwagę to, jak umarł.

Nie wiem, skąd o tym wiem, chyba ojciec mi mówił, ale nie wiem, skąd on wie, przecież go przy tym nie było, nawet w W-wie go nie było. Może wiedział od Pawła, ale czy Paweł to widział na własne oczy? W każdym razie – podobno jak dziadek zaczął umierać, to go reanimowali na łóżku. Na sprężynowym materacu. I myślę, że gdyby nie to, że już w zasadzie nie żył, toby im powiedział. Sami się reanimujcie.

Pracę stracił jakoś po sekcji Grzegorza Przemyka. Najpierw odsunięto go od sprawy, potem w ogóle od wszystkiego. Nigdy do końca nie ufałam ojcom i mamie, wszyscy troje uwielbiają zmyślać, ale mama mówi, że są w domu jakieś dokumenty i że babcia też o tym wspominała.
O tym, że po śmierci Przemyka władze powierzyły przeprowadzenie sekcji dziadkowi, bo chciały, żeby swoim autorytetem poparł wersję o, bo ja wiem, upadku ze schodów czy czymś w tym rodzaju – dziadek nie wnikał. Po prostu zrobił sekcję. Szczegółowo opisał wszystkie obrażenia: podbiegnięcia krwawe, obrzęki, wylewy, krwiaki, poważne uszkodzenia narządów wewnętrznych; powstałe najprawdopodobniej w wyniku licznych mocnych ciosów tępym narzędziem wykonanym z elastycznego materiału.

Ale te czekoladki to babcia dostawała.
– No tak – mówi S – dziadek pewnie alkohol.
– Albo nie miał od kogo… Więc babcia dostawała, i miała ich strasznie dużo, ojcom już uszami wychodziły. Czasami rozpakowywali taką bombonierkę, delikatnie, żeby nie zniszczyć, i ugniatali czekoladki w jednolitą burą masę, a potem lepili z niej kulki i te kulki wkładali z powrotem do pudełka. I podobno parę razy dziadkowie wzięli taką bombonierkę w gości.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

Iwasz


Kiedy umarła prababcia Pelagia, pradziadek pomalował wszystko na olejno. Nawet wannę. A potem wykuł imię prababci na kamieniu w ogrodzie i pogrążył się w najczarniejszym smutku.

Sprowadziliśmy się do niego latem. Pierwszego dnia zbierałam z trawy czereśnie i jadłam z pestkami, a potem bałam się, że w brzuchu wyrośnie mi drzewo. W garażu zobaczyłam czerwony trójkołowy rowerek.

Łazienkę od kuchni oddzielał tylko kredens, ten, którego się trzymałam, kiedy mama szarpała mnie za włosy przy porannym czesaniu, i brązowa zasłona w żółte kwiaty podobne do rosnących pod oknem dziecinnego ślinababów. Wanna miała śmieszne krzywe nóżki, obok stał wieszak na ubrania.

Brat przyjeżdżał na lato. Całe dnie spędzaliśmy w ogrodzie, zapamiętałam je jako przesterowane w orwokolorze złotozielone slajdy. Młodszy brat, młodsza siostra i ja, dzieci do ogrodu, dzieci do kąpieli.

Kąpaliśmy się razem, zanim zaczęliśmy się wstydzić. Pewnego dnia brat po wejściu do wanny zwinął się w kłębek i zasłonił rękoma. Zdziwione zapytałyśmy, co robi. Zasłaniam jajka, powiedział.

Iwasz


Poprzednia część tutaj, zdjęcia tutaj, teraz ostatnia.

Piątek, goprowcy odradzają, tłumaczą fachowo i szczegółowo, że wiatr, że gwałtowne zmiany pogody, zaspy, nawisy („pani będzie szła i nawet nie zauważy, kiedy już nie grzbietem, ale po nawisie”), topograficzne nieoczywistości. Można na przełęcz i ewentualnie w stronę małej Babiej, „to pani zobaczy, o czym mówimy”.
Na przełęczy pięknie i widoki, idę kawałek w stronę Małej Babiej. Śniegu według goprowskich pomiarów ponad półtora metra, ale twardy, a ja bez plecaka jestem na tyle lekka, że zapadam się najwyżej do kolan. Kusi mnie, żeby jednak na tę Babią, ale wracam do schroniska.
Dobroduszny turysta z kijkami pokazuje mi zdjęcia wilczych oczu, zrobione poprzedniej nocy w lesie. Pyta o warunki na górze, może jutro spróbuje. Schodzę do Zawoi, do mojej gubiącej słowa miłej gospodyni. W Zawojance notuję podsłuchane „Ja mam czas… Co, stary, rok kurwa, to jest czas?”.

Sobota, gospodyni pyta, czy słyszałam syrenę. Słyszałam, śniła mi się. Że to ja ją włączyłam, niechcący, i nie umiałam zatrzymać, i było mi strasznie głupio.
Spacer po wsi, potem na górę do Z. Z, stary hipis, prowadzi w Zawoi dom otwarty. Bywaliśmy tam kiedyś, Iwasz, starsza z moich młodszych sióstr i ja, w czasach pierwszego w życiu piwa. Z nie ma, pisał mi, że jest w podróży, ale poznaję sympatycznego młodego filozofa, który liczy wilki, oraz grupę młodych, ładnych i sympatycznych dziewczyn i chłopców. Czuję się obco, żegnam się ze wszystkimi, odchodzę.
Śnieg skrzy się w słońcu, idę na dół z rękami w kieszeniach. Pod górę brnie długowłosy chłopak w arafatce na szyi. Uśmiecham się i mówię cześć, bo tak się robi.
– Cześć – odpowiada wesoło. – Od Z?
– Tak, od Z.
– A ja do Z – podaje mi rękę – Kwinto.
– Karo.
– Do zobaczenia wieczorem.
– Nie nie, ja już nie wracam – mówię. – To tylko taka kurtuazyjna wizyta.
– Kurtuazyjna wizyta… – powtarza z namysłem. Przez chwilę stoimy naprzeciwko siebie w krępującym milczeniu, wreszcie Kwinto znajduje wyjście z sytuacji. – To do zobaczenia innym razem – mówi wesoło.
– Do zobaczenia – odpowiadam, bo tak się robi.
Wieczorem telefon od starszej z młodszych sióstr, czy to nie ja utknęłam na Babiej, bo podobno ktoś, a warunki są tak złe, że goprowcy nie mogą się tam dostać. Uspokajam siostrę i zagrzebuję się w łóżku. Strasznie wieje, przy każdym podmuchu myślę, że ktoś, i mam nadzieję, że nie ten od wilczych oczu nocą.

Niedziela, w południe zaczyna padać deszcz, śnieg na ulicach Suchej Beskidzkiej zmienia się w obrzydliwą breję. Mam wrażenie, jakbym spędziła te dwa tygodnie w jakimś innym wszechświecie. Pięć godzin w pociągu, wieczorem wysiadam na wschodniej.
Wróciłam, wiosna się skończyła, w krzakach nic nie śpiewa.

Iwasz


Długi weekend, urlop, wyjazd.
Sobota, dzwoni Iwasz. Speszony jakiś, że ma, hm, sprawę. Żartuje, myślę, śmieję się, czekam na pointę. Może zapomniał, że moje urodziny to dopiero jutro.
Pamiętasz M? Ostatnio widziałam ją jakiś rok temu, tak mi się wydaje. Wiesz, ona była chora, i w ciąży. Przypominam sobie, że Marcin mówił o tym niedawno. Zaszła w ciążę i postanowiła urodzić, chociaż lekarze zdecydowanie odradzali. Już wiem, co zaraz usłyszę. I ona, no… Przestaję się śmiać. Nie żyje, no.
Czuję się zobowiązana do smutku i jak zwykle nie czuję nic. Zapominam. Skupiam się na życiu.

W urodziny zakładam na facebooku konto i stronę jesieni.
Po prawej wyświetla:
Osoby, które możesz znać. Pokaż wszystkie. Zdjęcie M, jej imię i nazwisko. 2 wspólnych znajomych.

Iwasz


Kiedy starsza z moich młodszych sióstr była jeszcze bardzo malutka, zwykle bawiłam się sama – nie miałam kolegów ani koleżanek z podwórka, bo mieszkaliśmy na uboczu w domu z ogrodem, nie chodziłam do przedszkola, a Iwasz przyjeżdżał tylko od czasu do czasu.
Stwarzałam sobie w wyobraźni światy nie mniej realne niż ten prawdziwy – umiałam to wtedy – i pozwalałam, żeby się z nim przenikały. Odróżniałam wymyślone od prawdziwego, oczywiście – ale tylko w razie potrzeby.

Któregoś dnia, w upalne letnie popołudnie, postanowiłam, że pobawię się w śpiącą królewnę – położę się na leżaku, zamknę oczy i będę udawała, że śpię, a potem przyjdzie książę, obudzi mnie i wreszcie będę mogła bawić się z kimś, a nie sama.
Leżenie okazało się strasznie nudne. Jedyną ciekawą rzeczą był czerwonopomarańczowy kolor moich prześwietlanych słońcem powiek. Minęło dziesięć, może piętnaście minut, nikt nie przyszedł. Uznałam, że albo źle udaję, albo to jakaś bujda z tym księciem, i otworzyłam oczy.
To, co zobaczyłam, sprawiło, że natychmiast zapomniałam o swojej głupiej zabawie. Świat stał się niebieski.

Iwasz


Jeszcze przed narodzinami młodszej z moich młodszych sióstr Panna To, Iwasz i ja zostaliśmy wysłani na kolonie letnie do ośrodka rehabilitacyjnego Instytutu w S. Na koloniach były dziwne dzieci, od których dowiedzieliśmy się, co to jest striptiz i gra w butelkę, nauczyliśmy się piosenki o Hendryku rozbójniku* i złapaliśmy wszy. Po kilku latach Mamrot uświadomiła mi, że były to specjalne kolonie dla dzieci z rodzin patologicznych, a nas upchnęła tam po znajomości babcia Ka, żebyśmy pooddychali zdrowym wiejskim powietrzem.

W naszym domku mieszkał między innymi taki jeden Artur. Nazywaliśmy go Kwadratową Mordą, bo miał długie włosy z równą jak od linijki grzywką. Któregoś wieczora, kiedy już byliśmy w łóżkach, przyszedł do naszego pokoju i zaczął tańczyć. Tańczył odwrócony do mnie plecami i nagle szarpnął gumkę swoich spodni od piżamy i na chwilę pokazał goły tyłek.

– Wiesz co? – powiedział po jego wyjściu Iwasz, wówczas dziewięcioletni. – On cię chyba kocha.
– No co ty! – zdenerwowałam się, bo nie lubiliśmy Artura i sugestię Iwasza odebrałam jako niemal obraźliwą.
– Naprawdę – obstawał przy swoim Iwasz. – Ja goły tyłek pokazałbym tylko kobiecie, którą bym kochał.

* Tekst tej piosenki ma wiele różnych wersji, patrz np. dyskusja tutaj. My poznaliśmy wtedy którąś z tych dłuższych.

Iwasz


Kiedy Iwasz był mały, Dorośli pytali go co rano, wśród czułości i zachwytów:
– Co ci się śniło synku? Co się śniło mojemu synkowi, wnuczkowi, Iwaszkowi mojemu, co?
A on, nieporuszony, z właściwym sobie spokojem, odpowiadał niezmiennie:
– Lyba.

Iwasz


Liceum, męska ubikacja, Iwasz, jego koledzy i ja. Siedzę na parapecie i rzucam kostką do gry, chłopaki obstawiają, co wypadnie. Raz trafiają, raz nie, wiadomo. Za którymś razem mówię: Teraz będzie siódemka. I wszyscy, tak jak przy poprzednich rzutach, pochylają się nad podskakującą kostką.