języki obce i nie


Dziś, trochę przed południem. Przyjeżdżam do pracy, wchodzę na podwórko, przypinam rower do stojaka. Kiedy sprawdzam, czy Tadeusz byłby zadowolony*, słyszę ochrypły niski głos:
– Przyyyjdź do mnieee… Przyyyjdź do mnie…
Rozglądam się. Z jednego z okien na trzecim piętrze wygląda stara kobieta i przywołuje mnie zabandażowaną ręką.
– Przyyyjdź do mnie… – mówi. – Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnieee… Na pięć minut… Przyyyjdź do mnie… Bo jestem samaaa…
Myślę, że powinnam przyjść. Ale myślę też, że to byłoby krępujące. Że ona powtarzałaby pewnie w kółko to samo, a ja nie wiedziałabym, co odpowiedzieć i kiedy się pożegnać.
– Nie mogę – powiedziałam. – Muszę iść do pracy.
– Przyyyjdź do mnieee… – odpowiedziała ona. – Przyyyjdź do mnie… Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnie… Na pięć minut… Przyyyjdź do mnieee…
– Naprawdę nie mogę – odpowiedziałam. – Muszę iść do pracy.
– Przyyyjdź do mnieee… – odpowiedziała ona. – Przyyyjdź do mnie… Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnie… Trzecie piętro… Na pięć minut… Przyjdź do mnieee… Bo jestem sama…

 

* Tadeusz ku przestrodze fotografuje źle przypięte rowery.

języki obce i nie


języki obce i nie


Dziś na ławce w metrze usiadła obok mnie kobieta. Drobna, nerwowa, napięta. Siedzi, siedzi – i nagle wyrzuca z siebie, niezbyt głośno, ale za to dobitnie i z pasją: „Kurwy pierdolone”. Po chwili wstaje i odchodzi.
Jeśli coś takiego przydarzy mi się jeszcze raz, zacznę podejrzewać, że te głosy tak naprawdę pochodzą z mojej głowy.

języki obce i nie


Peron metra, siedzę z książką na ławce. Po chwili ktoś siada na drugim końcu ławki. Zerkam. Chłopak, szczupły, dres z lampasem, duże, głęboko osadzone oczy, bardzo ciemne. Odwracam wzrok.
– Smoki istnieją – mówi on. Mówi dość cicho i spokojnie, ale w jego głosie słychać tłumiony gniew. – Smoki istnieją warany z Komodo. Wszyscy umrzecie.
Uśmiecham się pod nosem, ale nie odrywam wzroku od książki. Fajne, myślę, zaraz sobie zanotuję. Ale potem on, tym samym spokojnym głosem, w którym słychać itd., dodaje:
– …przy samej piździe… Tak ci zapierdolę, że zdechniesz.
(Nie wiem, czy do mnie, czy tak ogólnie, bo wstałam i odeszłam, nie oglądając się za siebie).

języki obce i nie


nadojelo

języki obce i nie


Wyjazd.
7 km. Pociąg do Zabrza.

(Z podziękowaniami dla Tadeusza za pomoc przy wyborze kasków).

IMG_9629

Dzień pierwszy.
Zabrze – Gliwice; pociąg do Kędzierzyna-Koźla; Kędzierzyn-Koźle – Większyce – Radziejów – Pociękarb – Bytków – Urbanowice – Gościęcin – Naczęsławice – Wróblin – Stare Kotkowice – Głogówek. 46 km.

W Kędzierzynie schowaliśmy się przed burzą na końcowym przystanku autobusu nr 1 i zjedliśmy migdały. Potem podszedł do nas starszy pan z wielką kanapą na małym wózku. Bał się, że piorun uderzy w rączkę (kiedyś jak żona w burzę pracowała w ogrodzie, to walnęło w haczkę; żona trzy metry dalej poleciała, ale nic jej się nie stało, bo trzonek był drewniany), ale poszedł, bo nie chciał, żeby kanapa całkiem przemokła.

IMG_9640

Aż do Nysy tablice przed miejscowościami były podwójne.

IMG_9648

Schronisko młodzieżowe w Głogówku zastaliśmy zamknięte. Chłopcy na boisku powiedzieli, że na drzwiach powinna być kartka z numerem telefonu, ale nie było. Zatrzymaliśmy się w hotelu Fantazja. W pizzerii zamówiliśmy tak wielką margheritę, że połowę musieliśmy zabrać ze sobą. Na noc zamknęliśmy ją w łazience.

 

Dzień drugi.

Głogówek – Mochów – Błażejowice – Mionów – Wilków – Rostkowice – Solec – Biała – Wasiłowice – Grabina – Korfantów – Wielkie Łąki – Myszowice – Jasienica Dolna – Mańkowice – Kubice – Wyszków Śląski – Konradowa – Nysa – Biała Nyska. 65 km.

Nad ranem usłyszałam ochrypły głos pytający w kółko „Czy wie-rzysz? Czy wie-rzysz?”. Po przebudzeniu zorientowałam się, że to sierpówka, i pomyślałam, że nie powinna mnie o to pytać.
Przy porannej kawie spotkaliśmy fruczaka gołąbka. O pełnej godzinie zegar na ratuszu zagrał Dobry Jezu, a nasz panie.

IMG_9680

Po drodze na polach stada bocianów.
W Jasienicy Dolnej zatrzymaliśmy się pod lipami nieopodal kościoła. Starszy pan z domu naprzeciwko przyniósł nam śliwki („Ale to nie moje, u farosza zebrałem”) i długo zabawiał nas rozmową. Niestety na koniec opowiedział trzy nieśmieszne dowcipy, w tym dwa seksistowskie. Potem zapadliśmy w drzemkę, z której obudziła nas psychodeliczna melodyjka. Myśleliśmy, że to znowu zegar, ale po chwili nadjechał samochód z lodami.
Nocowaliśmy we wsi Biała Nyska (którą miejscowi odmieniają rzeczownikowo). Nie podobało nam się.
Trafiłam trójkę w totka.

 

Dzień trzeci.

Biała Nyska – Siestrzechowice – Kwiatków – Buków – Kalków (Kałków) – Broniszowice – Śliwice – Otmuchów – Sarnowice – Ligota Wielka – Lubiatów – Głęboka – Starczówek – Osina Wielka – Ziębice – Lipa – Czerńczyce – Sieroszów – Jaworek – Ząbkowice Śląskie. 64 km.

W Ziębicach zatrzymaliśmy się na obiad. Z Wikipedii dowiedzieliśmy się o Karlu Denkem. Odebrałam wygraną, kupiłam kolejne losy; pan w kolekturze miał zeza i życzył mi szczęścia. Adam zwiedził muzeum* i sfotografował wystawioną tam tarczę strzelniczą z XVII–XVIII wieku przedstawiającą Żyda z czerwonym serduszkiem w żółtej aureoli.
Za Ziębicami spotkaliśmy sukę miłości, w Czerńczycach było ładnie, w Sieroszowie pałac i święty z dziwnym wyrazem twarzy.
Nocowaliśmy w ząbkowickim OSiR. Wieczorem była burza, a potem chmury, więc nie widzieliśmy spadających gwiazd.

IMG_9697

___________
* Adam: „Pani, która oprowadzała, zaprowadziła mnie do ostatniego pokoju w podziemiach:
– Tu jest najstarsza część wieży, mamy w niej wystawę świętych, tu, proszę, ołtarz przenośny. To pomieszczenie to była w XVII wieku cela dla skazanych na śmierć głodową. A tam, gdzie stoi ten XIX-wieczny aniołek, widzi pan, było okienko”.

języki obce i nie


To ta historia z dziećmi zrobiła z mojego, naszego ojca tę zapadającą się w sobie skorupę, którą był przez ostatnie lata. Zawsze był trudny, mama mówi „specyficzny”, ale kiedy austriacki sąd odebrał mu wszystkie prawa, a dzieci, zapewne przytłoczone spotkaniami pod nadzorem psychologa, poprosiły, żeby już nie przyjeżdżał, jakby coś się w nim przepaliło. Myślał – tak później powiedział – że już nigdy ich nie zobaczy. Zostały mu tylko te dwa kompletnie umeblowane pokoje na górze, czarny dla Ignaca, biały dla Wandy, które wyglądały jak dekoracja teatralna. Brał jakieś przepisywane przez babcię K tabletki i trawił się od środka, po pijaku snuł szalone wizje. Coraz bardziej przypominał swojego ojca, który kilkanaście lat wcześniej popełnił samobójstwo przez zaniechanie.
Kontakt z dziećmi zupełnie się urwał. Ja i Stasiek ostatni raz widzieliśmy je w 2006, jeszcze przed śmiercią Johanny, ich matki, To i Zoś trochę później.

I teraz, w czerwcu, Wanda znalazła nas na Facebooku. Któregoś dnia po prostu dostaliśmy od niej zaproszenie do znajomych. Rany, jak wyrośli. Kiedy ich ostatnio widziałam, ona miała sześć lat, a Ignac osiem.
Szybko się umówiliśmy i na początku lipca wszyscy czworo – To, Zoś, Stasiek i ja – wsiedliśmy w pożyczony od ojca samochód i pojechaliśmy do Braunau. Ojcu jakby ktoś wymienił bezpiecznik. Ciągle do nas pisał, pytał, jak nam się jedzie, gdzie jesteśmy, radził, żeby pić dużo wody, bo upał, i od czasu do czasu włączał mu się taki smoleński lęk, „dziwnie się czuję na myśl, że być może wszystkie moje dzieci będą jechały jednym samochodem”. (Podczas przeglądu technicznego przed podróżą okazało się zresztą, że przewody hamulcowe są przerdzewiałe, ale powiedziałyśmy mu o tym dopiero po powrocie).

Obawiałyśmy się spotkania z ciotką dzieci, Karoliną, a wiadomo było, że trzeba będzie pogadać, bo się niepokoiła, dopytywała Zosię o plany, chciała znać szczegóły. Ojciec ostrzegał, żeby uważać, nie ufać, nic u niej nie pić i nie jeść. To w ogóle nie chciała jej oglądać, mnie było łatwiej, bo jej nie znałam. Doszłam do wniosku, że najrozsądniej będzie tak normalnie, po ludzku. Zaprosiłam ją do znajomych na fejsie i jakby nigdy nic napisałam, że hello, Karolina, że chętnie się spotkamy, jeśli chce porozmawiać, że zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się czuli. Ale kiedy odpowiedziała: Yes, Karolina, we’ll meet and talk…….., poczułam się jednak dziwnie.

Od dawna boję się Austrii. Bo Bernhard, bo Haneke, Jelinek. Kiedy słyszę „Austria”, myślę „piwnica”, myślę „Wolfsegg, esesmani w dziecięcej willi”. I te ich ogródki. Pielęgnowanie tych wszystkich rabatek, klombów i żywopłotów to musi być straszna robota. Nie wierzę, że zajmują się tym dla przyjemności. Są zbyt doskonałe. Wyglądają, jakby uprawiali je kompulsywnie, żeby o czymś zapomnieć albo o czymś nie myśleć.
Wiem, wiem; to tylko taka konstrukcja, Austria może być wszędzie, jest na przykład w w-wskiej kamienicy, gdzie Radeczek wynajmuje mieszkanie, dwa piętra niżej; „Austria” to po prostu poręczna nazwa pewnej postawy, tej samej, o której przypomniała mi książka o Akcji T4, którą teraz redaguję, i w sumie dlatego postanowiłam opowiedzieć tę historię, postawy wyrażającej się między innymi w odpowiedzi, jakiej w 1920 roku jeden z rodziców pensjonariuszy niemieckiej placówki opiekuńczej w Grosshennersdorfie udzielił na postawione przez kierownika w ankiecie pytanie: „Czy zgodziliby się państwo na bezbolesne skrócenie życia swojego dziecka, gdyby fachowcy stwierdzili u niego nieuleczalny debilizm?”, a która brzmiała: „Wolałbym nic o tym nie wiedzieć”.

– Ale o co wam chodzi z tą Austrią?
– Zobaczysz Stasiek, zobaczysz – powtarzałyśmy.
– Czujesz? – zapytała To. – Wszystko ładnie pięknie, domki, ogródki, uśmiechnięci ludzie, ale śmierdzi gnojem.
– A Hermann? Co z Hermannem? – Przypomniałam sobie; Hermann, brat Johanny i Karoliny, był chyba jedyną przyjaźnie nastawioną do ojca osobą w tej rodzinie.
No i To powiedziała mi, co z Hermannem.

Miała być świadkiem w sądzie. Pojechała do Austrii z ojcem, zatrzymali się w jakimś hotelu. Dzień przed decydującą rozprawą przyjechał do nich Hermann. Zupełnie pijany. Płakał. Mówił, że Karolina i jego żona zmuszają go, żeby zeznał nieprawdę – że ojciec bił Johannę, bił dzieci, że coś tam. Mówił, zanosząc się pijackim płaczem, że tego nie zrobi, bo to jest nieuczciwe i złe, i że dzieci powinny być z ojcem. Potem powiedział, że musi już wracać, bo zaczną coś podejrzewać. I pojechał.
Na rozprawie zeznawał, płacząc. To nie rozumiała, bo mówił po niemiecku, ale widziała, co się dzieje.

Karolina mieszka z dziećmi w M, małym miasteczku pod Braunau, w umeblowanym po mieszczańsku austriackim domku z austriackim ogródkiem. Cała rodzina tam mieszka, wszyscy w takich domkach, Hermann też. W domku Karoliny jest bardzo czysto i pełno tam niepasujących do mebli dywanów i makatek (jedna super, z wielbłądami i jurtą), których ojciec i Johanna nakupowali kiedyś sporo na Kaukazie; nawet ja mam jeden taki dywan, tylko że ten mój jest bardzo mały. Nie wiem, co o niej myśleć. Rozmawiało się z nią dziwnie, ale nas nie otruła i niczego nam nie utrudniała.
Powitanie z Ignacem i Wandą było jak z telenoweli, Zoś dostała nawet spektakularnego ataku histerii. Potem zostawiliśmy Karolinę w jej domku z ogródkiem i poszliśmy na kolację. Po drodze mijaliśmy dom Hermanna.
– Tu mieszka wujek Hermann – powiedziała Wanda – ale rzadko się widujemy.
– Czemu?
– A bo nas nie lubi, Karoliny i nas.
Okna były akurat otwarte, więc krzyknęła wesoło: Hello, Hermann!, ale nikt nie odpowiedział.

języki obce i nie


jf20140720

Kiedy się tłumaczy albo przy redakcji sczytuje przekład z oryginałem, to trzeba coś zrobić, żeby się nie pogubić w linijkach i żeby się książka nie zamykała. Do pilnowania linijek używamy pocztówki obciążonej smartfonem, do niezamykania Adam ma solidny, wypełniony piaskiem podajnik do taśmy klejącej. Pocztówka Adama nie jest najlepsza, bo się ślizga, ale przetłumaczył z nią już dwie książki, więc się przywiązał.
Niedawno Adam powiedział, że kupił dla mnie prezent. Parę dni później listonosz przyniósł niedużą ciężką kopertę. W środku był bardzo dziwny wielbłąd. Postawiłam go na stole i zaczęłam się przyzwyczajać do jego psiej twarzy i kocich łap. Kiedy Adam wrócił do domu, był trochę rozczarowany.
– Myślałem – powiedział – że jak coś jest przyciskiem do papieru, to jest jednak większe.
A ja doszłam w redakcji do tego momentu, że mi się książka zamyka. Wiembłąd, bo tak ma na imię, świetnie sobie radzi.

języki obce i nie


Zaczęłam wymyślać tę historię, jadąc do pracy w tamtą środę, o której na pewno kiedyś opowiem. Zanotowałam w telefonie kilka zdań, chciałam wrócić do nich wieczorem, ale koło południa wydarzyło się coś, co sprawiło, że musiały poczekać.

Jestem urzędnikiem państwowym. Moja praca nie należy ani do tych najważniejszych, ani do bardzo odpowiedzialnych, ale lubię… lubiłem ją i starałem się zawsze jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. Cieszyły mnie widok równo wypełnionych tabel, lista załatwionych spraw, dokładnie odbite pieczątki. Cieszył mnie porządek. To było moje państwo.

Cierpię na chorobę, która okresowo sprowadza na mnie przedwczesną starość. Budzę się wtedy zmęczony, nie mam siły zwlec się z łóżka, a kiedy już wstanę, ciągle chce mi się spać. Rzeczywistość stawia opór większy niż zwykle. Powietrze mętnieje i traci ostrość, ręce słabną, nogi miękną i uginają się pode mną, odległości rosną i gęstnieją. Idę do kuchni, po drodze zapominam po co. Zatrzymuję się zdezorientowany w pół kroku, stoję. Ciało traci czucie, umysł wypełnia mgła. Stalowa furtka jest cięższa, klamka bardziej niż zwykle oporna. W tramwaju nie mam siły stać, ale nie wyobrażam sobie, że miałbym poprosić o miejsce; przecież nie wyglądam. W urzędzie wszystko dzieje się szybciej, telefon jest przygłuchy, monitor pozbawiony blasku. Tabele pokrzywione, myszka jakby niepełnosprawna, klawisze wyślizgują się spod palców. Kiedy wracam do domu, kładę się na łóżku, leżę i patrzę. Myślę.

To się działo powoli, może dlatego było tak trudne do zauważenia, chociaż dokonywało się na naszych oczach. Jak dorastanie dziecka, z którym mieszkamy – łatwiejsze do zaobserwowania dla wuja, który widuje je tylko od czasu do czasu. Ale stało się, a teraz jest już za późno. Państwem zawładnęli barbarzyńcy.

Kiedy zaczęli psuć język, prawie nikt się nie przejął. Co najwyżej niektórzy się śmiali. Zapanowała dyktatura asapów, memów i pejroli, ludzi zaczęto kopiować w wiadomościach. Gdy w końcu nawet poeci przestali dbać o przecinki, niewielu już zostało takich, którzy mogliby zwrócić na to uwagę. Większość od dawna do szóstej wieczorem, w coraz gorszych warunkach i za coraz mniejsze pieniądze, zajmowała się wytwarzaniem coraz większej ilości coraz gorszej jakości produktów, a po szóstej konsumowaniem coraz większej ilości coraz gorszej jakości produktów, i na nic innego nie miała już czasu.

Nie chcę osądzać. Być może zwyczajnie chorobie, która sprowadza na mnie przedwczesną starość, mało było mojego ciała i zaatakowała także moje relacje z rzeczywistością. Bo nie umiem się już odnaleźć. Nie rozumiem tego języka, nie akceptuję obyczajów.

Wciąż jednak ukrywam swoją chorobę. Co rano jadę tramwajem do urzędu, chociaż praca nie daje mi już satysfakcji. Kradnę minuty, by odzyskać stracone życie. Uparcie trzymam się dawnego języka i wiary w przyzwoitość.

Opieram się barbarzyńcom, stawiając przecinki we właściwych miejscach. Ale czy oni to widzą?
Być może należy po prostu uciekać.

języki obce i nie


Autobus. Dwie małe dziewczynki w obowiązkowym różu, siedzą obok siebie, majtają nogami.
Odczytują napis na przycisku, chórem:
– Sy, ty, o, py. Stopy!

języki obce i nie


Ojciec Loli Amatorki był strasznie puszczalski, pewnie po nim to miała. Tyle że ona nie robiła nikomu krzywdy, a ojciec robił.
Matka Loli cierpiała. Najtrudniejsze było to, że zwykle lubiła kochanki ojca, przynajmniej te ważniejsze, które już teraz nie żyją. Z Anną nawet się przyjaźniła. Opowiadała później, jak któregoś wieczora leżały przytulone w łóżku i zastanawiały się, co zrobić, żeby ojciec Loli nie zdradzał ich z taką jedną z Bielska.
Lola też lubiła Annę. Pojechała kiedyś do niej z ojcem, miała wtedy z pięć lat. Spali wszyscy w jednym pokoju i rano Lola zobaczyła piersi Anny. Były bardzo ładne, nieduże, ze sterczącymi ciemnymi sutkami, a skóra dookoła miała kolor miodu. Tylko nie mów nic mamie, powiedział ojciec.

– Ale twoi rodzice są razem? – zapytała Wala.
– Są, niestety – odpowiedziała Lola. – Rozwiedli się, ale kiedy druga żona mojego ojca nagle zmarła, znowu wzięli ślub. W sumie nigdy się tak naprawdę nie rozstali. Na placówce ojciec mieszkał z Fridą, ale jak przyjeżdżał do Polski, to z nami…
Nie są szczęśliwi, ale chyba już nie umieją inaczej. Wiesz – dodała po chwili, zapalając papierosa – najchętniej porwałabym swoją matkę. Przyjechała tam do nich na białym koniu i ją porwała…
Fridę matka w sumie też lubiła, chociaż często życzyła jej śmierci. Wyobraź sobie, jak się czuła, kiedy to się w końcu rzeczywiście stało… Ale się bardzo męczyła. Wieczór w wieczór upijała się na smutno, odprawiała jakieś gusła i mi się zwierzała.
– Jezu… – westchnęła Wala. – Jak ty sobie z tym radziłaś?
– Nie radziłam sobie – wzruszyła ramionami Lola. – Weź. Miałam siedemnaście lat…
Ale w sumie naprawdę ją lubiła, tak mi się wydaje. Pocieszała ją po kłótniach z ojcem, potrafiły godzinami gadać przez telefon. Jak wracałam ze szkoły, a matka siedziała z butelką wina, odpalała jednego od drugiego i nadawała do słuchawki po rosyjsku, to już wiedziałam, co jest grane.
– Po rosyjsku?
– No – potwierdziła Lola. – Z ojcem Frida też rozmawiała po rosyjsku. Wymyślili sobie, że tak będzie sprawiedliwiej niż po niemiecku, bo rosyjski jest dla nich jednakowo obcy.

Kiedy się poznały, matka Loli nie wiedziała jeszcze, że Frida jest kochanką jej męża, w dodatku już w ciąży. Od razu przypadły sobie do gustu, przegadały cały wieczór, wypiły mnóstwo wina i anyżówki. Rano Lola znalazła je nagie w łóżku. Podniosła z podłogi białe majtki Fridy, zrobiła herbatę i przyniosła aspirynę. Resztkę anyżowki zabrała do swojego pokoju, bo uznała, że jej też się coś z tego wszystkiego należy.
Usiadły we trzy przy okrągłym stole z ciemnego drewna, matka Loli i Frida naprzeciwko siebie, Lola między nimi. Kobiety piły herbatę, zmęczone, zachrypnięte, rozczochrane. Przyglądały się sobie trochę niepewnie. Usiłowały się jedna od drugiej dowiedzieć, co zaszło, ale żadna z nich nie wiedziała, czy to, co pamięta, jednak jej się nie śniło, więc urywały w pół zdania, żeby za dużo sobie nawzajem nie zdradzić. A Lola patrzyła to na jedną, to na drugą i coraz bardziej się śmiała.

– Tylko nie mów nic tacie – poprosiła wieczorem matka Loli. A potem dodała: – Frida chwaliła twój rosyjski.
– Przecież nic nie mówiłam – zdziwiła się Lola.
– Ale widać było, że wszystko rozumiesz.

wewte »