języki obce i nie


Dziś, teraz. Ciepły wiosenny wieczór. W-wa, bloki, za oknem kilku mężczyzn. Piją piwo, rozmawiają. Jeden ma bardzo dźwięczny głos, melodyjny, leniwy, i mówi, jakby śpiewał.

Niech będzie nas dwóch, nie przeżyje. Niech będzie nas trzech, nie przeżyje. Niech będzie nas czterech, nie przeżyje. Niech będzie nas pięciu. Niech będzie nas pięciu.
Cały czas niech chodzi dalej. Cały czas niech chodzi dalej.
Ale zesrać się, ale srać na niego. Normalnie na kamerach. Normalnie na kamerach go kurwa. I tego bejsbola łam mu na dupsku. I tego bejsbola kurwa.

No pij to kurwa piwo, pij piwo. Co jest, kurwa ty? Co jest, ja pierdolę. Ja nie chcę.
Dobra weź mi piwo. Powiedz, że to nie jest dla ciebie, że to jest dla wujka. Dla brata powiedz, dla brata.
Małolat dawaj. Widziałeś go? Małolat dawaj. Ale będzie wkurwiony. Ale będzie wkurwiony, jak przyjdzie, ty.
Sprzedali ci colę? Sprzedali ci colę? Spierdalaj.
Ale dlatego kurwa i dlatego kurwa, dlatego go widziałem. I mówię, ty weź kurwa, ty weź się kurwa.

Normalnie w ramach podziękowania puszczam im właśnie Jarretta.

języki obce i nie


Útburðarvæl. „W Islandii – mówi w rozmowie z Adamem Pluszką Jacek Godek, tłumacz Lindy Vilhjálmsdóttir – jeszcze długo po konwersji na chrześcijaństwo panował zwyczaj, że niechciane dzieci wynosiło się z domu i zostawiało na zimnie”. Útburðarvæl to płacz takiego dziecka.

języki obce i nie


Dziś, trochę przed południem. Przyjeżdżam do pracy, wchodzę na podwórko, przypinam rower do stojaka. Kiedy sprawdzam, czy Tadeusz byłby zadowolony*, słyszę ochrypły niski głos:
– Przyyyjdź do mnieee… Przyyyjdź do mnie…
Rozglądam się. Z jednego z okien na trzecim piętrze wygląda stara kobieta i przywołuje mnie zabandażowaną ręką.
– Przyyyjdź do mnie… – mówi. – Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnieee… Na pięć minut… Przyyyjdź do mnie… Bo jestem samaaa…
Myślę, że powinnam przyjść. Ale myślę też, że to byłoby krępujące. Że ona powtarzałaby pewnie w kółko to samo, a ja nie wiedziałabym, co odpowiedzieć i kiedy się pożegnać.
– Nie mogę – powiedziałam. – Muszę iść do pracy.
– Przyyyjdź do mnieee… – odpowiedziała ona. – Przyyyjdź do mnie… Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnie… Na pięć minut… Przyyyjdź do mnieee…
– Naprawdę nie mogę – odpowiedziałam. – Muszę iść do pracy.
– Przyyyjdź do mnieee… – odpowiedziała ona. – Przyyyjdź do mnie… Bo jestem sama… Przyyyjdź do mnie… Trzecie piętro… Na pięć minut… Przyjdź do mnieee… Bo jestem sama…

 

* Tadeusz ku przestrodze fotografuje źle przypięte rowery.

języki obce i nie


języki obce i nie


Dziś na ławce w metrze usiadła obok mnie kobieta. Drobna, nerwowa, napięta. Siedzi, siedzi – i nagle wyrzuca z siebie, niezbyt głośno, ale za to dobitnie i z pasją: „Kurwy pierdolone”. Po chwili wstaje i odchodzi.
Jeśli coś takiego przydarzy mi się jeszcze raz, zacznę podejrzewać, że te głosy tak naprawdę pochodzą z mojej głowy.

języki obce i nie


Peron metra, siedzę z książką na ławce. Po chwili ktoś siada na drugim końcu ławki. Zerkam. Chłopak, szczupły, dres z lampasem, duże, głęboko osadzone oczy, bardzo ciemne. Odwracam wzrok.
– Smoki istnieją – mówi on. Mówi dość cicho i spokojnie, ale w jego głosie słychać tłumiony gniew. – Smoki istnieją warany z Komodo. Wszyscy umrzecie.
Uśmiecham się pod nosem, ale nie odrywam wzroku od książki. Fajne, myślę, zaraz sobie zanotuję. Ale potem on, tym samym spokojnym głosem, w którym słychać itd., dodaje:
– …przy samej piździe… Tak ci zapierdolę, że zdechniesz.
(Nie wiem, czy do mnie, czy tak ogólnie, bo wstałam i odeszłam, nie oglądając się za siebie).

języki obce i nie


nadojelo

języki obce i nie


Wyjazd.
7 km. Pociąg do Zabrza.

(Z podziękowaniami dla Tadeusza za pomoc przy wyborze kasków).

IMG_9629

Dzień pierwszy.
Zabrze – Gliwice; pociąg do Kędzierzyna-Koźla; Kędzierzyn-Koźle – Większyce – Radziejów – Pociękarb – Bytków – Urbanowice – Gościęcin – Naczęsławice – Wróblin – Stare Kotkowice – Głogówek. 46 km.

W Kędzierzynie schowaliśmy się przed burzą na końcowym przystanku autobusu nr 1 i zjedliśmy migdały. Potem podszedł do nas starszy pan z wielką kanapą na małym wózku. Bał się, że piorun uderzy w rączkę (kiedyś jak żona w burzę pracowała w ogrodzie, to walnęło w haczkę; żona trzy metry dalej poleciała, ale nic jej się nie stało, bo trzonek był drewniany), ale poszedł, bo nie chciał, żeby kanapa całkiem przemokła.

Aż do Nysy tablice przed miejscowościami były podwójne.

IMG_9648

Schronisko młodzieżowe w Głogówku zastaliśmy zamknięte. Chłopcy na boisku powiedzieli, że na drzwiach powinna być kartka z numerem telefonu, ale nie było. Zatrzymaliśmy się w hotelu Fantazja. W pizzerii zamówiliśmy tak wielką margheritę, że połowę musieliśmy zabrać ze sobą. Na noc zamknęliśmy ją w łazience.

 

Dzień drugi.

Głogówek – Mochów – Błażejowice – Mionów – Wilków – Rostkowice – Solec – Biała – Wasiłowice – Grabina – Korfantów – Wielkie Łąki – Myszowice – Jasienica Dolna – Mańkowice – Kubice – Wyszków Śląski – Konradowa – Nysa – Biała Nyska. 65 km.

Nad ranem usłyszałam ochrypły głos pytający w kółko „Czy wie-rzysz? Czy wie-rzysz?”. Po przebudzeniu zorientowałam się, że to sierpówka, i pomyślałam, że nie powinna mnie o to pytać.
Przy porannej kawie spotkaliśmy fruczaka gołąbka. O pełnej godzinie zegar na ratuszu zagrał Dobry Jezu, a nasz panie.

IMG_9680

Po drodze na polach stada bocianów.
W Jasienicy Dolnej zatrzymaliśmy się pod lipami nieopodal kościoła. Starszy pan z domu naprzeciwko przyniósł nam śliwki („Ale to nie moje, u farosza zebrałem”) i długo zabawiał nas rozmową. Niestety na koniec opowiedział trzy nieśmieszne dowcipy, w tym dwa seksistowskie. Potem zapadliśmy w drzemkę, z której obudziła nas psychodeliczna melodyjka. Myśleliśmy, że to znowu zegar, ale po chwili nadjechał samochód z lodami.
Nocowaliśmy we wsi Biała Nyska (którą miejscowi odmieniają rzeczownikowo). Nie podobało nam się.
Trafiłam trójkę w totka.

 

Dzień trzeci.

Biała Nyska – Siestrzechowice – Kwiatków – Buków – Kalków (Kałków) – Broniszowice – Śliwice – Otmuchów – Sarnowice – Ligota Wielka – Lubiatów – Głęboka – Starczówek – Osina Wielka – Ziębice – Lipa – Czerńczyce – Sieroszów – Jaworek – Ząbkowice Śląskie. 64 km.

W Ziębicach zatrzymaliśmy się na obiad. Z Wikipedii dowiedzieliśmy się o Karlu Denkem. Odebrałam wygraną, kupiłam kolejne losy; pan w kolekturze miał zeza i życzył mi szczęścia. Adam zwiedził muzeum* i sfotografował wystawioną tam tarczę strzelniczą z XVII–XVIII wieku przedstawiającą Żyda z czerwonym serduszkiem w żółtej aureoli.
Za Ziębicami spotkaliśmy sukę miłości, w Czerńczycach było ładnie, w Sieroszowie pałac i święty z dziwnym wyrazem twarzy.
Nocowaliśmy w ząbkowickim OSiR. Wieczorem była burza, a potem chmury, więc nie widzieliśmy spadających gwiazd.

IMG_9697

___________
* Adam: „Pani, która oprowadzała, zaprowadziła mnie do ostatniego pokoju w podziemiach:
– Tu jest najstarsza część wieży, mamy w niej wystawę świętych, tu, proszę, ołtarz przenośny. To pomieszczenie to była w XVII wieku cela dla skazanych na śmierć głodową. A tam, gdzie stoi ten XIX-wieczny aniołek, widzi pan, było okienko”.

języki obce i nie


jf20140720

Kiedy się tłumaczy albo przy redakcji sczytuje przekład z oryginałem, to trzeba coś zrobić, żeby się nie pogubić w linijkach i żeby się książka nie zamykała. Do pilnowania linijek używamy pocztówki obciążonej smartfonem, do niezamykania Adam ma solidny, wypełniony piaskiem podajnik do taśmy klejącej. Pocztówka Adama nie jest najlepsza, bo się ślizga, ale przetłumaczył z nią już dwie książki, więc się przywiązał.
Niedawno Adam powiedział, że kupił dla mnie prezent. Parę dni później listonosz przyniósł niedużą ciężką kopertę. W środku był bardzo dziwny wielbłąd. Postawiłam go na stole i zaczęłam się przyzwyczajać do jego psiej twarzy i kocich łap. Kiedy Adam wrócił do domu, był trochę rozczarowany.
– Myślałem – powiedział – że jak coś jest przyciskiem do papieru, to jest jednak większe.
A ja doszłam w redakcji do tego momentu, że mi się książka zamyka. Wiembłąd, bo tak ma na imię, świetnie sobie radzi.

języki obce i nie


Zaczęłam wymyślać tę historię, jadąc do pracy w tamtą środę, o której na pewno kiedyś opowiem. Zanotowałam w telefonie kilka zdań, chciałam wrócić do nich wieczorem, ale koło południa wydarzyło się coś, co sprawiło, że musiały poczekać.

Jestem urzędnikiem państwowym. Moja praca nie należy ani do tych najważniejszych, ani do bardzo odpowiedzialnych, ale lubię… lubiłem ją i starałem się zawsze jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. Cieszyły mnie widok równo wypełnionych tabel, lista załatwionych spraw, dokładnie odbite pieczątki. Cieszył mnie porządek. To było moje państwo.

Cierpię na chorobę, która okresowo sprowadza na mnie przedwczesną starość. Budzę się wtedy zmęczony, nie mam siły zwlec się z łóżka, a kiedy już wstanę, ciągle chce mi się spać. Rzeczywistość stawia opór większy niż zwykle. Powietrze mętnieje i traci ostrość, ręce słabną, nogi miękną i uginają się pode mną, odległości rosną i gęstnieją. Idę do kuchni, po drodze zapominam po co. Zatrzymuję się zdezorientowany w pół kroku, stoję. Ciało traci czucie, umysł wypełnia mgła. Stalowa furtka jest cięższa, klamka bardziej niż zwykle oporna. W tramwaju nie mam siły stać, ale nie wyobrażam sobie, że miałbym poprosić o miejsce; przecież nie wyglądam. W urzędzie wszystko dzieje się szybciej, telefon jest przygłuchy, monitor pozbawiony blasku. Tabele pokrzywione, myszka jakby niepełnosprawna, klawisze wyślizgują się spod palców. Kiedy wracam do domu, kładę się na łóżku, leżę i patrzę. Myślę.

To się działo powoli, może dlatego było tak trudne do zauważenia, chociaż dokonywało się na naszych oczach. Jak dorastanie dziecka, z którym mieszkamy – łatwiejsze do zaobserwowania dla wuja, który widuje je tylko od czasu do czasu. Ale stało się, a teraz jest już za późno. Państwem zawładnęli barbarzyńcy.

Kiedy zaczęli psuć język, prawie nikt się nie przejął. Co najwyżej niektórzy się śmiali. Zapanowała dyktatura asapów, memów i pejroli, ludzi zaczęto kopiować w wiadomościach. Gdy w końcu nawet poeci przestali dbać o przecinki, niewielu już zostało takich, którzy mogliby zwrócić na to uwagę. Większość od dawna do szóstej wieczorem, w coraz gorszych warunkach i za coraz mniejsze pieniądze, zajmowała się wytwarzaniem coraz większej ilości coraz gorszej jakości produktów, a po szóstej konsumowaniem coraz większej ilości coraz gorszej jakości produktów, i na nic innego nie miała już czasu.

Nie chcę osądzać. Być może zwyczajnie chorobie, która sprowadza na mnie przedwczesną starość, mało było mojego ciała i zaatakowała także moje relacje z rzeczywistością. Bo nie umiem się już odnaleźć. Nie rozumiem tego języka, nie akceptuję obyczajów.

Wciąż jednak ukrywam swoją chorobę. Co rano jadę tramwajem do urzędu, chociaż praca nie daje mi już satysfakcji. Kradnę minuty, by odzyskać stracone życie. Uparcie trzymam się dawnego języka i wiary w przyzwoitość.

Opieram się barbarzyńcom, stawiając przecinki we właściwych miejscach. Ale czy oni to widzą?
Być może należy po prostu uciekać.

języki obce i nie


W: Stefan Themerson, Cztery krótkie teksty, przeł. Karolina Iwaszkiewicz i Adam Pluszka; „Literatura na Świecie” nr 9-10/2013.
Kliknąwszy itd.

notatatki

(Na końcu przypisu, którego tu nie ma, bo byłby przypisem do przypisu, tłumacze dziękują chcącemu pozostać nieznanym znajomemu, bez którego nie stworzyliby wspólnej wersji przekładu).

wewte »