książki


książki


Firma, w której od niedawna pracuję, ma biuro na szóstym piętrze przedwojennej kamienicy przy jednym z w-wskich mostów. Na podwórzu jest sadzawka z kolorowymi rybkami, w drewnianej windzie kryształowe szyby ze ściętym brzegiem. Wszystko wyremontowane, zadbane i pod nadzorem (sąsiad z trzeciego podobno robi afery o wożenie książek windą, a stróżka nie pozwala przypinać roweru do ławki).

Dziś Piotr przyniósł do biura złoty puchar, taki dla zwycięzcy.
– Z parapeciku – powiedział, wręczając puchar Gosi.
– Jak to z parapeciku? – zapytałam.
– No, jest tu taka starsza pani…
– Starszy pan! – poprawiła Kasia.
– …taki starszy pan, który zostawia na parapeciku na klatce różne rzeczy.
– I można sobie brać?
– Tak.

Puchar bardzo mi się spodobał. Gosia powiedziała, że mogę pożyczyć. Koło drugiej wyłączyłam komputer, postawiłam puchar na ozalidach, pożegnałam się i wyszłam. Na parapeciku czekały na mnie dwa obrazki z suszonych kwiatów, świecznik, metalowe stoidełko z kolorowymi kulami na drucikach, niechodzący porcelanowy zegar podtrzymywany przez dwa aniołki i jeden aniołek luzem. Wzięłam aniołka.

IMG_1736

książki


Mieszkałam wtedy z siostrą w starym domu w P-nie. Głównie z inercji. Zarabiałam już regularnie i w miarę przyzwoicie, ale szukanie mieszkania do wynajęcia wydawało mi się tak samo niesympatyczne jak szukanie pracy. I nie umiałam się oswoić z myślą o płaceniu za to, że zajmuję miejsce w przestrzeni.

Dom miał jakieś sto dwadzieścia lat, wybudowali go moi prapradziadkowie. Nie należał już do nas, ojciec musiał go sprzedać Zarządowi Dróg. Wyprowadzaliśmy się długo i na raty. Najpierw ojciec, potem mama, potem brat. Na końcu siostra.
Nie dbałyśmy już o niego, bo nie było po co. Wiedziałyśmy, że Zarząd Dróg go wyburzy. Rzadko sprzątałyśmy, nie naprawiłyśmy termy, która przestała działać, kiedy wiosenne deszcze zalały piwnicę, więc przez ostatnie miesiące nie miałyśmy ciepłej wody; nie zamykałyśmy drzwi wejściowych, bo zamek się popsuł, a w dniu mojej wyprowadzki puścił ostatni zawias, na którym się trzymały.

Dom stał w wielkim zapuszczonym ogrodzie, o który też już nikt się nie troszczył. Młodsze drzewa ojciec zabrał do nowego ogrodu, stare zaczął pewnego dnia wycinać. Ściął wtedy kilka i usiadł na ganku ze swoją piłą łańcuchową. Patrzył na ścięte drzewa i milczał, a potem pojechał i już nie wrócił.
Ogród rozrastał się coraz bujniej i coraz bardziej dziko. Dlatego latem w domu było coraz wilgotniej. Powietrze w pokojach miało zatęchły, trochę kwaśny zapach, jak we wnętrzu bardzo starej i dawno nieotwieranej szafy, a materac, na którym spałam, zaczął pleśnieć od spodu.

Ale wtedy była zima. Stare drewniane okna nie trzymały ciepła, więc w ciągu dnia, kiedy nie było komu pilnować ognia, dom wychładzał się do kilku stopni. Po powrocie rozpalałyśmy w kominku, ale zanim nagrzało się do czternastu, był już środek nocy. Parę razy do rana temperatura na dole spadła w okolice zera i w kubkach po kawie zamarzły fusy.

Dlatego kiedy kolega z pracy powiedział, że wybiera się w Beskid Niski, i zapytał, czy nie mogłabym przez tych kilka dni pomieszkać w jego kawalerce w W-wie, żeby przypilnować robotników, którzy będą wymieniali jakieś rury, chętnie się zgodziłam.
Kawalerka była malutka i miała drzwi cienkie jak z dykty. Wchodziło się prosto do kuchni. W łazience, oddzielonej od kuchni przesuwaną plastikową ścianką, pod prysznicem leżały kamienie, a na umywalce coś, co wyglądało na ukruszony kawałek zepsutego zęba. Pokój wypełniały książki spiętrzone w poprzekładane sosnowymi deskami pryzmy i stosy. Z jednego z tych stosów wygrzebałam sobie pierwszy tom Człowieka bez właściwości. Przy materacu leżała kupka książek poetyckich, które w takiej ilości wyglądały dziwnie i wydawały się jeszcze cieńsze.

Na wieczór umówiłam się z Momo. Kolega zostawił nam aromatyzowaną kawę, która pachniała trochę jak perfumy, a trochę jak czekoladki, butelkę czerwonego wina i suszoną ukraińską rybę.
Ryba była sztywna, szorstka i słona, a Momo trochę nie w humorze.
Kiedy wypiłyśmy wino, wspięła się na parapet, otworzyła okno i zapaliła jednego z tych swoich goździkowych papierosów.

– Zostaniesz na noc? – zapytałam. – Zostań.
– Nie, lepiej nie. Mam okres. Zadzwonisz po taksówkę?
– No dobrze. – Zaczęłam przeglądać listę w telefonie. – Jaką chcesz? Euro Taxi? Damel Taxi?
– Glob Taxi – powiedziała Momo tym dziwnym tonem, który zawsze kojarzył mi się trochę z małą dziewczynką, a trochę z niebezpieczną psychopatką, i pokazała zęby w sztucznym uśmiechu. – Patrz.
Na budynku za oknem wisiała wielka reklama Glob Taxi. Całą płachtę zajmowała mocno umalowana kobieca twarz, której usta układały się w kształtne o, jakby chciały połknąć sterczącą ze słuchawek czarną kulkę mikrofonu.

Kiedy obudziłam się następnego dnia, świat był już inny. To znaczy inny był widok z prawego oka. Zepsuty i coraz bardziej nie taki. Stałam przy tej umywalce z zębem i wpatrywałam się w lustro, zasłaniając ręką raz jedno oko, raz drugie. Nie, nie wydawało mi się.

Na ostrym dyżurze towarzyszyła mi Momo. Byłam zła na Darka, który wychodząc na pociąg, kazał jej ze mną jechać, i na nią, bo sama chciała. Lepiej by było, gdybym wtedy nie miała do kogo gadać, bobym milczała. Lepiej by było, gdyby nie trafiło na Momo. Lepiej by było, gdyby Momo nie musiała siedzieć w szpitalu, bo jeszcze chodziła w żałobie po mamie.

Po sześciu godzinach zbadali mnie, zdiagnozowali i przyjęli na oddział. Była pierwsza w nocy. Dali mi szpitalną piżamę, nawet się z niej ucieszyłam, i podłączyli kroplówkę. Usta wypełnił mi dziwny metaliczny smak. Odwróciłam się twarzą do ściany i poczułam mniej więcej taką ulgę, jaką czuję, kiedy zapinam pasy w samolocie. Zdążyłam. Zrobiłam, co mogłam. Reszta ode mnie nie zależy.

książki


Strona internetowa niepublicznego przedszkola integracyjnego X (na samej górze cytat z Jeana Cocteau), na którą trafiam, szukając opisu zabawy w Króla Ciszy. Znajduję.
Zabawa w Króla Ciszy 3-latki.
Dzieci usadzone są w kole w siadzie skrzyżnym. Wybrane dziecko, które jest Królem Ciszy, chodzi wkoło i wybiera swego następcę. Pozostałe przedszkolaki mają za zadanie być cicho i siedzieć prosto, i nie odzywać się.
Pokazuję Adamowi, a on na to:
– U nas w przedszkolu nie było gier, tylko siedzenie w ciszy, a kto był najciszej i najmniej się ruszał, dostawał maskotkę z gąbki.

książki


Siedzę, pracuję, nagle dzwonek do drzwi, trzy razy, wesoło. Otwieram, listonosz.
– Dzień dobry – mówi dziarsko. – Przesyłka bardzo pilna dla pani [imię, nazwisko].
– Dzień dobry – witam się, uśmiecham i patrzę na kopertę: „Antykwariat Królicza Jama”.
– Dzisiaj doszło, dzisiaj ma być dostarczone – dodaje listonosz. – Pod specjalnym nadzorem.

książki


jf20140720

Kiedy się tłumaczy albo przy redakcji sczytuje przekład z oryginałem, to trzeba coś zrobić, żeby się nie pogubić w linijkach i żeby się książka nie zamykała. Do pilnowania linijek używamy pocztówki obciążonej smartfonem, do niezamykania Adam ma solidny, wypełniony piaskiem podajnik do taśmy klejącej. Pocztówka Adama nie jest najlepsza, bo się ślizga, ale przetłumaczył z nią już dwie książki, więc się przywiązał.
Niedawno Adam powiedział, że kupił dla mnie prezent. Parę dni później listonosz przyniósł niedużą ciężką kopertę. W środku był bardzo dziwny wielbłąd. Postawiłam go na stole i zaczęłam się przyzwyczajać do jego psiej twarzy i kocich łap. Kiedy Adam wrócił do domu, był trochę rozczarowany.
– Myślałem – powiedział – że jak coś jest przyciskiem do papieru, to jest jednak większe.
A ja doszłam w redakcji do tego momentu, że mi się książka zamyka. Wiembłąd, bo tak ma na imię, świetnie sobie radzi.

książki


exlibris7bPierwszy ekslibris w ogóle, zamówiony przez Pannę To. To prosiła, żeby z elementem motoryzacyjnym. Opcja rozwodowa to moja własna inwencja.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

książki


(Otwieram autobiografię Poety. [Ale nie mojego męża, żeby było jasne.] Na stronie tytułowej nabazgrana dedykacja. Znam ją, nie czytam. Kiedy się obudzę, będę na siebie trochę zła. Potem zdjęcie, czarno-białe. Podpis pod zdjęciem.)
Kilkuletni chłopiec – w sukience, tak wtedy ubierano dzieci – z ufnym uśmiechem patrzy w obiektyw. To ja.
(Pisze Poeta. Na następnej stronie czarna ramka, w ramce to:)
A, o.
([No, dziwne, wiem, ale to przecież sen.] Potem listy Poety.)
Kiedy postanowiłem studiować medycynę, prawo, wiedziałem, że udało mi się uciec od literatury. Miałem zostać lekarzem, dyplomatą.
(Zredagowałby się, zdecydował, myślę. List od ojca.)
Drogi synu, odezwij się czasem do matki. Napisz, że tęsknisz, że ładnie wygląda w tej nowej sukience.
(List Poety do matki.)
Droga mamo, tęsknię. Podoba mi się Twoja nowa sukienka, ładnie w niej wyglądasz.
(Yyy? Komentarz Poety.)
Te dwa listy napisał mój ojciec. Oszczędzę sobie komentarza.

(Całą następną stronę zajmuje reprodukcja obrazu. Płótno wypełnia gruba kobieta. Przez niemal zupełnie przezroczystą koszulę nocną prześwituje bardzo jasna skóra. Kobieta siedzi na brzegu łóżka, spokojna i dumna, trochę bokiem, ale patrzy na wprost. Na wysokości wzgórka łonowego koszula ma romboidalne wycięcie, jak w tych poszewkach na kołdrę, w które zawsze zaplątują się nogi. W wycięciu koszuli widać pulchną białą cipę, z pojedynczymi czarnymi włosami, cienkimi i długimi jak łapki pajęczaków.)

książki


I dla Radeczka.
(Trochę się boję, że od znawców dostanę po łapach za Ł, ale najważniejsze, że całokształt się Radeczkowi podoba).

dla-radeczka

książki


Wczoraj w pracy kuchnia była zamknięta po zagładzie, na drzwiach kartka ZAKAZ WSTĘPU!!!, obok PROSIMY NIE WCHODZIĆ!!! („A kto to takie rozkazy wydaje?”, skrzywiła się szefowa), a za drzwiami (podobno) cała podłoga martwych prusaków. Może zaszkodził mi smutek, który ustąpił dopiero, kiedy się dowiedziałam, że zabija się je nie tylko ze względu na to, że według niektórych są obrzydliwe (i „zgromadzone w dużej liczbie wydzielają charakterystyczny, niemiły zapach”), ale przede wszystkim dlatego, że przenoszą choroby, może unosiły się jakieś miazmaty trucizny, którą je zabito, może to ciśnienie – dość że zaraz po kolacji padłam na łóżko i spałam aż do dziesiątej. O dziesiątej przyszedł Adam, zapytał, czy chcę whisky, powiedziałam, że tak, Adam przyniósł mi szklankę, a ja znowu zasnęłam. Obudziłam się po jedenastej.
– Może poczytamy Baśnie włoskie? – zaproponował mój mąż.
– Ale ja nie mam siły.
– To ja będę czytał.

calvino

– Hahaha! – ożywiłam się. – To mógłby być koniec tej bajki.
– To jest koniec tej bajki.

(Ludzie spod Bielli są uparci, przeł. Jerzy Popiel; w: Italo Calvino, Baśnie włoskie, t. 1.)

książki


Wczoraj wieczorem czytałam w łóżku Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. Kiedy zamknęłam książkę, spod poduszki zaczęło wyrastać miasto. Był to Londyn znany mi dobrze ze snów, podobny do Łodzi i do Jerozolimy.

Byłam bardzo zmęczona. Położyłam głowę na przykrytym śpiworem brzegu Londynu. Ze względu na uszkodzenie mózgu nie potrafiłam postrzegać przedmiotów jako całości, a im bardziej byłam senna, tym bardziej ześlizgiwały się jedne z drugich elementy, na które rozpadała się rzeczywistość. Siebie też nie mogłam posklejać; im bardziej spałam, tym mniej się czułam i tym bardziej nie wiedziałam, kim jestem. Było to cudowne i kuszące jak śmierć.

Żeby dowiedzieć się, kim jestem, odnalazłam dzielnicę, w której, jak mi się zdawało, spędziłam dzieciństwo. Znalazłam swój dom, ale mieszkali w nim jacyś obcy ludzie, nie poznali mnie i najwidoczniej nie byli moją rodziną.

Na psiej łące za miastem miał się odbyć koncert. Na płotach wisiały plakaty z napisem NICK CAVE.
– O! – wykrzyknął na mój widok jakiś mężczyzna. – Tu jesteś, wszędzie cię szukamy! Zaraz wychodzisz na scenę.

Spojrzałem w dół. Obleśny piwny brzuszek wypychał do przodu napis NICK CAVE na mojej koszulce. I chociaż ostatnio Nicka Cave’a słuchałam w liceum, to naprawdę mi ulżyło, kiedy dowiedziałem się, kim jestem.

Obok Adam zasnął nad reportażami o architekturze.

wewte »