lekcje chaosu


lekcje chaosu


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

lekcje chaosu


pomarancza-a

lekcje chaosu


img_2627

img_2660

img_2663

img_2680

img_2763

Więcej tu.

lekcje chaosu


Dziś na ławce w metrze usiadła obok mnie kobieta. Drobna, nerwowa, napięta. Siedzi, siedzi – i nagle wyrzuca z siebie, niezbyt głośno, ale za to dobitnie i z pasją: „Kurwy pierdolone”. Po chwili wstaje i odchodzi.
Jeśli coś takiego przydarzy mi się jeszcze raz, zacznę podejrzewać, że te głosy tak naprawdę pochodzą z mojej głowy.

lekcje chaosu


Peron metra, siedzę z książką na ławce. Po chwili ktoś siada na drugim końcu ławki. Zerkam. Chłopak, szczupły, dres z lampasem, duże, głęboko osadzone oczy, bardzo ciemne. Odwracam wzrok.
– Smoki istnieją – mówi on. Mówi dość cicho i spokojnie, ale w jego głosie słychać tłumiony gniew. – Smoki istnieją warany z Komodo. Wszyscy umrzecie.
Uśmiecham się pod nosem, ale nie odrywam wzroku od książki. Fajne, myślę, zaraz sobie zanotuję. Ale potem on, tym samym spokojnym głosem, w którym słychać itd., dodaje:
– …przy samej piździe… Tak ci zapierdolę, że zdechniesz.
(Nie wiem, czy do mnie, czy tak ogólnie, bo wstałam i odeszłam, nie oglądając się za siebie).

lekcje chaosu


Mieszkałam wtedy z siostrą w starym domu w P-nie. Głównie z inercji. Zarabiałam już regularnie i w miarę przyzwoicie, ale szukanie mieszkania do wynajęcia wydawało mi się tak samo niesympatyczne jak szukanie pracy. I nie umiałam się oswoić z myślą o płaceniu za to, że zajmuję miejsce w przestrzeni.

Dom miał jakieś sto dwadzieścia lat, wybudowali go moi prapradziadkowie. Nie należał już do nas, ojciec musiał go sprzedać Zarządowi Dróg. Wyprowadzaliśmy się długo i na raty. Najpierw ojciec, potem mama, potem brat. Na końcu siostra.
Nie dbałyśmy już o niego, bo nie było po co. Wiedziałyśmy, że Zarząd Dróg go wyburzy. Rzadko sprzątałyśmy, nie naprawiłyśmy termy, która przestała działać, kiedy wiosenne deszcze zalały piwnicę, więc przez ostatnie miesiące nie miałyśmy ciepłej wody; nie zamykałyśmy drzwi wejściowych, bo zamek się popsuł, a w dniu mojej wyprowadzki puścił ostatni zawias, na którym się trzymały.

Dom stał w wielkim zapuszczonym ogrodzie, o który też już nikt się nie troszczył. Młodsze drzewa ojciec zabrał do nowego ogrodu, stare zaczął pewnego dnia wycinać. Ściął wtedy kilka i usiadł na ganku ze swoją piłą łańcuchową. Patrzył na ścięte drzewa i milczał, a potem pojechał i już nie wrócił.
Ogród rozrastał się coraz bujniej i coraz bardziej dziko. Dlatego latem w domu było coraz wilgotniej. Powietrze w pokojach miało zatęchły, trochę kwaśny zapach, jak we wnętrzu bardzo starej i dawno nieotwieranej szafy, a materac, na którym spałam, zaczął pleśnieć od spodu.

Ale wtedy była zima. Stare drewniane okna nie trzymały ciepła, więc w ciągu dnia, kiedy nie było komu pilnować ognia, dom wychładzał się do kilku stopni. Po powrocie rozpalałyśmy w kominku, ale zanim nagrzało się do czternastu, był już środek nocy. Parę razy do rana temperatura na dole spadła w okolice zera i w kubkach po kawie zamarzły fusy.

Dlatego kiedy kolega z pracy powiedział, że wybiera się w Beskid Niski, i zapytał, czy nie mogłabym przez tych kilka dni pomieszkać w jego kawalerce w W-wie, żeby przypilnować robotników, którzy będą wymieniali jakieś rury, chętnie się zgodziłam.
Kawalerka była malutka i miała drzwi cienkie jak z dykty. Wchodziło się prosto do kuchni. W łazience, oddzielonej od kuchni przesuwaną plastikową ścianką, pod prysznicem leżały kamienie, a na umywalce coś, co wyglądało na ukruszony kawałek zepsutego zęba. Pokój wypełniały książki spiętrzone w poprzekładane sosnowymi deskami pryzmy i stosy. Z jednego z tych stosów wygrzebałam sobie pierwszy tom Człowieka bez właściwości. Przy materacu leżała kupka książek poetyckich, które w takiej ilości wyglądały dziwnie i wydawały się jeszcze cieńsze.

Na wieczór umówiłam się z Momo. Kolega zostawił nam aromatyzowaną kawę, która pachniała trochę jak perfumy, a trochę jak czekoladki, butelkę czerwonego wina i suszoną ukraińską rybę.
Ryba była sztywna, szorstka i słona, a Momo trochę nie w humorze.
Kiedy wypiłyśmy wino, wspięła się na parapet, otworzyła okno i zapaliła jednego z tych swoich goździkowych papierosów.

– Zostaniesz na noc? – zapytałam. – Zostań.
– Nie, lepiej nie. Mam okres. Zadzwonisz po taksówkę?
– No dobrze. – Zaczęłam przeglądać listę w telefonie. – Jaką chcesz? Euro Taxi? Damel Taxi?
– Glob Taxi – powiedziała Momo tym dziwnym tonem, który zawsze kojarzył mi się trochę z małą dziewczynką, a trochę z niebezpieczną psychopatką, i pokazała zęby w sztucznym uśmiechu. – Patrz.
Na budynku za oknem wisiała wielka reklama Glob Taxi. Całą płachtę zajmowała mocno umalowana kobieca twarz, której usta układały się w kształtne o, jakby chciały połknąć sterczącą ze słuchawek czarną kulkę mikrofonu.

Kiedy obudziłam się następnego dnia, świat był już inny. To znaczy inny był widok z prawego oka. Zepsuty i coraz bardziej nie taki. Stałam przy tej umywalce z zębem i wpatrywałam się w lustro, zasłaniając ręką raz jedno oko, raz drugie. Nie, nie wydawało mi się.

Na ostrym dyżurze towarzyszyła mi Momo. Byłam zła na Darka, który wychodząc na pociąg, kazał jej ze mną jechać, i na nią, bo sama chciała. Lepiej by było, gdybym wtedy nie miała do kogo gadać, bobym milczała. Lepiej by było, gdyby nie trafiło na Momo. Lepiej by było, gdyby Momo nie musiała siedzieć w szpitalu, bo jeszcze chodziła w żałobie po mamie.

Po sześciu godzinach zbadali mnie, zdiagnozowali i przyjęli na oddział. Była pierwsza w nocy. Dali mi szpitalną piżamę, nawet się z niej ucieszyłam, i podłączyli kroplówkę. Usta wypełnił mi dziwny metaliczny smak. Odwróciłam się twarzą do ściany i poczułam mniej więcej taką ulgę, jaką czuję, kiedy zapinam pasy w samolocie. Zdążyłam. Zrobiłam, co mogłam. Reszta ode mnie nie zależy.

lekcje chaosu


czyli kręte ścieżki przeziębionego umysku

AIMG_9244

lekcje chaosu


W tym niesezonie dużo zwłaszcza butów i czaszek.
Całość zbiorów tutaj. Tegoroczne odtąd (trzeci rząd).

IMG_8827

IMG_8898

IMG_8905

lekcje chaosu


IMG_4990

Po więcej prosz (koniecznie) kliknąć tu.

lekcje chaosu



Więcej zdjęć tu. Przeważnie Hel. Kliknąwszy itd.

wewte »