mamrot


Pamiętam nie po kolei, i niewiele, może to i lepiej – zaczynam pisać wczoraj – może i specjalnie albo nie bez powodu. To, co pamiętam, wiem, że jest zniekształcone, pamięć tak działa. Wspomnienia utrwalają się dzięki odtwarzaniu, ale każde odtworzenie nadpisuje na nich kolejne warstwy, do których przyklejają się nowe elementy – dodaję, ale po namyśle usuwam ostatnią część zdania. I tak już trochę ekskatedra wyszła. Później się pomyśli, czy może nie usunąć całego. – Potem nie znajduje się w internecie widzianego w pierwszej klasie podstawówki zdjęcia z Oświęcimia, ilustracje z Baśni o stalowym jeżu są dużo gorsze niż te, które się pamięta – i umyskam: – z własnych zeszytów dowiaduje się rzeczy, o których nie wie, i czasem nie wie, czy coś jej się tylko nie wydaje, że było. – Czy nie trzeba popsuć bardziej, żeby było jasne, że to nie przypadkiem? E, może nie. – Przeważnie nie ma kogo prosić o pomoc. Świadków nie było albo nie pamiętają, a matka zbyt często kłamie.

A jeśli znowu się obrazi? Trudno, taka jest prawda. (Tamto zresztą na razie ukryłam). Przez chwilę rozważam dopisanie jeszcze czegoś o jej matce, ale dochodzę do wniosku, że to nie na temat. Notuję kilka rzeczy, o których ma być później, zamykam dokument i wyłączam komputer.

– Czy ty dobrze pamiętasz? – pytam Adama. – W sensie wydarzenia?
– Tak z życia?
– No.
– No… tak, jak się pamięta, czyli czasem się coś popierdoli.

mamrot


2011.07.29-8414

Lipiec 2011, Dworzec Wschodni. Wszystkiego najlepszego, mamo!

mamrot


Była dziś u nas mama, przyniosła stokrotki w doniczce. Przyjechała po hauskyjzę; od teściowej dostałam, bo uwielbiam, ale część z żelatyną. Na koniec mama powiedziała, że coś nam pokaże, i wyjęła z plecaka zawiniątko z białej flizeliny. Rozpakowałam je ostrożnie i zobaczyłam Konika Zagłady.
– Chcesz go? – zapytała mama.
Pewnie, że chciałam. Konik Zagłady sprowadzi klęskę na moich wrogów. Płacz, zgrzytanie zębów i wstyd. Tak będzie.

IMG_5477

IMG_5480

IMG_5483

mamrot


– Zagięłaś rożek! – powiedział Adam.
– No. Czasami zaginam.

Dolewam mu. Przyglądam się jego kapeluszowi, marynarce, spodniom, guzikom przy marynarce, myślę: w Bundau jest zimno, tam panuje nieustanna zima, w Bundau żyją zdecydowanie zimowi ludzie. Wegetacja, myślę, drogi doktorze, wegetacja. Ta okolica toleruje wyłącznie minimum wegetacji. Panuje tam czarna zieleń, zielona czerń i tak ogromny mrok, że wyklucza samobójstwa.*

Kilka lat temu. Właśnie skończyła się budowa w P-cach, potem było włamanie, skradziono jakieś kaloryfery bojlery. Ojciec wziął długi urlop i zamknął się w nieurządzonym jeszcze domu. Właściwie nie wychodził. Pilnował. Alarm miał zostać zainstalowany dopiero po sylwestrze.
To był przedostatni raz, kiedy przyjechałam do rodziców na Boże Narodzenie – mieszkałam wtedy u Lochy – i ostatni raz, kiedy spędziłam z ojcem więcej czasu. Teraz widujemy się w zasadzie tylko u babci Ka na święta. Witamy się, zamieniamy kilka słów bez większego znaczenia. Ojciec siedzi w kącie pod choinką, z każdym rokiem coraz chudszy, coraz bardziej zapadnięty w sobie, coraz bardziej milczący.

Dom w P-cach jest bardzo duży i bardzo ładny. Urządził go ojciec. Osobiście wybierał meble, lampy, kafelki, zasłony, układał książki, wieszał obrazki itd. Wielu rzeczy tam teraz nie wolno, żeby coś się nie zniszczyło.
Na górze są dwa pokoje, biały i czarny, które wyglądają jak dekoracja teatralna. Stoją puste. Ojciec przygotował je dla swoich austriackich dzieci, które po niespodziewanej śmierci drugiej żony odebrała mu jej rodzina.

Ale wtedy, w tamte święta, w P-cach nie było jeszcze prawie żadnych mebli. Wigilijną kolację jedliśmy przy stole zbitym z desek przez robotników, którzy malowali ściany. Potem mama wróciła z moim rodzeństwem do P-na, a ja postanowiłam zostać z ojcem, żeby dotrzymać mu towarzystwa.
Wieczór spędziliśmy przy kominku. Czytaliśmy – ja powieść o izraelskich żołnierzach, męczącą, siedzieli bez sensu w jakiejś twierdzy, straszne napięcie – piliśmy wino. Spaliśmy w śpiworach na materacu w dużym pokoju. Przez noc temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni. Obudziliśmy się koło dziewiątej. Leżeliśmy obok siebie, na wznak, ze skrzyżowanymi na piersi rękami, jak dwa wampiry albo dwa trupy.
– Kiedy jest tak zimno – powiedział ojciec i z jego ust uniósł się obłoczek pary – trzeba oszczędzać energię. Trzeba leżeć. Leżeć i jak najmniej się ruszać.

* Thomas Bernhard, Zaburzenie, przeł. Sława Lisiecka

mamrot


Lubiłam budynek Instytutu Filozofii. Schody w studnię, przedsionek pełniący funkcję palarni nawet wówczas, gdy już wisiały tabliczki z zakazem, łazienki, w których zimą spali nieniepokojeni przez ciocie bezdomni, salę, gdzie odbywały się ćwiczenia z historii filozofii na pierwszym roku. Zaczynały się w południe – przez pierwszych dziesięć minut czekaliśmy, aż przestaną bić dzwony w kościele, z którym Instytut dzieli podwórze; w semestrze letnim okazało się, że większość Ojców Kościoła była w gruncie rzeczy heretykami.

Kiedy po raz pierwszy weszłam na ostatnie piętro, uświadomiłam sobie z zaskoczeniem, że już tam kiedyś byłam.
Miałam wtedy pięć, może sześć lat. Mama studiowała etnografię. Zabrała mnie na zajęcia z antropologii, chyba nie miała mnie z kim zostawić. Musiała być jesień albo zima, bo mimo niezbyt późnej pory było już ciemno. Przy wejściu do niskiej sali stał kompletny ludzki szkielet, pieczołowicie pospinany drucikami. Usiadłyśmy. Za naszymi plecami na ciągnących się wzdłuż ścian półkach leżały w półmroku tekturowe pudełka pełne ludzkich kości. Byłam grzeczna, jeśli już musiałam coś powiedzieć, to mówiłam szeptem. Mama i jej koleżanki otwierały pudełka i oglądały kości. Potem wykładowca przyniósł futerał pełen sztucznych oczu, każde w innym kolorze. Każdemu, mnie także, dopasowano właściwe. Kiedy zajęcia się skończyły, stanęłam za kościotrupem i zaczęłam poruszać jego rękami. Machaliśmy wychodzącym na pożegnanie i coś cichutko mamrotaliśmy, ale ku mojemu rozczarowaniu nikt się nie przestraszył.

W tej samej sali kilkanaście lat później zdawałam egzamin z historii filozofii na drugim roku. Egzaminował doktor M, towarzyszył mu doktor P, do którego chodziłam na ćwiczenia.
Ćwiczenia były niezwykle ciekawe, ale też nie do zniesienia bolesne, ponieważ już na pierwszych zajęciach doktor P tak nas onieśmielił swoją wiedzą, przenikliwością i specyficzną rezygnacją, która brała się najprawdopodobniej z filozoficznego wglądu w położenie, w jakim się, my z nim, znaleźliśmy, że komunikacja z miejsca stała się w zasadzie niemożliwa. Widzieliśmy, że doktor P fatalnie się czuje z naszym milczeniem, obawialiśmy się, że każe mu ono wątpić w jego nauczycielskie zdolności, i nie wiedzieliśmy, jak dać mu do zrozumienia, że to nie tak, że po prostu wstydzimy się powiedzieć jakieś głupstwo. Na każde kolejne zajęcia przychodziliśmy bardziej sfrustrowani, doktor P chyba także, na każdych kolejnych zajęciach patrzyliśmy na niego z większym bólem, na każdych kolejnych zajęciach pękało mi serce.

Pierwszego pytania nie pamiętam, drugie dotyczyło tego, co Hume pisał o cudach. Zawsze lubiłam Hume’a, kawałek o cudach pamiętałam dobrze. Odpowiedziałam, doktor P i doktor M się uśmiechnęli.
– A gdyby teraz – odezwał się doktor P – dotarła do nas wiadomość o cudzie, to zdaniem Hume’a powinniśmy dać jej wiarę czy nie?
Przeanalizowałam szybko to wszystko, o czym mówiłam przed chwilą.
– Raczej nie – powiedziałam, z wahaniem, bo pytanie wydało mi się za łatwe. – Zbyt wiele zdaniem Hume’a przemawia przeciwko doniesieniom o cudach. Mała liczba ludzi wiarygodnych, powszechna skłonność do rozgłaszania fantastycznych opowieści, powszechność wiary w cuda u barbarzyńców, sprzeczne świadectwa różnych religii. Wreszcie sama indukcja, bo z dotychczasowych relacji o cudach większość prędzej czy później okazywała się fałszywa. Więc nie, raczej nie.
– Otóż nie – powiedział doktor P i, nie pamiętam dzisiaj, przygnębiony czy rozbawiony, spojrzał mi w oczy. – Według Hume’a pogłoskom o cudach można [czasami (?)] dawać wiarę. Mówi o tym w

I kurde nie wiem gdzie. No nie wiem. Przeczytałam wczoraj dziesiąty rozdział Badań dotyczących rozumu ludzkiego i nic takiego nie znalazłam. Jest tam mowa o jednym wiarygodnym cudzie, w ostatnim akapicie stwierdza się, że „religii chrześcijańskiej cuda towarzyszyły nie tylko na samym początku, ale nawet dzisiaj żaden rozsądny człowiek nie może wyznawać tej religii, nie wierząc w cuda” – ale to nie to, chodziło o coś innego, o dość krótki przypis odnoszący się wprost do wiadomości o cudach. Pamiętam jak dziś, mała złośliwa gwiazdka i jedno zdanie, może kilka.
Ale może tylko go sobie wyobraziłam, może nigdy go nie widziałam. A może to nie był przypis tylko przedostatni akapit. W każdym razie nie w tym rozdziale, może nawet w innej książce. Pewnie po prostu nie było mnie na tamtych zajęciach, pewnie urwałam się przed weekendem, żeby pojechać na parę dni do Hydraulika.
Przejrzałam resztę Badań dotyczących rozumu ludzkiego, przejrzałam Badania dotyczące podstaw moralności, Traktat o naturze ludzkiej i Dialogi o religii naturalnej, przejrzałam nawet notatki z ćwiczeń z doktorem P. Nie znalazłam.

Spojrzałam w oczy doktora P i po raz ostatni pękło mi serce.
– Niech się pani nie martwi – powiedział doktor M. – pani rozumuje słusznie. To Hume sam sobie przeczy.

[Cytowany fragment w przekładzie Tomasza Sieczkowskiego.]

mamrot


Wieczór u Mademoiselle Blanche miał być wstępem do karaoke na mieście, ale dobrze nam było na miejscu, poza tym zimno się zrobiło i padało. Koło dziewiątej weszła Agata z parasolem.
– Ciągle pada? – zapytaliśmy.
– Pada? – powtórzyła Agata retorycznie. – Leje. Już jesień.
No to zostaliśmy.

– Ładne masz zdjęcie czekoladek na profilu. – Przypomina mi się.
– Och, to nie są zwykłe czekoladki. – Policzki Gniewa lekko różowieją.
– A jakie? – Upijam łyk wina, nastawiam ostrość i zamieniam się w słuch.
– To są czekoladki firmy Neuhaus. Założył ją najsłynniejszy belgijski master chocolatier… Tak się to wymawia?
– Zdecydowanie nie. – Siedzący między nami S trochę się śmieje, trochę krzywi.
– I tak nie znam francuskiego – mówię dyplomatycznie.
– Tym lepiej dla ciebie…
– W Belgii są dwie takie najbardziej prestiżowe firmy – kontynuuje Gniew niezrażony – Neuhaus i Godiva. Za Godivą nie przepadam. Kupują ją głównie turyści, zwłaszcza Japończycy, bo jest najdroższa. Sami Belgowie jedzą tańsze, te lepsze kupują tylko w gości; to bardzo praktyczny naród…
– Ha, to mi przypomina pewną historię z dzieciństwa moich ojców… Ich rodzice, moi dziadkowie – zaczynam – obydwoje byli lekarzami, babcia internistką, dziadek lekarzem sądowym –
– Patologiem? – upewnia się Gniew.
– Tak, swego czasu jednym z najbardziej cenionych w kraju.
– Opowiadał historie z pracy?
– Pewnie! Zwłaszcza przy obiedzie, i na święta, jak trochę wypił. Uwielbiałam je.
– Ona się wychowała na podręcznikach do medycyny sądowej – wtrąca S. – Zadzierzgnięcia – wypowiada to słowo z wyraźną przyjemnością – zagardlenia…
– Tak, tak. I w tych podręcznikach były zdjęcia, w niektórych nawet kolorowe… Najbardziej lubiłam rozdziały o samobójstwach.
– No ba!
– I o truciznach… Niezłe były też opisy konkretnych przypadków, Iwasz miał kiedyś pomysł, żeby robić z nich komiksy. Najlepsza była historia o kradzieży poduszki…
– Był doktorem? – przerywa S.
– Nie wiem. Chyba nie. Ojciec mówił, że pisał doktorat z daktyloskopii. A może to była habilitacja, nie pamiętam. Temat wtedy w Polsce słabo znany, podejście podobno nowatorskie; ale ktoś mu ten doktorat ukradł i opublikował pod własnym nazwiskiem…
No więc – podejmuję wątek – dziadek był patologiem, a babcia internistką. Raz, jak w okolicach sylwestra strzelaliśmy z petard i jedna Iwaszowi w ręku wybuchła, to babcia i dziadek przyszli radzić. Stanęli nad łóżkiem, na łóżku Iwasz, blady lub zielony, z rozwalonym palcem, omdlewający. I tak patrzy, na babcię, na dziadka, i mówi słabnącym głosem: Dziadku, ale ja jeszcze żyję. Dziadek strasznie się wtedy obraził.

Dziadek nie żyje, babcia jest chora. Kiedy się z nią ostatnio widziałam, wrzucała do kieliszka kolejne tabletki. To na nadciśnienie. To na wątrobę. To na żołądek. To na skutki uboczne tego na nadciśnienie, to na skutki uboczne tego na wątrobę, to na skutki uboczne tego na skutki uboczne tego na nadciśnienie. To na to, to na tamto, to na skutki uboczne tego na tamto.
– Dziewięć – liczę.
– I na koniec – babcia wrzuca do kieliszka niepozorną białą tabletkę – najważniejsze.
– Na co?
– Na depresję.
– Na depresję?
– A gdybyś ty musiała codziennie brać tyle tabletek, żeby żyć, tobyś nie miała depresji?

bubu

Babcia odkłada pudełka na meblościankę, pod duże czarno-białe zdjęcie. Dziadek jest na nim jeszcze całkiem młody, jeszcze bez tych swoich siwych wąsów pożółkłych od nikotyny pod drożną dziurką, uderzająco podobny do ojców; całkiem nawet przystojny, chociaż już ze sporymi zakolami i w ciężkich okularach nadających mu dość złośliwy wygląd.
Babcia wzdycha. Żałuje, mówi, że się im nie układało, mogli być dla siebie lepsi, ale pewne rzeczy się rozumie, jak jest już za późno. Opowiada. Że na początku dziadek nie znosił swojej pracy. Że wziął ją, bo nic innego akurat nie było, a zaraz mieli się urodzić ojcowie i trzeba było zarabiać na rodzinę. Porzucił grę na saksofonie w zespole jazzowym, wracał do domu śmierdzący trupem. Tego zapachu bardzo trudno się pozbyć. Babcię odstręczał. Dziadek zaczął pić. Trochę dlatego, że nie znosił, trochę pewnie dlatego, że odstręczał, a trochę dlatego, że w milicji wszyscy pili.
Potem jakoś się przekonał. Wciągnęła go kryminalistyka, dochodzenie prawdy, tropienie morderców. Praca zaczęła go fascynować, zwłaszcza tak zwane zbrodnie z lubieżności.

Lubił opowiadać. Iwasz mieszkał z dziadkami, to się tych historii nasłuchał więcej. Najlepsza była o gwałcicielu B, czyli o pierwszej dziadka egzekucji; bo w myśl przepisów lekarz, na podstawie którego ustaleń zasądzono karę śmierci, musiał uczestniczyć w egzekucji jako obserwator i potwierdzić zgon skazanego.
Otóż B pewnego dnia zauważył w autobusie dziewczynkę. Nazwijmy ją Ania. Miała jakieś dziesięć, dwanaście, nie więcej niż trzynaście lat. Z autobusu wysiadały kolejne osoby, w końcu zostali tylko oni dwoje. Wysiedli na ostatnim przystanku, za miastem, pod lasem. Ania poszła ścieżką, B za nią. W lesie ją zgwałcił, potem zadał kilkanaście ciosów nożem, utopił w kałuży i poszedł łapać stopa. Dziewczynka okazała się jednak niezniszczalna jak Mała Mi. Ocknęła się i doczołgała do pobliskiej leśniczówki, gdzie straciła przytomność, ale w szpitalu szybko ją odzyskała i złożyła szczegółowe zeznania. B wkrótce złapano, już kierowca ciężarówki, który go zabrał spod lasu, zauważył, że coś jest nie tak, że krew na ubraniach, że dziwna nerwowość. B do wszystkiego się przyznał. Na sali sądowej dziadek siedział obok Ani. Kiedy ogłoszono wyrok, z radości podskakiwała na krześle, aż jej warkoczyki latały. Podobno B umierał długo, bo sznur był za krótki, nie szarpnęło wystarczająco mocno.

Z historii, które słyszałam osobiście, najlepiej pamiętam tę wigilijną. Ileś lat temu, w święta, mówił dziadek przy bożonarodzeniowym stole, milicja prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa w N. Wieś zabita dechami, z trudem się tam dostaliśmy, była bardzo mroźna zima, drogi zasypane. Zwłoki leżały w kostnicy przy kościele. Poszliśmy do księdza i pytamy, gdzie tu można sekcję przeprowadzić, potrzebujemy chłodnego pomieszczenia z dużym stołem. A on tak myśli, myśli, i na koniec oznajmia, że w zasadzie nie ma gdzie, chyba że w kościele. Chłodno jest, duży stół jest.

Czasem, jeszcze jako dzieci, znajdowaliśmy w garażu w P-nie jakieś dziadka papiery. Pamiętam jedną teczkę, kartki zapisane na maszynie, odciski palców, czarno-białe zdjęcia. Na początku nie rozumieliśmy, co przestawiają. Potem dotarło do nas, że to kolejne, w coraz większej skali, zbliżenia. Plecy, jesionka w jodełkę, niepozorna dziura po jakimś ostrym narzędziu. Na pierwszych zdjęciach mała, potem coraz większa, posklejane kłaczki rozciętego materiału, w środku ciemność. Dziesięć, kilkanaście zdjęć, albo powiększeń jednego, idealny kontrast, ostrość, elegancka biała rameczka. Kiedy się włamano do domu w P-nie i milicja robiła zdjęcia, też były piękne, jedne z lepszych, jakie widziałam – pocięty materac z łóżka dziadzi, skotłowane ubrania w szafie, wyłamany zamek bieliźniarki; ukradli wtedy też zabawki, które miały być prezentem od babci, ale mama, na polecenie ojca, schowała je przed nami w szafie, bo byłyśmy niegrzeczne.

Dziadek był alkoholikiem, ale myślę, że nie przez milicjantów i nie przez trupi zapach. Myślę, że zupełnie serio wierzył w sprawiedliwość i to dlatego.
Ojcowie go nie rozumieli. Mieli po kilkanaście, dwadzieścia kilka lat i żyli w świecie prostych kategorii. Chyba nim gardzili. Wychowywał ich zresztą za pomocą pogardy, pogardy i przemocy, wpajał im przemoc i pogardę, zwłaszcza pogardę. Nas też tak wychowywano.
Miał przez nich problemy w pracy. Zwłaszcza kiedy u Pawła znaleźli ulotki. Jak później w P-nie zobaczył kalendarz z Wałęsą, to obrócił się na pięcie, wyszedł i już nigdy się tam nie pojawił. Nie przyszedł na ślub kościelny moich rodziców, ale Locha opowiadała, że jak był kłopot z przechowaniem tortu weselnego, bo nie miała w domu odpowiednio dużej lodówki, to się zaofiarował z pomocą, bo, powiedział, u niego w pracy są całkiem spore.

Jak stracił pracę, to mu się odechciało. Popełnił samobójstwo przez zaniechanie. Trwało latami, bo miał mocne zdrowie. Siedział w łóżku, w piżamie podobnej do więziennego pasiaka, oglądał telewizję. Prawie nic nie jadł, a jak już, to ptasie mleczko i rybki z puszki. Pił piwo mieszane z wódką i palił carmeny, jednego za drugim; po jego śmierci zostały dwie sztangi, jedną wziął Iwasz, drugą ja; po pogrzebie, kiedy już wszyscy poszli, siedliśmy na grobie i wypaliliśmy za dziadka po jednym.

Pod koniec życia był tak słaby i chudy, że chodził przechylony do tyłu jak narkomani, których widywałam na dworcu w K-cach, później nie potrafił się już sam utrzymać na nogach, Iwasz musiał go prowadzać do łazienki.
Nie cierpiał lekarzy i szpitali. Raz, jak zachorował na zapalenie płuc, zebrała się rodzina dookoła łóżka. Jeden z ojców perswaduje: Tato, ty się lecz. A dziadek się krzywi paskudnie, ręką na niego macha i mówi: Sam się lecz.
Kiedy w końcu udało im się zapakować go do szpitala, bo był już tak słaby, że nie mógł się przed nimi bronić, to uciekł, kiedy tylko poczuł się lepiej. W szpitalnym szlafroku wyszedł na ulicę i złapał taksówkę. I chyba miał rację, jeśli wziąć pod uwagę to, jak umarł.

Nie wiem, skąd o tym wiem, chyba ojciec mi mówił, ale nie wiem, skąd on wie, przecież go przy tym nie było, nawet w W-wie go nie było. Może wiedział od Pawła, ale czy Paweł to widział na własne oczy? W każdym razie – podobno jak dziadek zaczął umierać, to go reanimowali na łóżku. Na sprężynowym materacu. I myślę, że gdyby nie to, że już w zasadzie nie żył, toby im powiedział. Sami się reanimujcie.

Pracę stracił jakoś po sekcji Grzegorza Przemyka. Najpierw odsunięto go od sprawy, potem w ogóle od wszystkiego. Nigdy do końca nie ufałam ojcom i mamie, wszyscy troje uwielbiają zmyślać, ale mama mówi, że są w domu jakieś dokumenty i że babcia też o tym wspominała.
O tym, że po śmierci Przemyka władze powierzyły przeprowadzenie sekcji dziadkowi, bo chciały, żeby swoim autorytetem poparł wersję o, bo ja wiem, upadku ze schodów czy czymś w tym rodzaju – dziadek nie wnikał. Po prostu zrobił sekcję. Szczegółowo opisał wszystkie obrażenia: podbiegnięcia krwawe, obrzęki, wylewy, krwiaki, poważne uszkodzenia narządów wewnętrznych; powstałe najprawdopodobniej w wyniku licznych mocnych ciosów tępym narzędziem wykonanym z elastycznego materiału.

Ale te czekoladki to babcia dostawała.
– No tak – mówi S – dziadek pewnie alkohol.
– Albo nie miał od kogo… Więc babcia dostawała, i miała ich strasznie dużo, ojcom już uszami wychodziły. Czasami rozpakowywali taką bombonierkę, delikatnie, żeby nie zniszczyć, i ugniatali czekoladki w jednolitą burą masę, a potem lepili z niej kulki i te kulki wkładali z powrotem do pudełka. I podobno parę razy dziadkowie wzięli taką bombonierkę w gości.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

mamrot


Pradziadek czasem krzyczał przez sen. Rodzice nigdy z nim o tym nie rozmawiali. Może śnił mu się Malinke, który za garażem rozstrzelał Buholza (lub odwrotnie), może zabity przez partyzantów niemiecki żandarm, którego zwłoki przeleżały w wychodku całą wojnę, a może coś jeszcze innego, o czym nikomu nie opowiadał.

Rano golił się w kuchni. Stawiał lusterko na laminowanym stole i odkręcał kran, a ja siadałam na pralce i przyglądałam się, jak wyciska krem z tubki, rozrabia pianę pędzlem, wydyma policzki, sznuruje wargi, odchyla głowę, płucze maszynkę, wklepuje w skórę wodę kolońską. Bardzo to lubiłam.
Po goleniu smażył kaszankę z cebulą albo jajecznicę ze szczypiorkiem, odprowadzał mnie do szkoły, szedł do pracy. Przed wojną był właścicielem składu aptecznego, potem pracował w Pollenie. Przynosił nam do zabawy całe palety różnokolorowych sztucznych paznokci i sztucznych włosów pozwijanych w pętelki i kalendarze z roznegliżowanymi dziewczynami.

Wracał wcześnie, starannie układał teczkę i płaszcz zawsze na tym samym fotelu. Czasem prosił mnie, żebym nawlekła mu igłę, i przyszywał odpadający guzik, a czasem kładliśmy się razem na tapczanie i opowiadał mi o dwóch takich, co ukradli księżyc. Popołudniami zakładał spłowiałą czapkę z daszkiem i rozciągnięty granatowy dres, brał sękaty kij, który służył mu za laskę, i szedł do ogrodu, a ja przeszkadzałam mu albo pomagałam. Raz tak wygracowaliśmy ścieżkę koło róży, że na następny dzień zakwitła.

Wieczorami oglądał telewizję, bardzo głośno. W drewnianych drzwiach między jego pokojem a naszym była duża pionowa szczelina w kształcie błyskawicy, przez którą starsza z moich młodszych sióstr podglądała niewolnicę Isaurę w kamiennym kręgu. Ja zadowalałam się dźwiękiem i ametystowym odblaskiem pełgającym po politurze biblioteczki.

Kiedy miałam dziesięć lat, złamał sobie rękę w ogrodzie, potem się przeziębił, a potem zachorował na raka. Nie operowali go. Nie wiem, czy było za późno, czy bali się, że nie przeżyje operacji, bo jest za stary. Potrzymali go trochę w szpitalu i oddali pod opiekę babci Ka. Odwiedziliśmy go raz u niej. Pamiętam, że odwracałam oczy, żeby nie patrzeć na cewnik wystający z rozporka piżamy. Na biurku stała butelka z jakimś rosołem, dziadzia miał przyklejone w kącikach ust koperkowe kłaczki. Pamiętam, że wyciągnął do mnie rękę, że go za nią trzymałam, i miała taki kształt jak zawsze, jak moja, ale była strasznie słaba i strasznie, przerażająco chuda, jak u kościotrupa.

Mama była wtedy w ciąży i mieszkałyśmy z nią u drugiej babci; chodziłyśmy do w-wskiej podstawówki, gdzie starszej z moich młodszych sióstr ukradli kredki. Kiedy któregoś dnia zadzwonił telefon, wszystkie czekałyśmy na wiadomość o śmierci dziadzi, ale chodziło o najlepszego przyjaciela rodziców. Przedawkował heroinę albo po prostu była jakaś lewa, znajomi uciekli, pogotowie nie dojechało. Miał być ojcem chrzestnym, żartowaliśmy później, że to dlatego młodsza z moich młodszych sióstr jest takim łobuzem.

Dziadzia zdążył jeszcze ją poznać, niedługo po tym, jak się urodziła. Na parę dni albo tygodni przed śmiercią powiedział tacie, że pod krzakiem fioletowego bzu jest słoik złotych monet, i żeby tata ten słoik wykopał, kupił samochód i tym samochodem przywiózł dziadzię do P-na. Więc tata wykopał, babcia Ka dołożyła trochę ze swoich oszczędności i kupili pozjednoczeniowego trabanta z silnikiem volkswagena, tego samego, w którym potem mieliśmy dachowanie. Był bardzo ładny wiosenny albo letni dzień, dziadzia siedział przed domem w leżaku, ze swoim sękatym kijem, i chyba się nawet uśmiechał.

Zanim poszliśmy na pogrzeb, schowałam się w wielkim wojskowym namiocie, który stał na północnym trawniku, i przez szczelinę w brezencie patrzyłam na pokrzywy. Pokrzywy falowały na wietrze, a ja nie czułam zupełnie nic, myślałam, że powinno być inaczej, i było mi z tym bardzo źle.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

mamrot


Nie jest tego dużo, ale pamiętam, że jak próbowałam go dogonić, ojciec czasem się do mnie odwracał, kucał i szeroko rozstawiał ramiona, a ja biegłam i śmiałam się, kiedy w nie wpadałam; i pamiętam, jak na spacerze trzymali mnie z obu stron za ręce, a ja podwijałam nogi i frunęłam nad kałużami, póki nie powiedzieli, żebym przestała; i jak podbiegałyśmy do nich, kiedy się jeszcze przytulali, i łapałyśmy ich za kolana, aż tracili równowagę i pies zaczynał szczekać.
I w sumie też to, że jak mama kazała nam pilnować gotującego się mleka, to ze stoickim spokojem patrzyłyśmy na garnek i kiedy zaczynało kipieć, biegłyśmy do niej, krzycząc piskliwie „Ki-pi, ki-pi, ki-pi!” – bo to była taka nasza zemsta.

mamrot


Byliśmy wczoraj nad morzem. Zaparkowałam samolot w porcie, potem szliśmy na piechotę, Adam, ja i mama z trzyletnim moim piętnastoletnim bratem w wózku. Przyleciały sowy syjamskie, zrośnięte. Miały kocie oczy, mlecznozielone i bardzo piękne, a na brzuchach pióra ze szmaragdów, a może z butelkowego szkła. Ta po prawej złapała dwie żmije i tak leciały z nimi nad nami. Potem sowa upuściła żmije, one się rozpełzły, i nawet się nie bałam, chociaż miałam sandały, a nie trampki jak wszyscy.

mamrot


Locha, jak sama się nazwała i jak się u nas od zawsze mówi na babcię od strony mamy, przygotowywała jedzenie jeszcze w nocy. Klęczała na podłodze w kuchni i ciężko dysząc, ubijała mięso na kotlety. Ucierała w wielkiej kamionkowej misie ciasto na sernik, mamrocząc teatralnym szeptem: Droga przez mękę, droga przez mękę. Już nie mogę, nie mogę. Pomóc ci? Nie, nie będziesz umiała. Zbierała pianę z rosołu, raz, drugi, trzeci, siódmy, bo wszystko musiało być zrobione co najmniej siedem razy albo jakąś wielokrotność siedmiu lub dziewięciu. Pieczołowicie omotywała tak zwane myszy kilometrami nitki. Potem co chwila chodziła do kuchni przewracać je na patelni. Naprawdę co chwila, nie zdążyła nawet porządnie zaciągnąć się papierosem, a już zostawiała go z rozmiękłym filtrem w przepełnionej popielniczce, w pół linijki urywała wyprowadzanie ciągnących się w nieskończoność fizycznych wzorów i szła do kuchni, gdzie miała drugą przepełnioną popielniczkę z drugim tlącym się papierosem. Na następny dzień godzinami odwijała te nitki i mówiła, że nie cierpi tego robić. Pomóc ci? Nie, nie będziesz umiała.

Posiłki zaczynały się zawsze o tej samej godzinie. Śniadanie bardzo wcześnie rano, musiała wszystkich budzić. Pobudka pobudka wstać, proszę mi buzi dać. Pod koniec porannego spaceru robiła się nerwowa, zaczynała nas poganiać. Chodźcie chodźcie, bo się spóźnimy na obiad.
Nie, nawet nie zmuszała do jedzenia. Owszem, mówiła czasem „Z sercem robiłam” albo „Skąd wiesz, że ci nie będzie smakowało, skoro nawet nie spróbowałaś?”, ale nie naciskała. Udziału w posiłku nie można było jednak odmówić. Trzeba było siedzieć przy stole, ze wszystkimi. I słuchać. Usiądź prosto. Nie garb się. Nie trzymaj ręki pod stołem. Nie tak (ręka musiała leżeć koło talerza zaciśnięta w pięść). Nie mów z pełną buzią. Czemu tak głośno przełykasz, gardło cię boli? Nie dzwoń łyżeczką, to ordynarne. Nóż trzyma się tak. Zdejmij łokieć ze stołu. Czemu się opierasz, bolą cię plecki? Nie krzyw się, bo ci tak zostanie.

Najmłodsze dziecko zawsze siedziało na najgrubszej książce z babcinej biblioteki. Panna To będzie siedziała na balzaku – oznajmiała Locha i kładła opasły tom na krześle Panny To. Przez całe dzieciństwo byłam przekonana, że „balzak” to po prostu ogólna nazwa wszystkich grubych książek, które podkłada się pod tyłek dzieciom zbyt małym, żeby siedząc na dorosłym krześle, dosięgały do stołu.
Kiedy po latach Locha poprosiła mnie o skatalogowanie jej księgozbioru, znalazłam także nasz balzak. Postawiłam go na odpowiedniej półce, a w katalogu zapisałam nazwisko autora, nazwisko tłumacza – i tytuł: Stracone złudzenia.

mamrot


Pierwszy dzień szkoły przypomniał mi się dzięki Agt, a właściwie dzięki jej dwóm galeriom z obrazkami z lektur dziecięcych*. Jedna galeria nazywa się Kiedy byłam mała, chciałam…, a druga – Kiedy byłam mała, bałam się… Dla przykładu: Kiedy byłam mała, chciałam… żeby ktoś wysuszył mi stopy swoimi długimi włosami oraz Kiedy byłam mała, bałam się… sterty obciętych członków.

Dziś przypomniałam sobie zdjęcie z dzieciństwa. Widzę je dość dokładnie, chociaż pewnie już mocno zniekształcone przez pamięć. Szukałam go w sieci, ale nie znalazłam.
Kiedy byłam mała, bałam się zagłady.

Drugiego września rano mama podciągnęła mi rajstopy, wywlekła na zewnątrz gumkę, związała ją w pętelkę, pospiesznie mnie uczesała – musiałam z całej siły trzymać się kuchennego kredensu, bo robiła to zawsze bardzo niedelikatnie – i zaprowadziła do szkoły.
Miejsce już znałam; przed wakacjami chodziłam do szkolnej zerówki, gdzie w małej salce w piwnicy podobna do świnki Piggy pani Mariola uczyła nas literek, cyferek i kwadratów, kasztanowych ludzików, papierowych łańcuchów i mozaiki ze skorupek. Ale teraz miało być inaczej, już na poważnie, na piętrze, z zeszytami, lekcjami i dzwonkiem.

Posadzono mnie w pierwszej ławce, z jakimś chłopcem. Pani w niczym nie przypominała sympatycznej świnki. Szczupła, wysoka, w wielkich ciemnych okularach, z czarnymi włosami upiętymi w nieprawdopodobny kok wyglądała jak Rosjanka z ówczesnych amerykańskich filmów sensacyjnych. Przywitała się, przedstawiła i oznajmiła, że będzie naszą wychowawczynią, a następnie kazała nam wstać, powiedzieć „Dzień do bry pa ni”, usiąść i od tej pory zawsze tak reagować na jej „Dzień dobry”.
„Pierwszy września, który wczoraj świętowaliśmy – powiedziała pani, kiedyśmy usiedli – to nie tylko początek roku szkolnego, to także rocznica”. I zaczęła opowiadać o wojnie. Jak na nas Niemcy napadli, jak nas okupowali, jak do nas strzelali, jak robili łapanki, getto i oświęcim. A potem puściła po klasie album ze zdjęciami, na których to wszystko było pokazane.

Na tym zdjęciu, które przypomniałam sobie dziś rano, przeraźliwie chudy mężczyzna ubrany w coś, co wydało mi się wtedy podobne do piżamy dziadka, pcha taczki. Na taczkach leżą obcięte kończyny albo nagie ciała dzieci – tak splątane, że trudno stwierdzić. Taczki są przeładowane, więc te wszystkie ręce i nogi prawie się z nich wysypują. Jedna, lekko zgięta, zwisa na pierwszym planie.

 

* Dostępne tutaj i tutaj.

wewte »