miłość


Wróciliśmy wcześniej, bo nam się Polska skończyła.
Relacja tym razem obrazkowa i skrótowa.
 

Dzień pierwszy.
Pociąg do Rzeszowa.

Upał. Przedział dla podróżnych z większym bagażem ręcznym nagrzany jak piekarnik. Przez jakiś czas jedzie z nami chudy facecik w niebieskim. Wypija piwo, potem kuśtyka do wyjścia. Zerkam przez okno. Na odrapanym budynku stacji duży napis BIADOLINY.

Postój w Kłaju.

 

Dzień drugi.
Rzeszów – Trzebownisko – Łąka – Palikówka – Łukawiec – Czarna – Dąbrówki – Smolarzyny – Kmiecie – Budy Łańcuckie – Łaszczyny – Chodaczów – Tryńcza – Ubieszyn. 63 km.

Upał w dalszym ciągu.
Śniadanie w barze mlecznym pod siedzibą automobilklubu.

IMG_3797

IMG_3807

– Czy wie pani – pyta Adam – jak dotrzeć, do tej, no…
– Tak – odpowiada ona z uśmiechem. – Tu pojedzie pan prosto, przez tory, potem w lewo.

Byliśmy tam, pod rzeszowską Wielką Cipą.

Na noc zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym u najmilszej z gospodyń.

 
 
 

Dzień trzeci.
Ubieszyn – Sieniawa – Mołodycz – Oleszyce – Lubaczów – Horyniec-Zdrój. 63 km.

Wciąż upał.
W Oleszycach sjesta w hotelowej restauracji ze śladami wczorajszego wesela, opuszczona cerkiew i kirkut.

IMG_3819
IMG_3824
IMG_3867

W Horyńcu nocleg w Hoteliku Zdrojowym z dancingiem co wieczór (disco polo na żywo). Nad łóżkiem zachęcający obrazek.

IMG_3880

 
Dzień czwarty.
Horyniec-Zdrój – Werchrata – Prusie – Hrebenne – Kornie – Stary Machnów – Nowy Machnów – Tarnoszyn – Ulchówek – Krzewice – Wasylów. 60,5 km.

Nadal upał.
Pod sklepem w Nowym Machnowie sjesta.

IMG_3883
IMG_3887

Nocleg pod namiotem przy opuszczonym domu. Oblepiająca wszystko wilgoć, o czwartej nad ranem rosa osiada z trzaskiem przypominającym pożar.

 
Dzień piąty.
Wasylów – Żniatyn – Chłopiatyn – Hulcze – Liwcze – Horodyszcze – Uśmierz – Oszczów – Honiatyn – Dołhobyczów – Zaręka – Gołębie – Kryłów – Kosmów – Wołynka – Ślipcze. 57 km.

Nieodmiennie upał.
Rano na tropiku jaszczurka.

IMG_3909
W Chłopiatynie wykorzystujemy to, że ktoś zostawił klucze,

IMG_3910
i wchodzimy do unickiej cerkwi przerobionej na kościół katolicki,

IMG_3918

ale zaraz pojawia się jakaś pani, mówi, że właśnie miała zamykać, i niecierpliwie czeka, aż wyjdziemy.

W Dołhobyczowie w barze mężczyzna nad piwem wygłasza monolog. „Ale najpiękniejsze to są Bieszczady. Raz nad strumieniem patrzę – niedźwiedź. Chuj chlupie. Ja na niego, on na mnie. I tak siedzimy. Albo idę nocą przez las. Oczy jak latarnie wkoło – to są zwierzęta. Nigdy w życiu nie wolno uciekać”.

W gospodarstwie agroturystycznym Nad Bugiem dostajemy pokój z portretem pana Heńka z czasów młodości.

IMG_3922

miłość


Jak Lola Amatorka była mała, to wymyśliła, że ożeni się ze swoim ciotecznym bratem. Znali się od urodzenia i bardzo lubili. Zakładali bandy, wymyślali alfabety, budowali szałasy, kopali pułapki, chodzili na wyprawy, rysowali mapy i tak dalej. Świetnie się razem bawili.
Wszystko było zaplanowane, przyszłość wydawała się jasna i prosta. Za kilkanaście lat zostaną dorosłymi i jak wszyscy dorośli ożenią się, będą pić wino, palić papierosy, chodzić do pracy i spać bez piżamy.

Kiedy Lola miała sześć lat, dowiedzieli się, że nie mogą wziąć ślubu, bo są rodzeństwem.
– Dokładnie pamiętam ten moment – opowiadała Lola. – Staliśmy w ogrodzie, pod oknem kuchni. Było otwarte, w środku mama zmywała naczynia. To ona nam powiedziała. W jednej chwili wszystko się zawaliło. Cały plan na życie legł w gruzach, a przyszłość stała się przerażającą niewiadomą.

Potem Lola zaczęła mieć chłopaków, a brat dziewczynę. Poznał ją na studiach. Nazywała się Hania, była nieśmiała i smutna, i nigdzie nie puszczała go samego, nawet z Lolą. Albo po prostu byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, a w domu (tak przynajmniej mówiła babcia Loli) siedzieli godzinami przy smutnej muzyce, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy.

Jak już zostali dorosłymi, Lola poszła do pracy i miała jeszcze więcej chłopaków. Piła wino, paliła papierosy i spała bez piżamy. A brat Loli poszedł do pracy, rzucił palenie i ożenił się z Hanią. Na weselu opowiadał wzruszony o wspólnym dzieciństwie, a Hania wreszcie się uśmiechała:
– Bo ja i Hania znamy się od zawsze. Od dziecka. Razem się w piaskownicy bawiliśmy.

miłość


Na balkonie hoduję rośliny. Zakopuję wszystkie pestki. Czasem coś wyrasta, czasem nie.

Wyrosły winogrona, melony i papryki, wyrosło awokado i wyrosła cytryna. Nie wyrósł daktyl ani tamarynd, w doniczce z tamaryndem zalęgły się muchy. Śliwkom, czereśniom i arbuzowi daję jeszcze czas.
W starych doniczkach po zewnętrznej stronie balustrady są chwasty, też je podlewam, patrzę jak rosną.
Nie przyjęły się przyniesione ze spaceru trzciny, za to przesadzony do osobnej doniczki powój, który wysiał się między paprykami, ma się bardzo dobrze.
Od męża, Agi i panny To dostałam nasiona ziół, rzodkiewek, truskawek, pomidorów, cukini, maciejki, lawendy i groszku. W doniczce z lubczykiem wyrosła rzepka. Nasiona od panny To były z Ikei, dołączono do nich ziemię w proszku.
Przez internet kupiłam nasiona passiflory i takiej dużej rośliny z dziurkowanymi liśćmi, jaką mieliśmy w starym domu; nazywa się monstera deliciosa. W kopercie była karteczka z napisem NASIONA ŚWIATA.
Passiflorę posiałam w dwóch doniczkach, w jednej wyrosła, w drugiej nie. Potem pojawiła się nie wiadomo skąd z cukiniami i z paprykami. Dzisiaj w doniczce z pestkami śliwek widziałam jeszcze jedną.
Jak dostałam ostatnio tydzień zwolnienia, to siedziałam na balkonie i patrzyłam na rośliny.
Aga też hoduje rośliny na balkonie. „Ej – pisała do nas niedawno – żeby z kwiatków były owoce, potrzebna jest pszczoła, prawda? Nie wiem, czy u moich pomidorów była”.

Nasiona świata nie wykiełkowały. Zamiast świata wyrosła mi dorodna pokrzywa. Ale czekam. Na dołączonej do nasion karteczce była mowa o tym, że mogą potrzebować dwunastu tygodni.

IMG_3216

miłość


Ojciec Loli Amatorki był strasznie puszczalski, pewnie po nim to miała. Tyle że ona nie robiła nikomu krzywdy, a ojciec robił.
Matka Loli cierpiała. Najtrudniejsze było to, że zwykle lubiła kochanki ojca, przynajmniej te ważniejsze, które już teraz nie żyją. Z Anną nawet się przyjaźniła. Opowiadała później, jak któregoś wieczora leżały przytulone w łóżku i zastanawiały się, co zrobić, żeby ojciec Loli nie zdradzał ich z taką jedną z Bielska.
Lola też lubiła Annę. Pojechała kiedyś do niej z ojcem, miała wtedy z pięć lat. Spali wszyscy w jednym pokoju i rano Lola zobaczyła piersi Anny. Były bardzo ładne, nieduże, ze sterczącymi ciemnymi sutkami, a skóra dookoła miała kolor miodu. Tylko nie mów nic mamie, powiedział ojciec.

– Ale twoi rodzice są razem? – zapytała Wala.
– Są, niestety – odpowiedziała Lola. – Rozwiedli się, ale kiedy druga żona mojego ojca nagle zmarła, znowu wzięli ślub. W sumie nigdy się tak naprawdę nie rozstali. Na placówce ojciec mieszkał z Fridą, ale jak przyjeżdżał do Polski, to z nami…
Nie są szczęśliwi, ale chyba już nie umieją inaczej. Wiesz – dodała po chwili, zapalając papierosa – najchętniej porwałabym swoją matkę. Przyjechała tam do nich na białym koniu i ją porwała…
Fridę matka w sumie też lubiła, chociaż często życzyła jej śmierci. Wyobraź sobie, jak się czuła, kiedy to się w końcu rzeczywiście stało… Ale się bardzo męczyła. Wieczór w wieczór upijała się na smutno, odprawiała jakieś gusła i mi się zwierzała.
– Jezu… – westchnęła Wala. – Jak ty sobie z tym radziłaś?
– Nie radziłam sobie – wzruszyła ramionami Lola. – Weź. Miałam siedemnaście lat…
Ale w sumie naprawdę ją lubiła, tak mi się wydaje. Pocieszała ją po kłótniach z ojcem, potrafiły godzinami gadać przez telefon. Jak wracałam ze szkoły, a matka siedziała z butelką wina, odpalała jednego od drugiego i nadawała do słuchawki po rosyjsku, to już wiedziałam, co jest grane.
– Po rosyjsku?
– No – potwierdziła Lola. – Z ojcem Frida też rozmawiała po rosyjsku. Wymyślili sobie, że tak będzie sprawiedliwiej niż po niemiecku, bo rosyjski jest dla nich jednakowo obcy.

Kiedy się poznały, matka Loli nie wiedziała jeszcze, że Frida jest kochanką jej męża, w dodatku już w ciąży. Od razu przypadły sobie do gustu, przegadały cały wieczór, wypiły mnóstwo wina i anyżówki. Rano Lola znalazła je nagie w łóżku. Podniosła z podłogi białe majtki Fridy, zrobiła herbatę i przyniosła aspirynę. Resztkę anyżowki zabrała do swojego pokoju, bo uznała, że jej też się coś z tego wszystkiego należy.
Usiadły we trzy przy okrągłym stole z ciemnego drewna, matka Loli i Frida naprzeciwko siebie, Lola między nimi. Kobiety piły herbatę, zmęczone, zachrypnięte, rozczochrane. Przyglądały się sobie trochę niepewnie. Usiłowały się jedna od drugiej dowiedzieć, co zaszło, ale żadna z nich nie wiedziała, czy to, co pamięta, jednak jej się nie śniło, więc urywały w pół zdania, żeby za dużo sobie nawzajem nie zdradzić. A Lola patrzyła to na jedną, to na drugą i coraz bardziej się śmiała.

– Tylko nie mów nic tacie – poprosiła wieczorem matka Loli. A potem dodała: – Frida chwaliła twój rosyjski.
– Przecież nic nie mówiłam – zdziwiła się Lola.
– Ale widać było, że wszystko rozumiesz.

miłość


Bez monidła nad łóżkiem ślub byłby niezaliczony. Trochę mi się zeszło, ale już. Oto my, nowożeńcy.

monidlo
Kliknąwszy itd.

miłość


Był początek wiosny, szalała śnieżna zamieć. Lola Amatorka czekała w Cáfe Atodáfe na Walę, kuzynkę.

Wala chodziła z Łańciem od lat, chyba szesnaście miała, jak się poznali. Układało im się różnie, ale przeważnie jakoś, a jak przepili kasę, którą im dziadek Łańcia dał na obrączki, to po całej rodzinie złoto zbierali, żeby przetopić, i zebrali, więc na facebooku ma Wala w informacjach, że jest z Użytkownikiem Łańcio Ł-ski zaręczona.

– Jak będę wychodzić za mąż – mówiła Wala – zaproszę na wesele wszystkich. Nawet tatę i ciotkę S, i wujka pedofila.

– Super – odpowiadała Lola wesoło. – Tylko, jeśli można coś zasugerować, zmień pana młodego.

Ale ostatnio pojawił się Cichy. Zdrady nie było, coś jednak było, coś się działo, coś zdarzyło. Lola nie wnikała, ale wyglądało na poważnie, a Wala tak jakby odżyła.

Szczęknęły drzwi Cáfe Atodáfe, do środka wpadł zimny podmuch, Lola dostała gęsiej skórki. Wala była zmarznięta i wyraźnie przybita.

A potem Łańcio się dowiedział. Wala mu powiedziała, bo miała wyrzuty sumienia i poczucie obowiązku, a te dwa uczucia zawsze przeżywała najmocniej i bardzo dotkliwie.
Że jest Cichy, że coś było, coś się dzieje, się zdarzyło.
– Z Cichym – wyznała Wala – mogę rozmawiać o rzeczach, o których nie mogę rozmawiać z tobą. O książkach, o Paradżanowie, o kaczce, która zniosła jajko, z którego powstał świat.
I raz, dostała Wala od Łańcia z jednej, dwa, dostała Wala od Łańcia z drugiej strony.

– Walu – zdenerwowała się Lola – Walu, rzuć go. Są dwie rzeczy, na które nigdy nie można pozwalać. Bicie i
– Ale ja jestem taką pizdą… – jęknęła Wala żałośnie.
– Cipą – poprawiła ją Lola. – Pizdą to jest moja szefowa.
– Boję się, że jak odejdę, to on coś sobie zrobi… Albo zacznie pić…

Po tym, jak Wala dostała raz i drugi, Łańcio zarządził:
– Naprawiamy związek. Będziemy się starać. I nie będziesz się z nim kontaktowała. To jest warunek.
A następnego dnia rano poszedł do kościoła, wyspowiadał się i pomodlił, a potem zrobił Wali śniadanie do łóżka.

– Śniadanie do łóżka? – Skrzywiła się Lola. – Rozlana kawa i okruchy pod tyłkiem. Przereklamowane i do dupy.

Ale czy Wala mogła tak zostawić Cichego, tak bez słowa? Tak się nie robi. Cichy był dla Wali ważny i ogólnie bardzo w porządku. Należało mu się wyjaśnienie. Więc jak przyszła do pracy, to się Wala zalogowała do poczty i zaczęła pisać mejla. Mejl był długi, jeszcze nie skończyła, a już zaczęła mieć wyrzuty sumienia.
Wzięła telefon, wykręciła numer Łańcia.
– Łańcio, słuchaj, ja cię strasznie przepraszam. Ale ja uznałam, że jednak muszę napisać do Cichego. Chcę mu powiedzieć…
– Wiem – przerwał jej Łańcio. – Właśnie to czytam. Powinnaś wyrzucić drugie zdanie i

miłość


Kiedy Adam rzucił pracę, postanowiliśmy zamieszkać razem. Wszystko sobie zaplanowaliśmy – Adam będzie siedział w domu z kotami, pisał, gotował i robił różne zlecenia, a ja będę wracała wieczorem i mówiła w drzwiach: Hoooney, I’m home!
– A ubezpieczenie zdrowotne? – zaniepokoiłam się. – Można cię ubezpieczyć na mnie?
– Chyba musielibyśmy być małżeństwem… Wiesz co… potraktuj to jak oświadczyny. Sprawdzę jutro, co jest potrzebne w urzędzie. Nie musisz odpowiadać od razu.
– Okej – odpowiedziałam; po chwili, bo jednak jeszcze nigdy mi się nikt poczytalny nie oświadczał. – Będzie mi bardzo miło. Nie planowałam wychodzić za mąż, ale dla ciebie zrobię wyjątek.
– Super – powiedział Adam i podśpiewując „Zostałem przyjęty, zostałem przyjęty!”, poszedł nalać nam whisky. – Ale – upewnił się, wręczając mi szklankę – nie robisz tego tylko ze względu na ubezpieczenie?

Na następny dzień zadzwoniłam do mamy.
– Cześć mama, słuchaj, pamiętasz, który urząd wystawiał mój akt urodzenia?
– Hmmm, nie pamiętam, chyba p-ski, ale głowy nie dam… A po co ci?
– A… bo chciałam sobie dowód w końcu wyrobić. – Zabrzmiało raczej wiarygodnie, ale na wszelki wypadek rozwinęłam: – Bo jak mnie ojciec z P-na wymeldował i zameldował tam u was, pamiętasz, to sobie nie wyrobiłam, bo mi się nie chciało jeździć, i teraz ten stary już jest dawno nieważny, i wiesz.
– A, aha… – Nie byłam pewna, czy mi wierzy, ale nie drążyła. – W sumie to chyba wszystko jedno, możesz iść do tego głównego urzędu, koło kina M.

No to poszłam. Urząd nowoczesny, numerki jak na poczcie, z literkami, do różnych spraw różne literki. Wzięłam W – wnioski o odpisy. Urzędniczka miała brudne włosy i chyba nie była ze mnie zadowolona, ale wniosek przyjęła, dała kwitek z pieczątką i kazała przyjść za tydzień, a potem nakrzyczała na skuloną na krześle biednie ubraną kobietę, trzymającą w dłoni numerek z literą Z.
– Pani do zgonów? To nie tutaj, proszę do tamtego okienka!

Kiedy z Z-a przyszedł odpis Adama, wzięliśmy urlop i pojechali do P-na. Wybraliśmy P-no, bo liczyliśmy na mniejsze kolejki, a także – jeśli nie przede wszystkim – dlatego, że w P-nie jest śmieszny mały ratusz z półksiężycem na wieży, zaraz koło kościoła mojej apostazji.
Odczekaliśmy swoje, trzy urzędniczki biegały z pokoju do pokoju – rozpoznałam tę, która kilka lat temu udzielała moim rodzicom drugiego ślubu – wychodzili różni dziwni ludzie, wreszcie nadeszła nasza kolej. Daliśmy odpisy, ustaliliśmy termin – i wtedy okazało się, że nie można wyjść za mąż na paszport.
– Musi być poświadczenie zameldowania – powiedziała urzędniczka, która udzielała moim rodzicom drugiego ślubu i którą koleżanki nazywały Fredzią. – Paszport nie odzwierciedla faktycznego stanu rzeczy.
No to poszliśmy na śniadanie do restauracji naprzeciwko ratusza i pojechaliśmy do Ż Woli.

IMG10617

Jechaliśmy zaśnieżonymi bocznymi drogami, na wyczucie, bo nigdy nie byliśmy w Ż Woli, a atlas drogowy, który znaleźliśmy w samochodzie, okazał się bardzo stary i nieaktualny. Trafiliśmy, żeby się przekonać, że w Ż Woli jest pustka, urząd, remiza, kiosk i sklep ze śrubami. W urzędzie dwie miłe panie poprosiły o wypisanie wniosku i uiszczenie opłaty w kasie, a następnie wydały stosowny dokument. W łazience znaleźliśmy wstrząsającą instrukcję.

Baliśmy się, że już tam zostaniemy, między remizą a urzędem, pod tablicą z mapą pustki, bo samochód nie odpali (jest stary i czasem nie ma siły, trzeba go wtedy głaskać po desce rozdzielczej), ale się udało. Byliśmy już prawie w P-nie, kiedy zadzwonił nasz nowy landlord. „Cześć, jak tam? Słuchaj, jest taka sprawa, hmmm… czy przy sprzątaniu nie znaleźliście czasem pistoletu?”

Aga i Mariusz, ten od psa, zgodzili się być świadkami. Oprócz nich o naszych planach wiedziały tylko moje młodsze siostry, które zaprosiliśmy, żeby robiły zdjęcia, oraz rodzice Adama i jego brat, którym tą informacją chcieliśmy wynagrodzić brak zaproszenia.
Minął przepisowy miesiąc i dzień, i kilka dodatkowych dni. Aga zrobiła tiramisu, kupiła – na nasze wyraźne życzenie – paskudną figurkę na tort weselny i sprawiła sobie białą bluzkę z plastikowymi brylantami, które odpruła i podarowała Adamowi, ja nie byłam u fryzjera, manikiurzystki i kosmetyczki, a Adam naładował akumulator.

Pani Fredzia miała togę i imponujący łańcuch z orłem. Zaczęła od „Witam państwa serdecznie w Urzędzie Stanu Cywilnego w P-ecznie”, czym z miejsca mnie załatwiła, przez całą ceremonię musiałam się potem powstrzymywać od śmiechu. Poza tym bałam się, że coś źle powtórzę, źle albo za głośno, albo za cicho, więc musiałam robić miny, przebierać nogami i bujać się na boki. Ale wszystko się udało.

IMG10628 (1)

Potem była parapetówka. Trochę przed dziesiątą puściłam Białego misia, a Adam i Aga wnieśli tort.
Tych, których nie było, poinformowaliśmy telefonicznie. „Uiiiiii!” – krzyknęła babcia Ka, tak głośno, że aż w kuchni ją było słychać; „Proszę mnie odwiedzić, jak stopnieją śniegi” – powiedziała Locha; „Tak coś podejrzewałam – powiedziała mama – nie jesteś osobą, która by sobie ot tak wyrabiała dowód”.

 

miłość



Dla babci Ka. Kliknąwszy itd.

miłość


W sumie, tak dziś sobie myślałam, to by fajnie było. W pracy tych wszystkich spraw by nie trzeba załatwiać, w życiu na wyniki czekać, złe wiadomości, na rozpad i rozkład. Ogólnie gdzieś mieć, się więcej nie martwić, nie wkurzać, bo po co, coś złego zrobić, zuchwałego, bo co.
Dostałam dziś wiadomość ze szpitala, to mi przypomniało. Są w poradni takie karty, co były zakładane w latach 80., 90… Mam szczęście, że jestem tu w tym czasie, 12.12.12 o 12. Szczęście czemu? Bo i tak zaraz będzie wszystko jedno?
Ale to znowu nie dziś, chyba że w nocy albo nie hukiem, lecz skomleniem. No dobra. Ze względu na Adama. Poszedł na miasto, chciałabym, żeby wrócił przed końcem.

miłość


Słowa kluczowe 8 w formie wiersza, proszę bardzo. Ortografia i interpunkcja moje, poza tym bez ingerencji.

Chyba by dużo zdań, muchy dla chłopczyka.
Rajstopy supeł, cipka i pokrzywy…
Wąchaj pyton łajzo, ruchaj mnie do szału.

Wisielec, nie patrzeć w twarz.
Jak mnie ruchał na strychu –
dziecko nie mówi, bo patrzył w lustro.

Kiedy wazelina twardnieje –
o czym opowiada statek widmo,
co mówi obłączek paznokci?

Starość – wizje, obrazy, zmyślenia.
Śpiwory, chloroform, porno –
zamknąłem oczy i odleciałem.

Przedawkował, znajomi uciekli.
Gęsia stopka głęboka i powierzchowna.
Muchy w odkurzaczu, muchy dla chłopczyka.

Wujek ma POChP,
ślimak po śmierci nasrał nam do gitary.
Wąchaj pyton łajzo, ruchaj mnie do szału.

miłość


Dostałam od Adama gablotkę z szesnastoma przegródkami. Umieściłam w niej następujące przedmioty:

kostka do gry plastikowa biała;
kostki do gry obsydianowe, sztuk sześć;
dziupla luzem mała;
(do czwartej przegródki Adam włożył karteczkę)
kamyki, szkiełko i gumowa żółta choinka lub zatyczka do ucha, znad morza;
ostrzeżenia z bibułek papierosowych, umieszczane w opakowaniach przed piątą od końca bibułką, dużo;
uszko od stłuczonej filiżanki;
pryzmat szklany;
śruba z nakrętką stalowa duża;
papierowe kółko z opakowania lekarstw, z napisem LOVE, oraz kawałek rośliny przypominający małą włochatą łapkę;
znalezione w fortach czerwone pokrętło z trójkątem oraz wróżby z ciasteczek z wróżbą, sztuk dwie;
bączek plastikowy czarno-srebrny;
wyrwane zęby trzonowe moje, sztuk dwie;
złota dziesięciorublówka z 1899 roku, po prababci;
znalezione jednogroszówki, sztuk dwie;
nakrętka stalowa duża.

« wtewewte »