nałogi


Dziś, teraz. Ciepły wiosenny wieczór. W-wa, bloki, za oknem kilku mężczyzn. Piją piwo, rozmawiają. Jeden ma bardzo dźwięczny głos, melodyjny, leniwy, i mówi, jakby śpiewał.

Niech będzie nas dwóch, nie przeżyje. Niech będzie nas trzech, nie przeżyje. Niech będzie nas czterech, nie przeżyje. Niech będzie nas pięciu. Niech będzie nas pięciu.
Cały czas niech chodzi dalej. Cały czas niech chodzi dalej.
Ale zesrać się, ale srać na niego. Normalnie na kamerach. Normalnie na kamerach go kurwa. I tego bejsbola łam mu na dupsku. I tego bejsbola kurwa.

No pij to kurwa piwo, pij piwo. Co jest, kurwa ty? Co jest, ja pierdolę. Ja nie chcę.
Dobra weź mi piwo. Powiedz, że to nie jest dla ciebie, że to jest dla wujka. Dla brata powiedz, dla brata.
Małolat dawaj. Widziałeś go? Małolat dawaj. Ale będzie wkurwiony. Ale będzie wkurwiony, jak przyjdzie, ty.
Sprzedali ci colę? Sprzedali ci colę? Spierdalaj.
Ale dlatego kurwa i dlatego kurwa, dlatego go widziałem. I mówię, ty weź kurwa, ty weź się kurwa.

Normalnie w ramach podziękowania puszczam im właśnie Jarretta.

nałogi


Wczoraj wieczorem, koło szóstej, sobota. Jedziemy rowerami na wesele Oli i Błażeja. Znajdujemy na chodniku okulary, Adam wiesza je na płotku. Jesteśmy już prawie na miejscu, mijamy ostatnią boczną ulicę. Po drugiej stronie, na rogu, stoi jakiś mężczyzna. Młody, blady, z przystrzyżoną brodą, w dżinsach i swetrze. Jakby na kogoś czeka.
Adam jedzie pierwszy, mija go. Przejeżdżam przez uliczkę. Mężczyzna wbiega mi pod koła. Hamuję. On napiera na rower, podskakuje, macha rękami jak tańczący żuraw albo pajac, któremu poluzowały się sznurki. Wyrzuca z siebie jakieś słowa, szybko, gorączkowo, ale pierwszej części nie rozumiem. Potem mówi „Kocham cię! Kocham cię! Jesteś piękna!”, i próbuje dostać się ustami do mojej twarzy. Próbuje i nie może, bo przeszkadza mu kask, który mam nasunięty prawie na brwi. Słyszę, jak uderza czołem w jego plastikowy daszek.
Zdejmuję lewą dłoń z hamulca i pakuję ją w twarz mężczyzny. Czuję pod palcami wargi, nos, oko. Pcham, ale nie potrafię odepchnąć. Drugą ręką wciąż trzymam rower, jedną się nie uda. Wpadam na to, że mogę przecież – „Adam!”, krzyczę.

Patrzę na mężczyznę i czuję, że muszę mu to powiedzieć, że to bardzo ważne, żeby to usłyszał. Więc mówię. „Spierdalaj”, mówię. Za plecami tamtego pojawia się Adam. Uderza go od tyłu, łapie za ubranie, odciąga ode mnie, przewraca na chodnik. Mężczyzna nie stawia oporu. Adam przewraca go delikatnie, prawie kładzie. Wygląda to jak jakiś taniec.
Mężczyzna leży na chodniku. Jest zupełnie nieruchomy, otwarte oczy też się nie poruszają, ale oddycha. Oddycha szybko. Sweter mu się podwinął, widać jasną koszulę w drobne prążki, pod koszulą miarowo unosi się i opada lekko wklęsły brzuch.

Odstawiamy rowery pod płotek.
– Coś jest z nim nie tak – mówię.
– Coś jest z nim bardzo nie tak – mówi Adam.
– Zadzwonisz na 112? – pytam.
– Zadzwonię na 112 – mówi Adam.
Adam dzwoni, ja patrzę na leżącego na chodniku mężczyznę. Nie rusza się, oddycha. Oczy ma szeroko otwarte. Wydaje mi się, że w każdej chwili może nagle się zerwać i znowu się na mnie rzucić. Znowu zacząć pchać się do całowania. Wolałabym, żeby próbował mnie uderzyć. Jestem wkurwiona. Wyjmuję z sakw zapinkę rowerową, ciężki łańcuch w materiałowym pokrowcu. Trafiam na tę Adama, różową. Składam ją na pół. Trzymam w lewej dłoni. Czuję, jak bije moje serce.
– Powiedzieli, że przyślą policję – mówi Adam.

Mężczyzna zaczyna mrugać. Uświadamiam sobie, że przedtem tego nie robił. Cofam się. „Jestem bogiem”, mówi on. „Jestem bogiem, uświadom to sobie”, mówi, rozkładając ręce jak ksiądz, a potem zrywa się na nogi i rzuca się na Adama. Coś mówi. Uderzam go w plecy, pięścią, nie łańcuchem, i krzyczę „Ej!”. Adam łapie go za ubranie i odpycha, ale nie puszcza, tylko trzyma przed sobą na odległość wyciągniętej ręki. Mężczyzna nagle nieruchomieje, jakby go ktoś wyłączył. Stoi z opuszczonymi rękami, milczy, nie mruga. Adam stoi przed nim i patrzy mu w oczy.
– Może odejdź na bok? – mówię.
– Wolę, żeby to mnie widział, kiedy się ocyka.
– Jest słaby, prawda? Nie ma tyle siły, żeby zrobić ci krzywdę?
– Nie ma.
Chowam łańcuch do sakw. Czekamy przecież na policję. Ładnie by to wyglądało. Moje serce się uspokaja.

Mężczyzna znowu się włącza. Krzyczy coś do Adama, szarpie go. Adam trzyma go na odległość, oburącz, za ramiona. Tamten uderza go w twarz, z jednej i z drugiej strony. Adam go policzkuje, raz i nie bardzo mocno, ale stanowczo. Mężczyzna natychmiast nieruchomieje. Znowu stoją naprzeciwko siebie. Adam patrzy napastnikowi w oczy, jakby chciał go zahipnotyzować. Po jakimś czasie widzę, że lekko się uśmiecha.

Podchodzę do ulicy tak, żeby nie znaleźć się w polu widzenia mężczyzny. Wypatruję radiowozu. Przejeżdża jakiś, ale się nie zatrzymuje. Ile to już trwa? Tamten znowu się włącza. Szarpie Adama za odblaskowe szelki, zrzuca mu kask i okulary. Podnoszę okulary, podaję je Adamowi, podnoszę kask, trzymam. „Narkotyki! Narkotyki!”, krzyczy mężczyzna i znów nieruchomieje.

Podchodzę do ulicy. Po paru minutach widzę karetkę. Mruga kogutami, włącza sygnał. Macham. Podjeżdżają do nas. Adam i mężczyzna w swetrze stoją naprzeciwko siebie. Mężczyzna się nie rusza. Podchodzą ratownicy, pytają, co się stało. Opowiadamy.
– Chcą to państwo zgłosić?
– Nie, nie. Nic nam nie zrobił.
Zabierają go do karetki. Po drodze się włącza. Przytrzymują go. Od razu się poddaje.

Idziemy. Adam patrzy na swoją oponę.
– Uderzyłem go rowerem. Tylnym kołem.
– Jak to?
– Kiedy mnie zawołałaś. Uznałem, że nie ma czasu na odstawianie roweru, więc go podniosłem i uderzyłem gościa w plecy tylnym kołem.

Wchodzimy do środka, zostawiamy rzeczy w szatni, witamy się, dajemy prezent, bierzemy piwo i siadamy z boku, na schodkach.
– Co on do ciebie mówił? – pytam.
– Rożne rzeczy, dość nieskładnie, trudno było zrozumieć. Często powtarzało się „Co jest, kurwa?”. Mówił, że go gnębiłem w dzieciństwie. I że ma jakieś dobre numery i trójkę. I „Chcesz tego! Wiem, że tego chcesz!”.

Adam wzdycha.
– Psychologowie twierdzą, że jak się przed dłuższy czas patrzy drugiemu człowiekowi w oczy, to zadzierzga się więź.
– Martwisz się o niego?
– No.
Wyciąga telefon, wchodzi w listę połączeń.
– Wiesz co… – mówi. – To jest trochę spuki, ale nie mam w wychodzących tego telefonu na 112. – Pokazuje mi. – Widzisz? Nigdzie dziś nie dzwoniłem.

nałogi


Powietrze od świąt jest lepkie i ciepłe aż się muchy budzą. Na klatce czuć obiad sąsiadów, w cieniu po kątach pozory i kurz, rak snów się ukradkiem przerzuca na jawę.
Na balkonie po drugiej stronie kapitan naciąga sznur do bielizny, pali strzepuje chmury mielizny wymija blokiem, zmęczonym wzrokiem pruje smog. Za rogiem pół szyldu KUP ZŁO. Trzeszczy zimna ziemia, światła pękają na mrozie jak szkło, landrynki kaleczą język czerwone, żółte zielone chodź.
Wkrótce znów przyjdzie wiosna, roztopy psie kupy młodość niepokoje. Gwiazdy będą cykać mierzyć nocy tempo, wyrosną miłe liście i zrobią powietrze, i bzy zakwitną i wszystkie będą moje. I pójdą do komunii dziewczynki w sukniach balowych, po płytach chodnikowych dźwięczących jak dzwony, o panie do obry jak sklep, oto dziś dzień bóg zapłać pochwalony.
Pst, kapitan strzela petem, żar leci, uciekajcie dzieci, dopaliło się.

nałogi



Po przetłumaczeniu dwudziestu kilku arkuszy.

nałogi


Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Lola starała się nie patrzeć w lustro, zamontowane nad blatem jakby specjalnie dla tych, którzy piją w samotności.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – zakończył Lolek, kiedy powiedział, co miał do powiedzenia.
– Tak – Lola skubała etykietkę na wypitym do połowy piwie – jasne. Ja jeszcze trochę zostanę.

Bar dworcowy w Olsztynie siedemnaście lat temu był chyba dość szary, a przynajmniej tak go Lola zapamiętała. I pewnie przyjemnie chłodny, bo wielkie brudne szyby nie wpuszczały do środka sierpniowego słońca. Dostali herbatę w szklankach ze spodkami i smutne mieszadełka – białe plastikowe patyczki zakończone przekreślonym zerem, które po włożeniu do wrzątku trochę się wyginały.
Lola patrzyła, jak Ola słodzi, miesza i dociska torebkę z fusami do dna. Skrzywiła się; to z torebką było prawie tak nieprzyjemne jak dźwięk piszczącej po tablicy kredy. Bordowy lakier na paznokciach Oli w paru miejscach już się łuszczył. Dziewczyny miały taki wakacyjny patent; szlajały się zwykle byle gdzie i spały po kempingach bez ciepłej wody – a jak się pomaluje na ciemno, zdradziły Loli, to nie widać brudu za paznokciami. Bardzo sprytne, powiedziała wtedy.
Ola wyjęła torebkę i położyła ją na spodku. Oblizała mieszadełko, popukała nim w szklankę, w stół i w spodek i zaczęła je wyginać. Biały plastik najpierw się poddał i zgiął, a potem złamał z cichym pyk. Loli zrobiło się smutno.
– Może przyjedziecie do mnie, jak wrócimy? – zaproponowała. – Ojca nie ma.
– Wszyscy? – zapytały Ela i Lala.
– Pewnie. Moja mama was lubi. A ciebie – spojrzała na Lolka – na pewno polubi.

Zostali do końca wakacji. Wieczorami pili z mamą Loli, a mama Loli opowiadała im historie o zdradach, porodach i życiu. Najciekawsze – te, które Lola już znała, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz – jak była porządnie wstawiona; podnosiła wtedy brwi w sposób, którego Lola nie lubiła, poprawiała się na skrzypiącym leżaku i oznajmiała: „Coś wam powiem. Ale tak naprawdę”. Za dnia dziewczyny malowały, Lola pisała na maszynie, brat Loli rozmyślał i cierpiał, a Lolek siedział w mansardzie przy kuwecie i czytał stare dwutygodniki. To było trochę dziwne, Lola nigdy nie widziała, żeby ktoś w jej wieku czytał prasę, a nieaktualne gazety przygnębiały ją chyba jeszcze bardziej niż suchy chleb.

I Lolek został w zasadzie już tak w ogóle. Zdecydowała o tym najprawdopodobniej krótka wymiana zdań.
– Wiesz – zwierzyła mu się Lola – wydaje mi się, że nie umiem rozmawiać z ludźmi. Jak mnie ktoś pyta, co słychać, to odpowiadam, ale nigdy nie pamiętam, żeby na końcu dodać „A co u ciebie?”.
Lolek uśmiechnął się jak człowiek, który właśnie znalazł coś, w czego istnienie nie wierzył.
– Ja też!

Przyjeżdżał codziennie, pomagał Loli posprzątać i pozmywać, wypijał herbatę i kładł się na materacu pod kocem; Lola mówiła, a on odpowiadał kojącym, coraz bardziej sennym „Mhmmm”. Albo siedzieli i czytali, Lola książki, a Lolek te swoje gazety. Mogła z nim nie rozmawiać i było dobrze. Zaakceptował go nawet Loli ojciec. Jak pytała, czy Lolek może przyjechać, zawsze się zgadzał. Tylko raz zareagował dziwnie.
– Tato – zapytała Lola – czy mogę na piątek zaprosić Lolka i Chudego?
– Obu naraz? – zdziwił się ojciec Loli.
– No, tak. A co?
– A nic w sumie. Nie ma sprawy. Myślisz, że w sobotę mogliby mi pomóc z drewnem?

Ale Lola i Lolek byli przyjaciółmi. Bo może Lola i była po ojcu puszczalska, ale przyjaciół też miała. Wymieniała się z Lolkiem szklanymi kulkami i kraciastymi chustkami do nosa, przegrywali sobie kasety, jeździli razem na wakacje i tak dalej. Przyjaźń. Lola myślała wprawdzie, że z Lolkiem jest coś trochę nie tak, bo jakby w ogóle nie miał uczuć – wszyscy byli wtedy młodzi i nieszczęśliwie zakochani, niektórzy nawet pisali słabe wiersze (Lola znalazła jeden w książce pożyczonej od Łysego, ale akurat o starości, nie o uczuciach), a Lolek nic, ani słowa, że ktoś mu się podoba, że się z kimś spotyka czy coś – ale w zasadzie po co człowiekowi uczucia i słabe wiersze, prawda?

Minęło jakieś siedem lat, Lola zdążyła mieć iluś chłopaków i złamane serce, wyprowadzić się do innego miasta, skończyć studia i wrócić. Siedziała właśnie z Lolkiem w Café Autodafé i marudziła („Kurde, co jest? Czy piwo się robi coraz gorsze, czy ja jestem już stara? Przecież to smakuje normalnie jak woda od groszku z puszki”), kiedy przyszedł esemes. Lola zasadniczo szanowała prywatność innych ludzi i nie zaglądała im w komórki, ale telefon Lolka leżał na stoliku tuż przed nią, więc komunikat „Nowa wiadomość od JUTRO” przeczytała właściwie odruchowo. Spojrzała na Lolka zdziwiona.
– Jutro? Kto to jest Jutro?
Lolek chrząknął, poprawił się na krześle i zapalił papierosa.
– Bolek.
Bolek, przyjaciel Lolka, szalony chirurg. Bardzo go lubiła. Kiedy się po raz pierwszy spotkali, jakoś przed rokiem, akurat pokazywał jej młodszej siostrze złapanego w krzakach zaskrońca. Trzymał go za ogon, za koniec, a reszta wiła się w powietrzu.
– Ale czemu Jutro?
Lolek przez chwilę jakby coś rozważał. Potem strzepnął popiół i wyjaśnił, nie patrząc na Lolę:
– Od roku jesteśmy razem. Poznaliśmy się, jak chodziłem po klubach. Umawiałem się z różnymi kolesiami, przeważnie narąbany. Żeby mi się nie pomieszało, zapisywałem numer telefonu jako datę następnego spotkania. Wiesz, „Sobota 17.30”, „12 maja”, „Pojutrze”.
– Jezu, jak dobrze – powiedziała Lola, która od „jesteśmy razem” w zasadzie go nie słuchała. Naprawdę jej ulżyło, ale teraz gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, czy nie opowiadała przy nim jakichś dowcipów o pedałach. – Ty jednak jesteś normalny.

Zaczęła chodzić z Lolkiem na występy drag queen, parady i Warlikowskiego. Raz pojechali na działkę do Pawcia, gdzie oprócz Loli byli sami geje i dwie lesbijki, i wszyscy jej powtarzali, żeby się nie martwiła, że ją tolerują, że ją nawet akceptują, chociaż są zdania, że seks między osobami różnej płci jest obrzydliwy, ale dopóki się z tym nie afiszuje, to spoko.
No i Bolek. Bolek był wolny, szalony i genialny, miał adehade i skrzypiące schody w świątyni umysłu, myślał o stu rzeczach naraz i bez przerwy to na bieżąco relacjonował, wszystko, co robił, robił kosmicznym mimochodem i niczego nie oceniał – jakby wszystko miało tę samą wartość albo jakby wszystko było w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Lolek tymczasem został urzędnikiem i chyba dlatego był coraz bardziej zasadniczy.
– Bo tobie nic nie można powiedzieć – wyrzucał Loli. – Żyjesz w swoim świecie i nie przyjmujesz żadnej krytyki.
– Ale o co ci chodzi? Coś zrobiłam nie tak? – zapytała Lola nerwowo i sięgnęła po papierosy.
Trochę się bała życia w swoim świecie. Jej ojciec tak żył i nie przyjmował żadnej krytyki, i jak mama Loli chciała Loli dokuczyć, co się stosunkowo często zdarzało, to mówiła „Jesteś dokładnie taka jak twój ojciec”.
Lolek spojrzał na nią krzywo.
– Chodzi mi o ostatnią imprezę.
– Ale że co?
Przypaliła, trochę drżały jej dłonie.
– Jak to co? Nie pamiętasz? No tak. No pewnie, że nie pamiętasz. Strasznie się narąbałaś. Kleiłaś się do ludzi, a tam były same ciotki. I wszyscy się dziwili i pytali „Jezu, kto to jest?”. A ja bez mrugnięcia okiem mówiłem „Moja przyjaciółka”. Bez mrugnięcia okiem – powtórzył i spojrzał na nią wyczekująco.
Lola zaciągnęła się i wydmuchała dym.
– Dziękuję – odpowiedziała, patrząc w okno. – Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.

A później Lolek zerwał z Bolkiem. Odchodził parę razy, ale łamał się i wracał, aż w końcu odszedł na dobre. Trochę Loli powiedział, ale – jak mówił – nie wszystko, bo wie, że ona Bolka lubi, i nie chciał jej robić przykrości. Loli było smutno, że stało się, jak się stało, ale uznała, że Lolek chyba podjął właściwą decyzję. Że chyba nie było innego wyjścia.
Zrobiło się dziwnie. Lola widywała się i z Lolkiem, i z Bolkiem, każdy opowiadał jej swoją wersję zdarzeń, a ona czuła się trochę jak dziecko z rozbitej rodziny; chociaż akurat jej rodzice po rozwodzie właściwie się nie rozstali, a jak nowa żona ojca umarła, to znowu wzięli ślub, więc nie była do końca pewna, czy wie, jak to jest.

I wtedy zaszła w tę ciążę z Ponurym Monterem, Operatorem Fotoplastikonu albo Księdzem po Kolędzie i dowiedziała się, że płód cierpi na nieuleczalną depresję. I cierpiał, i zatruwał ją od środka, jakby przez pępowinę tłoczył smołę w jej żyły. I naprawdę nie wiadomo, co by z się z Lolą wtedy stało, gdyby nie Bolek.
Lolek tymczasem jakoś zamilkł, a potem, akurat tego dnia, kiedy Lola podjęła w końcu decyzję, poprosił ją o spotkanie.

Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Nie rozmawiali. Usiedli i Lolek po prostu powiedział, co miał do powiedzenia. Wygłosił doskonale przemyślane oświadczenie, tak skonstruowane, że niczego nie dało się w nim podważyć. Właściwie nie dało się go nawet skomentować, bo całkowicie wyczerpywało temat.
Lolek nie radzi sobie z tym, że Lola przyjaźni się z Bolkiem. Tak, wie, że nie może mieć jej tego za złe i nie może oczekiwać, że Lola zakończy tę znajomość. Ale rozstanie było dla niego niewyobrażalnie trudne, a teraz jest w sytuacji nałogowca, który zrywa z nałogiem i potrzebuje wsparcia. A Lola mu tego wsparcia nie daje. Sama świadomość, że Lola widuje się z jego byłym, sprawia, że towarzystwo Loli źle Lolkowi robi. Tak to w skrócie brzmiało.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – powiedział na koniec.

Lolek wyszedł, Lola została. Wypiła piwo, spojrzała w lustro i poszła. Ale jakoś nie mogła. Rozumiała, że nie ma wyjścia i nie ma sensu, ale jakoś nie mogła, więc wzięła telefon i napisała. Że jej przykro i ma nadzieję, że kiedyś jeszcze będą mogli normalnie rozmawiać. Po chwili przyszła odpowiedź. „Jak zwykle musisz mieć ostatnie słowo”.
I wtedy Lola usłyszała ciche pyk, jakby pękł w niej jakiś patyk. I zrozumiała, że nie, nie będą mogli. Bo ona już nie chce.

nałogi


IMG_7196

IMG_7225

IMG_7277

IMG_7289

Więcej tu.

nałogi


Leżę w łóżku, czytam książkę, piję whisky. Czuję, że mam coś na policzku, dotykam, rzęsa.
– Pomyśl życzenie – myślę.
– Wszystkiego najlepszego – myślę.

nałogi


IMG_4607

IMG_4636

IMG_4684

IMG_4873

Kliknąwszy, itd. Więcej zdjęć tutaj.

nałogi


Byliśmy wczoraj z Mademoiselle Blanche na ogólnopolskim konkursie drag queen w klubie Rasco nieopodal cmentarza. Bardzo udany wieczór. Przyszedł olbrzym z Twin Peaks, którego ukradkiem pogłaskałam po swetrze, spotkaliśmy znajomych, tańczyliśmy w kolejce do łazienki, wypiliśmy wszystkie kasztelany.

W konkursie wzięło udział kilkanaście uczestniczek, niektóre naprawdę olśniewające, a prowadząca imprezę Kim Lee każdą zapowiedź wygłaszała w innej sukience. Nasza główna faworytka, Nikita Kociak Bum Bum, zajęła niestety nie pierwsze, a drugie miejsce, choć darliśmy się z widowni jak głupi, Ni ki ta! Ni ki ta! Za to udało nam się jej pogratulować, uścisnąć dłoń (Adam) i ucałować w policzek (ja, odruchowo).

W miarę upływu czasu coraz mniej rozumieliśmy kryteria i porządek konkursu, pamiętam tyle, że prawie wszystkie drag queens wygrały i śpiewały na koniec razem We are family, I got all my sisters with me. Zresztą złe występy były w sumie tylko dwa, może nawet tylko jeden. A w gruncie rzeczy zła była tylko pani Monika, zasiadająca w jury obok Kingi Dunin i Bartosza Żurawieckiego. Pani Monice – która, jak później dowiedzieliśmy się z internetu, jest aktorką i piosenkarką „znaną głównie z bójki z Dodą” – wydawało się najwyraźniej, że występuje jako jurorka w „Idolu” albo innym „Mam Talent”. Wypowiadała się z charakterystyczną pogardliwą manierą, udzielała artystkom dobrych rad, nie szczędziła miażdżącej krytyki („No nie, kochana, przed tobą długa droga. Jeden za kreację, jeden za adaptację. Naucz się chociaż otwierać usta w odpowiednim momencie”).

– Buuu!!! Pekaes ci ucieknie!!! – nie wytrzymała w końcu Blanche.
Stojący obok chłopak spojrzał na nas, trochę zdziwiony, trochę rozbawiony, i powiedział:
– Suka mieszka niedaleko, przez pola przejdzie.

nałogi


Wczoraj w pracy kuchnia była zamknięta po zagładzie, na drzwiach kartka ZAKAZ WSTĘPU!!!, obok PROSIMY NIE WCHODZIĆ!!! („A kto to takie rozkazy wydaje?”, skrzywiła się szefowa), a za drzwiami (podobno) cała podłoga martwych prusaków. Może zaszkodził mi smutek, który ustąpił dopiero, kiedy się dowiedziałam, że zabija się je nie tylko ze względu na to, że według niektórych są obrzydliwe (i „zgromadzone w dużej liczbie wydzielają charakterystyczny, niemiły zapach”), ale przede wszystkim dlatego, że przenoszą choroby, może unosiły się jakieś miazmaty trucizny, którą je zabito, może to ciśnienie – dość że zaraz po kolacji padłam na łóżko i spałam aż do dziesiątej. O dziesiątej przyszedł Adam, zapytał, czy chcę whisky, powiedziałam, że tak, Adam przyniósł mi szklankę, a ja znowu zasnęłam. Obudziłam się po jedenastej.
– Może poczytamy Baśnie włoskie? – zaproponował mój mąż.
– Ale ja nie mam siły.
– To ja będę czytał.

calvino

– Hahaha! – ożywiłam się. – To mógłby być koniec tej bajki.
– To jest koniec tej bajki.

(Ludzie spod Bielli są uparci, przeł. Jerzy Popiel; w: Italo Calvino, Baśnie włoskie, t. 1.)

nałogi


Dzień szósty.
Ślipcze – Hrubieszów – Dziekanów – Szpikołosy – Matcze – Zagórnik – Dubienka – Husynne – Dorohusk. 61,5 km.

Nieustająco upał.
Koło czwartej nad ranem łoskot rozpędzonego samochodu i głośne skomlenie. Adam wybiega przed dom. Samochód potrącił psa sąsiadów, pies ma uszkodzony kręgosłup, sąsiedzi – sąsiadka stara stara, syn na kacu – jakby nie wiedzą, co robić. Adam oferuje pomoc, dziękują. Parę godzin później dowiadujemy się od naszej gospodyni, że był weterynarz i uśpił.

Z Hrubieszowa wysyłam poleconym do Mariuszka, który opiekuje się pod naszą nieobecność kotami i roślinami, kilka kartek korekty, zużyte fragmenty mapy, obrazek z Matką Boską karmiącą znaleziony przez Adama w opuszczonym domu w Wasylowie i dwie strzykawki po lekarstwach.

Między Hrubieszowem a Matczami homoseksualna propaganda na przystanku PKS.

 

Za Matczami sjesta w lasku. Znajdź ważkę.

A w Dubience ważki na grzędzie.

Nocleg w szkolnym schronisku młodzieżowym. Nikogo oprócz nas nie ma, mamy całą szkołę dla siebie, ale jesteśmy w niej zamknięci na klucz, do rana. Specjalne zarządzenie dyrektorki.
Żeby nie włączać górnego światła, instaluję w naszej klasie znalezione w kanciapie lampki choinkowe.

Robimy obchód, z butelkami piwa w dłoni, na bosaka. Szkoła jest duża, kroki odbijają się echem. Na ścianie świątobliwe gazetki ścienne („Panie Jezu, nie pozwól, bym zgrzeszył w wakacje”), w nocy złe sny.

 

Dzień siódmy.
Dorohusk – Okopy – Świerże – Wola Uhruska – Zbereże – Sobibór – Włodawa. 56,5 km.

Upał.
Gdzieś między Dorohuskiem a Wolą Uhruską czekam na Adama pod sklepem.

Panowie pod rybą piją piwo, najbardziej gadatliwy malowniczo przeklina, ogląda się, reflektuje. „Oj, ja myślałem, że to mężczyzna jest!” (Przed wyjazdem ogoliłam głowę). „A to kobieta, i to ładna… – Dostrzega obrączkę. – I mężatka! Tak? To nie będę zaczepiał. Mąż w sklepie? Pani mi da znak, jak będzie szedł”.

Okolice Sobiboru są jak na ironię prześliczne. Sosnowe lasy idealne na spanie pod namiotem, w dodatku cień i gładki asfalt po kolejnym dniu morderczego upału.

We Włodawie instalujemy się w schronisku młodzieżowym w internacie. Dostajemy mikroskopijny trzyosobowy pokoik w lilafiolecie i ruszamy na spacer po mieście,

które o tej porze wydaje się prawie martwe.

Na wieczorne piwo trafiamy do pustego baru naprzeciwko synagogi. Jest tylko właściciel – siedzi sam przy dużym stole, ogląda jakiś stary film. Szybko okazuje się niezwykle rozmowny, dowcipny i miły. Pod koniec pierwszego piwa dołącza do nas jeszcze jego znajomy. Włodawa wciąż wygląda na prawie martwą, Adam obserwuje postępy na rozpiętej pod latarnią pajęczynie.

 

Dzień ósmy.
Włodawa – Różanka – Dołhobrody – Sławatycze – Jabłeczna – Szostaki – Kodeń – Kostomłoty. 60 km.

Dzień ósmy zaczynamy od wizyty w synagodze (obecnie muzeum).

 

W małej synagodze – choć miałam nadzieję, że nas to ominie – wystawa zdjęć z prac archeologicznych w obozie zagłady.

Po południu prawosławny klasztor w Jabłecznej.


Stajemy w przedsionku cerkwi, dużo złota, śpiewają, właśnie jest msza. Kiwam głową mnichowi, mnich kiwa głową mnie, koło czapki Adama przelatuje ważka.
Kapliczka. Znajdź ptaszka.

W Kostomłotach zapytani o agroturystykę (w internecie było, że jest) miejscowi kierują nas „jak te znaki że cerkiew, do ojca Zbyszka”. Znajdujemy cerkiew (wieczorem doczytamy w przewodniku, że jest bardzo wyjątkowa, bo jedyna działająca neounicka). Pięknie utrzymana, kwiaty, lampy, białe koty, napis PODLASCY UNICI WITAJĄ PIELGRZYMÓW itd. Za domem samochód, silnik zgaszony, światła włączone. W domu ciemno, na ganku klucz. Adam otwiera drzwi, ale nie potrafi ich zamknąć. Siadamy w altance, otwieramy piwo, pijemy trochę ukradkiem, czekamy. Nic. Robi się ciemno. Idę do pobliskiego Domu Pomocy Społecznej, bo widziałam, że się tam świeci, żeby dopytać. Na schodkach siedzi starszy pan, daje mi znak, żebym weszła przez bramę. Brama zamknięta. Podchodzi o kuli. Pytam o księdza Zbyszka, starszy pan próbuje mi odpowiedzieć, ale wydobywa z siebie tylko modulowane charczenie, którego mimo najlepszych chęci prawie nie jestem w stanie zrozumieć. Wreszcie wyławiam słowo „pielęgniarka”. Starszy pan znika w budynku, po jakimś czasie pojawia się pielęgniarka. „Jak samochód jest, to i ksiądz jest. Może kwiaty podlewa?”. Podziękowałam pielęgniarce, podziękowałam starszemu panu, wróciłam do Adama. O dziewiątej włączyły się nagrane dzwony. Przesterowana kakofonia dzwonów, strasznie głośno, z ćwierkaniem ptaków na końcu.

Adam do Aerte i Radeczka na fejsbuku przez komórkę: „Czekaliśmy godzinę, obeszliśmy teren, bo mieliśmy wizję, że gdzieś umarł. Ale znalazłem telefon na tablicy parafialnej, zadzwoniłem i przyszedł niezbyt zadowolony. Powiedział: A kto wam powiedział, że tu można nocować? My: Na krzyżówce powiedzieli. On: No i masz, hotel ze mnie robią. Ale to nie czas na takie dyskusje, macie klucze. […] Niezbyt miły, ale pójdę mu powiedzieć, że zostawił samochód na pozycyjnych i zaraz mu akumulator zdechnie”.

wewte »