nauki przyrodnicze


Kiedyś nie byłam pewna, czy zamknięte pistacje są lepsze niż puste. Dziś myślę, że nie. Ale nie wyrzucam ich, wkładam je do słoika.
Po przeprowadzce przestałam hodować awokadowce. Miałam ich 25, nie zmieściłyby się wszystkie w nowym mieszkaniu. Części musiałam znaleźć nowe domy. Ale szkoda mi wyrzucać pestki.
Kiedy do słoika z zamkniętymi pistacjami włoży się nie do końca wyschnięte pestki awokado i się ten słoik zamknie, a lato jest wilgotne i gorące, to

nauki przyrodnicze


Powietrze od świąt jest lepkie i ciepłe aż się muchy budzą. Na klatce czuć obiad sąsiadów, w cieniu po kątach pozory i kurz, rak snów się ukradkiem przerzuca na jawę.
Na balkonie po drugiej stronie kapitan naciąga sznur do bielizny, pali strzepuje chmury mielizny wymija blokiem, zmęczonym wzrokiem pruje smog. Za rogiem pół szyldu KUP ZŁO. Trzeszczy zimna ziemia, światła pękają na mrozie jak szkło, landrynki kaleczą język czerwone, żółte zielone chodź.
Wkrótce znów przyjdzie wiosna, roztopy psie kupy młodość niepokoje. Gwiazdy będą cykać mierzyć nocy tempo, wyrosną miłe liście i zrobią powietrze, i bzy zakwitną i wszystkie będą moje. I pójdą do komunii dziewczynki w sukniach balowych, po płytach chodnikowych dźwięczących jak dzwony, o panie do obry jak sklep, oto dziś dzień bóg zapłać pochwalony.
Pst, kapitan strzela petem, żar leci, uciekajcie dzieci, dopaliło się.

nauki przyrodnicze


img_2627

img_2660

img_2663

img_2680

img_2763

Więcej tu.

nauki przyrodnicze


Dostałam od babci kilka stówek i pomyliłam je z czasem. O – pomyślałam, zajrzawszy do koperty – jutro zrobię sobie wolne.

nauki przyrodnicze


009_20161027

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

nauki przyrodnicze


nadojelo

nauki przyrodnicze


Wyjazd.
7 km. Pociąg do Zabrza.

(Z podziękowaniami dla Tadeusza za pomoc przy wyborze kasków).

IMG_9629

Dzień pierwszy.
Zabrze – Gliwice; pociąg do Kędzierzyna-Koźla; Kędzierzyn-Koźle – Większyce – Radziejów – Pociękarb – Bytków – Urbanowice – Gościęcin – Naczęsławice – Wróblin – Stare Kotkowice – Głogówek. 46 km.

W Kędzierzynie schowaliśmy się przed burzą na końcowym przystanku autobusu nr 1 i zjedliśmy migdały. Potem podszedł do nas starszy pan z wielką kanapą na małym wózku. Bał się, że piorun uderzy w rączkę (kiedyś jak żona w burzę pracowała w ogrodzie, to walnęło w haczkę; żona trzy metry dalej poleciała, ale nic jej się nie stało, bo trzonek był drewniany), ale poszedł, bo nie chciał, żeby kanapa całkiem przemokła.

IMG_9640

Aż do Nysy tablice przed miejscowościami były podwójne.

IMG_9648

Schronisko młodzieżowe w Głogówku zastaliśmy zamknięte. Chłopcy na boisku powiedzieli, że na drzwiach powinna być kartka z numerem telefonu, ale nie było. Zatrzymaliśmy się w hotelu Fantazja. W pizzerii zamówiliśmy tak wielką margheritę, że połowę musieliśmy zabrać ze sobą. Na noc zamknęliśmy ją w łazience.

 

Dzień drugi.

Głogówek – Mochów – Błażejowice – Mionów – Wilków – Rostkowice – Solec – Biała – Wasiłowice – Grabina – Korfantów – Wielkie Łąki – Myszowice – Jasienica Dolna – Mańkowice – Kubice – Wyszków Śląski – Konradowa – Nysa – Biała Nyska. 65 km.

Nad ranem usłyszałam ochrypły głos pytający w kółko „Czy wie-rzysz? Czy wie-rzysz?”. Po przebudzeniu zorientowałam się, że to sierpówka, i pomyślałam, że nie powinna mnie o to pytać.
Przy porannej kawie spotkaliśmy fruczaka gołąbka. O pełnej godzinie zegar na ratuszu zagrał Dobry Jezu, a nasz panie.

IMG_9680

Po drodze na polach stada bocianów.
W Jasienicy Dolnej zatrzymaliśmy się pod lipami nieopodal kościoła. Starszy pan z domu naprzeciwko przyniósł nam śliwki („Ale to nie moje, u farosza zebrałem”) i długo zabawiał nas rozmową. Niestety na koniec opowiedział trzy nieśmieszne dowcipy, w tym dwa seksistowskie. Potem zapadliśmy w drzemkę, z której obudziła nas psychodeliczna melodyjka. Myśleliśmy, że to znowu zegar, ale po chwili nadjechał samochód z lodami.
Nocowaliśmy we wsi Biała Nyska (którą miejscowi odmieniają rzeczownikowo). Nie podobało nam się.
Trafiłam trójkę w totka.

 

Dzień trzeci.

Biała Nyska – Siestrzechowice – Kwiatków – Buków – Kalków (Kałków) – Broniszowice – Śliwice – Otmuchów – Sarnowice – Ligota Wielka – Lubiatów – Głęboka – Starczówek – Osina Wielka – Ziębice – Lipa – Czerńczyce – Sieroszów – Jaworek – Ząbkowice Śląskie. 64 km.

W Ziębicach zatrzymaliśmy się na obiad. Z Wikipedii dowiedzieliśmy się o Karlu Denkem. Odebrałam wygraną, kupiłam kolejne losy; pan w kolekturze miał zeza i życzył mi szczęścia. Adam zwiedził muzeum* i sfotografował wystawioną tam tarczę strzelniczą z XVII–XVIII wieku przedstawiającą Żyda z czerwonym serduszkiem w żółtej aureoli.
Za Ziębicami spotkaliśmy sukę miłości, w Czerńczycach było ładnie, w Sieroszowie pałac i święty z dziwnym wyrazem twarzy.
Nocowaliśmy w ząbkowickim OSiR. Wieczorem była burza, a potem chmury, więc nie widzieliśmy spadających gwiazd.

IMG_9697

___________
* Adam: „Pani, która oprowadzała, zaprowadziła mnie do ostatniego pokoju w podziemiach:
– Tu jest najstarsza część wieży, mamy w niej wystawę świętych, tu, proszę, ołtarz przenośny. To pomieszczenie to była w XVII wieku cela dla skazanych na śmierć głodową. A tam, gdzie stoi ten XIX-wieczny aniołek, widzi pan, było okienko”.

nauki przyrodnicze


IMG_9318m

nauki przyrodnicze


Zaczynają się upały. Już wczoraj było gorąco, ale poszłam biegać, bo przez tydzień prawie nie ruszałam się z domu, chorowałam, pracowałam, zmęczyłam się.
W lesie cicho, pusto, te ptaki, co się nie boją, pochowały się w krzakach, myszy nie wychodziły z trawy. Dobiegłam do kompostowni, zawróciłam, zrobiłam dwie pętle i wróciłam do fortu i pijackich działek, w sumie jakieś osiem kilometrów, pod koniec krew huczała mi w głowie.
Kilkaset metrów od domu przestałam biec. Zdyszana i zgrzana wyszłam na asfalt i słońce. Z furtki po lewej wyszedł starszy pan z siatką i obwieszoną owocami gałązką czereśni. Na widok ułamanej gałązki zrobiło mi się przykro, ale potem zauważyłam, że pan idzie o lasce, lekko utyka i ma trochę spuchniętą nogę, i pomyślałam, że może mogłabym mu pomóc z tą siatką czy coś, a później, że poczułby się skrępowany, bez sensu, weź się uspokój.

Szedł bardzo powoli, więc zaraz się z nim zrównałam, a kiedy się z nim zrównałam, wyciągnął do mnie tę gałązkę.
– Proszę, chce pani?
– Chętnie, dziękuję – powiedziałam, uśmiechnęłam się i zerwałam jedną czereśnię.
– Ale nie, niech pani całe to weźmie, proszę.
Wzięłam i poszliśmy dalej razem.

– To są dzikie, małe takie. Te normalne się na tym szczepi.
– Bardzo dobre.
– W lesie też rosną. Ale nie owocują, za ciemno.
Przypominam sobie tamto lato dawno temu, kiedy ojciec nas zabrał w Bieszczady, pannę To i mnie. Było okropnie, bo postanowił rzucić palenie i strasznie się wściekał. I miał halucynacje. Drugiego czy trzeciego dnia szliśmy drogą przez łąki i lasy i w tych lasach rosły drzewa owocowe. Ojciec powiedział, że kiedyś były tam wsie, ale nic z nich nie zostało, i tylko po tych drzewach wiadomo. A potem nagle się zatrzymał i zaniepokojony wpatrzył się w krzaki. „Krzyż. Prawosławny. Widzicie? Tam jest krzyż”. Ale żadnego krzyża nie było.

– Było ich więcej – dodaje pan z siatką – ale pousychały, jedna została.
Czereśnie mają piękne pnie, gładkie i lśniące, jak z miedzi, przypominam sobie.
– Mój pradziadek miał czereśnie, pamiętam, że są delikatne.
– Tak, tak.
– Wystarczy ostrzejsza zima i przemarzają.
– Tak.

Myślę o szmatkach, które dziadzia wiązał na gałęziach, żeby odgonić szpaki, ale o nich nie mówię. Potem dociera do mnie, że pan z siatką wyszedł z tej ciągnącej się za blokami długiej wąskiej działki, gdzie jest pełno drzew i rzędy uli, które widać nawet na zdjęciach satelitarnych na Google Maps.
– Tam są pszczoły? W tych ulach?
– Są. Zimą chorowały i część umarła. Ale są.

Idziemy, milczymy. Jem czereśnie, ściskam pestki w dłoni, są mokre i lepkie. Mogłabym je w sumie wyrzucić na trawę, może wyrosłyby drzewa, ale rzucać pestki na trawę podczas rozmowy to chyba prawie jak przy kimś pluć, więc trzymam.
– Pani leci, ja tak powoli idę…
– Ale ja tu zaraz. Akurat sobie odpocznę, bo biegałam, po lesie.
– Aha. Ja też tu zaraz, tam po drugiej stronie.

Idziemy, milczymy, jem czereśnie, ściskam pestki w dłoni. Pan z siatką patrzy na gałązkę.
– Kiedyś to nazbierałem całe wiaderko. I do słoja… Ale teraz już mi się nie chce po nie włazić, jeszcze bym spadł…
– Jak byłam mała, to zjadałam te z ziemi, co spadły.
Przez chwilę chcę jeszcze powiedzieć, że połykałam pestki i bałam się, że w brzuchu wyrośnie mi drzewo, ale w końcu nie mówię.

– A nie jedzie pani na wakacje?
– Jadę, w sierpniu. Chcemy z mężem przejechać na rowerach wzdłuż zachodniej polskiej granicy. Dwa lata temu byliśmy na wschodzie.
– Aha.
– Ja tutaj. Bardzo dobre te czereśnie, dziękuję.
– Tak, tak, lepsze niż te sklepowe. Tylko owocu na nich mało. Do widzenia.
– Do widzenia.

Gałązkę włożyłam do wody, na razie nieźle się trzyma. Chciałabym z niej wyhodować drzewo, ale tak się chyba nie da. Może posieję pestki.

IMG_9252

nauki przyrodnicze


Nie chcę Was straszyć, ale przyłapałam dziś rzeczywistość na błędzie. Kiedy zmieniałam kotom miski, grudka zaschniętej karmy przez chwilę spadała do góry.

nauki przyrodnicze


Obudziliśmy się rano, trudno nam było wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Takiego planowego chyba, to znaczy to było wiadomo od dawna. Że słońce będzie coraz większe i większe i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i było, było już tak blisko, że swoją grawitacją zaburzało czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Tak się potykał jakby, dostawał czkawki. Na bardzo krótkich interwałach, zapętlało minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, można coś było zrobić lepiej. Albo chociaż inaczej.

Obudziliśmy się rano, długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy: to było wiadomo, w szkole o tym uczyli. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i tak się stało, i było już tak blisko, że jego grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Jakby się potykał, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.

Obudziliśmy się rano, ale długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy ludzie od dawna wiedzieli, uczyli się w szkole. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. Teraz było już tak blisko, że grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Potykał się jakby, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Bardzo to było męczące, ale za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.

wewte »