ojciec


Śniło mi się, że zabiłam swojego ojca i spuściłam go w kiblu. Zabijanie i spuszczanie poszły szybko, większa część snu była o zacieraniu śladów. Krew za nic nie chciała się zmyć.

ojciec


– Zagięłaś rożek! – powiedział Adam.
– No. Czasami zaginam.

Dolewam mu. Przyglądam się jego kapeluszowi, marynarce, spodniom, guzikom przy marynarce, myślę: w Bundau jest zimno, tam panuje nieustanna zima, w Bundau żyją zdecydowanie zimowi ludzie. Wegetacja, myślę, drogi doktorze, wegetacja. Ta okolica toleruje wyłącznie minimum wegetacji. Panuje tam czarna zieleń, zielona czerń i tak ogromny mrok, że wyklucza samobójstwa.*

Kilka lat temu. Właśnie skończyła się budowa w P-cach, potem było włamanie, skradziono jakieś kaloryfery bojlery. Ojciec wziął długi urlop i zamknął się w nieurządzonym jeszcze domu. Właściwie nie wychodził. Pilnował. Alarm miał zostać zainstalowany dopiero po sylwestrze.
To był przedostatni raz, kiedy przyjechałam do rodziców na Boże Narodzenie – mieszkałam wtedy u Lochy – i ostatni raz, kiedy spędziłam z ojcem więcej czasu. Teraz widujemy się w zasadzie tylko u babci Ka na święta. Witamy się, zamieniamy kilka słów bez większego znaczenia. Ojciec siedzi w kącie pod choinką, z każdym rokiem coraz chudszy, coraz bardziej zapadnięty w sobie, coraz bardziej milczący.

Dom w P-cach jest bardzo duży i bardzo ładny. Urządził go ojciec. Osobiście wybierał meble, lampy, kafelki, zasłony, układał książki, wieszał obrazki itd. Wielu rzeczy tam teraz nie wolno, żeby coś się nie zniszczyło.
Na górze są dwa pokoje, biały i czarny, które wyglądają jak dekoracja teatralna. Stoją puste. Ojciec przygotował je dla swoich austriackich dzieci, które po niespodziewanej śmierci drugiej żony odebrała mu jej rodzina.

Ale wtedy, w tamte święta, w P-cach nie było jeszcze prawie żadnych mebli. Wigilijną kolację jedliśmy przy stole zbitym z desek przez robotników, którzy malowali ściany. Potem mama wróciła z moim rodzeństwem do P-na, a ja postanowiłam zostać z ojcem, żeby dotrzymać mu towarzystwa.
Wieczór spędziliśmy przy kominku. Czytaliśmy – ja powieść o izraelskich żołnierzach, męczącą, siedzieli bez sensu w jakiejś twierdzy, straszne napięcie – piliśmy wino. Spaliśmy w śpiworach na materacu w dużym pokoju. Przez noc temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni. Obudziliśmy się koło dziewiątej. Leżeliśmy obok siebie, na wznak, ze skrzyżowanymi na piersi rękami, jak dwa wampiry albo dwa trupy.
– Kiedy jest tak zimno – powiedział ojciec i z jego ust uniósł się obłoczek pary – trzeba oszczędzać energię. Trzeba leżeć. Leżeć i jak najmniej się ruszać.

* Thomas Bernhard, Zaburzenie, przeł. Sława Lisiecka

ojciec


– A znasz historię o tym, jak przestałyśmy się śmiać? Nie? Wydawało mi się, że już ją opowiadałam. Miałam wtedy jakieś dziesięć lat, panna To siedem. Ojciec zabrał nas w góry. W pociągu do Krakowa, czy tam dokądś, już nie pamiętam, dostałyśmy straszliwej głupawki, takiej nie do opanowania, że nawet jak brakuje ci tchu i dławisz się własną śliną, i naprawdę chciałbyś już przestać się śmiać, to nie możesz, bo musisz i nie możesz. Siedzący z nami w przedziale ponury grubas przez dłuższy czas próbował zabić nas wzrokiem, a potem zaczął burczeć i stękać. Wcale mu się nie dziwię, chichoczące dziewczynki mnie też doprowadzają do szału. Ojciec próbował nas bronić: „Ale proszę pana, to są dzieci…”. „To nie dzieci – posępnie sprostował grubas, rzucając ojcu bardzo złe spojrzenie – to potwory…” A my dostałyśmy kolejnego bolesnego ataku śmiechu. Hahahaha! Potwory! I wtedy ojciec, zapewne chcąc ratować sytuację, powiedział: „Opowiem wam dowcip, chcecie?”. Hahaha, pewnie że chciałyśmy. No to opowiedział: „Był raz facet, co zrobił sobie narty zagięte z obu stron i poszedł jeździć do wąwozu. I tak jeździł, na dół i do góry, na dół i do góry, na dół i do góry – aż musieli go zastrzelić”. A my spojrzałyśmy po sobie skonsternowane, ucichłyśmy i do samego Krakowa, czy tam dokądś, siedziałyśmy w absolutnym milczeniu.
– Hahaha!
– A nie, kurczę, pomieszałam. To nie ten dowcip.

kt

[Ale nie opowiem, bo uznaliśmy, że ten o narciarzu bardziej do tej historii pasuje. Autorem zdjęcia jest ojciec.]

ojciec


Pradziadek czasem krzyczał przez sen. Rodzice nigdy z nim o tym nie rozmawiali. Może śnił mu się Malinke, który za garażem rozstrzelał Buholza (lub odwrotnie), może zabity przez partyzantów niemiecki żandarm, którego zwłoki przeleżały w wychodku całą wojnę, a może coś jeszcze innego, o czym nikomu nie opowiadał.

Rano golił się w kuchni. Stawiał lusterko na laminowanym stole i odkręcał kran, a ja siadałam na pralce i przyglądałam się, jak wyciska krem z tubki, rozrabia pianę pędzlem, wydyma policzki, sznuruje wargi, odchyla głowę, płucze maszynkę, wklepuje w skórę wodę kolońską. Bardzo to lubiłam.
Po goleniu smażył kaszankę z cebulą albo jajecznicę ze szczypiorkiem, odprowadzał mnie do szkoły, szedł do pracy. Przed wojną był właścicielem składu aptecznego, potem pracował w Pollenie. Przynosił nam do zabawy całe palety różnokolorowych sztucznych paznokci i sztucznych włosów pozwijanych w pętelki i kalendarze z roznegliżowanymi dziewczynami.

Wracał wcześnie, starannie układał teczkę i płaszcz zawsze na tym samym fotelu. Czasem prosił mnie, żebym nawlekła mu igłę, i przyszywał odpadający guzik, a czasem kładliśmy się razem na tapczanie i opowiadał mi o dwóch takich, co ukradli księżyc. Popołudniami zakładał spłowiałą czapkę z daszkiem i rozciągnięty granatowy dres, brał sękaty kij, który służył mu za laskę, i szedł do ogrodu, a ja przeszkadzałam mu albo pomagałam. Raz tak wygracowaliśmy ścieżkę koło róży, że na następny dzień zakwitła.

Wieczorami oglądał telewizję, bardzo głośno. W drewnianych drzwiach między jego pokojem a naszym była duża pionowa szczelina w kształcie błyskawicy, przez którą starsza z moich młodszych sióstr podglądała niewolnicę Isaurę w kamiennym kręgu. Ja zadowalałam się dźwiękiem i ametystowym odblaskiem pełgającym po politurze biblioteczki.

Kiedy miałam dziesięć lat, złamał sobie rękę w ogrodzie, potem się przeziębił, a potem zachorował na raka. Nie operowali go. Nie wiem, czy było za późno, czy bali się, że nie przeżyje operacji, bo jest za stary. Potrzymali go trochę w szpitalu i oddali pod opiekę babci Ka. Odwiedziliśmy go raz u niej. Pamiętam, że odwracałam oczy, żeby nie patrzeć na cewnik wystający z rozporka piżamy. Na biurku stała butelka z jakimś rosołem, dziadzia miał przyklejone w kącikach ust koperkowe kłaczki. Pamiętam, że wyciągnął do mnie rękę, że go za nią trzymałam, i miała taki kształt jak zawsze, jak moja, ale była strasznie słaba i strasznie, przerażająco chuda, jak u kościotrupa.

Mama była wtedy w ciąży i mieszkałyśmy z nią u drugiej babci; chodziłyśmy do w-wskiej podstawówki, gdzie starszej z moich młodszych sióstr ukradli kredki. Kiedy któregoś dnia zadzwonił telefon, wszystkie czekałyśmy na wiadomość o śmierci dziadzi, ale chodziło o najlepszego przyjaciela rodziców. Przedawkował heroinę albo po prostu była jakaś lewa, znajomi uciekli, pogotowie nie dojechało. Miał być ojcem chrzestnym, żartowaliśmy później, że to dlatego młodsza z moich młodszych sióstr jest takim łobuzem.

Dziadzia zdążył jeszcze ją poznać, niedługo po tym, jak się urodziła. Na parę dni albo tygodni przed śmiercią powiedział tacie, że pod krzakiem fioletowego bzu jest słoik złotych monet, i żeby tata ten słoik wykopał, kupił samochód i tym samochodem przywiózł dziadzię do P-na. Więc tata wykopał, babcia Ka dołożyła trochę ze swoich oszczędności i kupili pozjednoczeniowego trabanta z silnikiem volkswagena, tego samego, w którym potem mieliśmy dachowanie. Był bardzo ładny wiosenny albo letni dzień, dziadzia siedział przed domem w leżaku, ze swoim sękatym kijem, i chyba się nawet uśmiechał.

Zanim poszliśmy na pogrzeb, schowałam się w wielkim wojskowym namiocie, który stał na północnym trawniku, i przez szczelinę w brezencie patrzyłam na pokrzywy. Pokrzywy falowały na wietrze, a ja nie czułam zupełnie nic, myślałam, że powinno być inaczej, i było mi z tym bardzo źle.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

ojciec


Nie jest tego dużo, ale pamiętam, że jak próbowałam go dogonić, ojciec czasem się do mnie odwracał, kucał i szeroko rozstawiał ramiona, a ja biegłam i śmiałam się, kiedy w nie wpadałam; i pamiętam, jak na spacerze trzymali mnie z obu stron za ręce, a ja podwijałam nogi i frunęłam nad kałużami, póki nie powiedzieli, żebym przestała; i jak podbiegałyśmy do nich, kiedy się jeszcze przytulali, i łapałyśmy ich za kolana, aż tracili równowagę i pies zaczynał szczekać.
I w sumie też to, że jak mama kazała nam pilnować gotującego się mleka, to ze stoickim spokojem patrzyłyśmy na garnek i kiedy zaczynało kipieć, biegłyśmy do niej, krzycząc piskliwie „Ki-pi, ki-pi, ki-pi!” – bo to była taka nasza zemsta.

ojciec


W pracy ostatnio nie jest dobrze. Rozgoryczeni odwiedzamy się z kawą po pokojach, siadamy na cudzych krzesłach, wymieniamy żale. Żartujemy za dużo, dziecinnie i głupio. Bywa, że zanim doprowadzimy taki żart do końca, już nam wstyd, żeśmy w ogóle zaczęli.

Kiedy wychodzę ze swojego pokoju, za każdym razem spotykam Darka, który właśnie wyszedł ze swojego. Jesteśmy zsynchronizowani jak diabeł i śmierć na zegarze, tylko nie wiem, które jest które.

Zagląda Ania. Miała sprawę do Filipa, do nas wpadła na chwilę, tak po prostu, pogadać, ale Adam i ja nie umiemy. Zmęczeni i rozkojarzeni gubimy wątki, nie jesteśmy rozmowni, nie jesteśmy zabawni, chyba nawet nie jesteśmy mili. Ania, coraz bardziej zakłopotana, zaplata nerwowo szczupłe palce. Jest śliczna. Ma duży, efektowny pierścionek, jego luźno połączone szkiełka grzechoczą przy każdym ruchu.
– Ładny masz pierścionek – uśmiecham się krzepiąco. Ania dziękuje.
– Adam… – mówi. – Adam, nie przejmuj się. Wszystko będzie dobrze.
Naprawdę mi jej szkoda, mało brakuje, a bym się przyłączyła, chociaż wiem, że Adam bardzo nie lubi pocieszania. Przez chwilę wszyscy troje milczymy.
– Kupiłam foremki w kształcie zwierzątek – mówi wreszcie Ania, a ja czuję ogromną ulgę. – Następnym razem przyniosę wam ciasteczka.

Wieczorem, już po wyjściu Adama, przychodzi do mnie Darek. Siedzimy w półmroku, Adam i ja nigdy nie włączamy górnego światła. Na naszych zestawionych razem biurkach, pośrodku, stoi lampa z koronkowym abażurem, którą mój ojciec zrobił z aluminiowej butelki po wódce.
– Kiedy źle się dzieje – mówi Darek – ludzie dziecinnieją.
– Tak – milczę przez chwilę. – To upokarzające.
– Ironia – mówi Darek – jest bronią niewolników.

Potem przychodzi już z walizką, pożegnać się. Patrzy na mnie z wysokości swoich prawie dwóch metrów, chowając podbródek w kołnierzu kurtki. Zawsze kiedy tak robi, przypomina mi się dziadek Hansa Castorpa. Patrzy i mówi z czymś w rodzaju troski, trochę jakby składał mi życzenia noworoczne, a trochę jakby wyjeżdżał na długo:
– Do zobaczenia, Karo… Zachowaj powagę.
Patrzę na niego, kiwam głową, uśmiecham się, ale tylko trochę.
– Dobrze – mówię, i dodaję, jakbym składała życzenia noworoczne: – Ty też.

ojciec


Poprzednia część tutaj, zdjęcia tutaj, a teraz część trzecia, więc tak.

Poniedziałek, w stronę Hali Rysianka, najpierw drogą, potem śladami, na oko wczorajszymi. Dostaję esemesa od ojca, który od dawna się do mnie nie odzywa. Że się niepokoją. Mama pisze, że w Beskidach od pięćdziesięciu lat tyle śniegu nie było.
Po dwóch godzinach ślady schodzą ze szlaku, po następnych trzydziestu minutach urywają się w zaspie. Widać próby brnięcia na przełaj pod górę, też próbuję, za głęboko, rezygnuję, wracam do szlaku, usiłuję sprawdzić, czy na nieprzetartej drodze są oznaczenia, po paru krokach odpuszczam, za głęboko. Wracam do zaspy, ale obejrzawszy mapę i sprawdziwszy godzinę, podejmuję jedynie słuszną decyzję o odwrocie, chociaż bardzo mi szkoda, bo wszystko wskazuje na to, że jestem już naprawdę blisko.
Pekaes do Żywca. Restauracja ze zmęczonymi kelnerkami komponującymi się w coś jak obraz Hoppera (zbieram się nawet na odwagę i pytam, czy mogę im zrobić zdjęcie, ale nie chcą), bus do Suchej Beskidzkiej. W schronisku młodzieżowym oprócz mnie tylko kobieta w średnim wieku. Spotykamy się przypadkiem w kuchni.
– Dobry wieczór – mówię.
– Dobry wieczór – odpowiada ona. – Daleko jeszcze do Żywca? – pyta, dziwnie, jakbyśmy były pielgrzymkami zmierzającymi w to samo miejsce.

Esemes od Marcina. Śniło mi się że umarłaś spokojnie i staczasz się po zboczu z różnych powodów wiedziałem że to znaczy że wszystko ok :-)

Wtorek, na tubce z pastą do zębów widzę napis „Chroń uczucia przed próchnicą”. Śniadanie, bankomat, rozkład jazdy, zakupy, dalej. Jakaś kobieta krzyczy za mną:
– Czy pani roznosi?
– Słucham?
– Czy pani jest listonoszką?
Zawoja po zmroku napełnia mnie niezrozumiałym smutkiem. Znajduję nocleg u bardzo miłej choć nieco zbyt gadatliwej gospodyni, która gubi słowa – peszę się, nie podpowiadam, bo nie jestem pewna, czy nie chodziło o jakieś inne, jeszcze poczułaby się urażona sugestią, że takiego prostego nie może znaleźć, „syrena”, „emerytka”, „muzyka”, „wspomnienia”… – a wszystkie dłuższe kwestie kończy przeprosinami, na co nie wiedząc jak reagować, odpowiadam za każdym razem „dziękuję”.
Wieczór w Zawojance, gdzie wypiłam pierwsze w życiu piwo. Lokal trochę się zmienił, ale jest ten sam barman, który te piętnaście lat temu pijaków ścierką przeganiał.

Środa, kupuję igłę i nitkę, bo mój płaszcz gubi piórka przez szczelinę w okolicach lewej kieszeni. Na Halę Krupową dostaję się bez problemu, śnieg tylko po kolana, przedeptane. Na górze mgła i zaspy, ale zamarznięte po wierzchu w mocną skorupę. W schronisku remont, nikogo oprócz mnie.

Czwartek, z powrotem na dół, planowaną trasę górą zdecydowanie odradzają, za głęboko, nikt nie szedł. Bus, kawa w restauracji pod wyciągiem (nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy jeżdżą na nartach). Cztery godziny śladami psów i saren (diabłów, krów?). Ślady zwierząt są lepsze, zwierzęta chodzą po płytkim.
Na Markowych Szczawinach nowe schronisko postawili, wielkie, na wysoki połysk. Pustawo. Pytam, czy na Babią się da. Z kuchni wygląda goprowiec. „No chyba że jest pani kamikadze albo robokopem. To byłoby pani ostatnie wejście. Śnieg mokry, ciężki, cały czas pracuje, a przy tym wietrze to na górze zaspy mogą być po trzy, cztery metry… Nawet byśmy po panią nie dojechali”. Mówię, że ja nie teraz, ciemno przecież, jutro chciałam. Goprowiec radzi zajrzeć rano do dyżurki, zapytać, może się coś poprawi.

[Ciąg dalszy tutaj.]

ojciec


Byliśmy wczoraj w starym domu w P-nie, Marcin, Doktorowa i ja.

W swojej chorobliwej żywotności ogród wygląda jak nieprzyzwoita kpina z przemijania. Monstrualne rośliny eksponują miękkie tkanki, ślimaki powlekają wszystko gęstym śluzem, który gdzieniegdzie krzepnie w fantazyjne gluty, dwumetrowe pokrzywy szczerzą zęby w słońcu.

Na klamce pajęczyny. Drzwi otwierają się ciężko, musiały nasiąknąć wilgocią. W kuchni opróżniona do połowy butelka czerwonego wina, zakorkowana, obwiązana wokół szyjki chusteczką higieniczną. Pewnie mama zostawiła. W dużym pokoju całkiem pusto, wydaje się mniejszy. Zamknięte okiennice, przeszklone drzwi zasłonięte ciemnozieloną płachtą. W szafie w sypialni rodziców wiszą stare marynarki ojca. Doktorowa bierze jedną, przymierza, wyciąga z kieszeni dwa złote i pięćdziesiąt groszy, śmieje się.
– Proszę – podaje mi.
– Nie chcę. To pieniądze mojego ojca. Odłóż na miejsce – mówię. – On nie lubi, jak się rusza jego rzeczy – dodaję wyjaśniająco, bo jakoś to szorstko zabrzmiało.

W zlewie leżą stare garnki. Odkręcam kran. Woda nie leci, słychać tylko dźwięk podobny do ciężkiego chrapliwego oddechu. Wchodzę na górę, głaszczę dom po ścianie. Pokój, w którym ostatnio mieszkałam, jest zamknięty na klucz. Dzwonię do mamy. Zasięg bardzo słaby, trudno rozmawiać, przerywa. Kiedyś tak nie było.
– Mogę wziąć termometr z waszej sypialni?
– Bierz, bierz. Jeśli chcesz coś jeszcze, to też. W szafie są jakieś garnki, może potrzebujesz?

Dom sprawia wrażenie wielkiego starego zwierzęcia, które śpi. Nie zasmuca. Niepokoją tylko zostawione w nim rzeczy. Dlaczego ojciec nie zabrał swojego katalogu z wypisanymi na maszynie fiszkami? Ślady niedawnej obecności mamy sprawiają wrażenie, jakby mieszkańcy wyprowadzili się w pośpiechu, jakby przed czymś uciekali. Przyłapuję się na tym, że zadaję sobie pytanie, co się stało z tymi ludźmi.

ojciec


brzuch

ojciec


P-ce, zjazd rodzinny z okazji świąt, późna noc, wszyscy dorośli pijani.
Ojciec: Wojna… Jechaliśmy przez pole minowe… Nagle rosyjski posterunek. Ty wiesz, co to jest? Osiemnastoletnie chłopaki z karabinami, pijani. I Henry odpychający lufy, take a fucking break, baba… Jedź ze mną na wojnę.
Słuchamy go mało uważnie, znamy to na pamięć, nie chcemy jechać na wojnę. Starsza z moich młodszych sióstr gładzi się po nodze.
Starsza z moich młodszych sióstr: O, jakie mam gładkie nogi.
Gładzę starszą ze swoich młodszych sióstr po nodze: O, rzeczywiście.
Mama: Jakie wy jesteście ładne.
Mój czternastoletni brat: To ja idę spać.
Wszyscy: Dobranoc.
Ojciec wstaje, podchodzi do drzwi sypialni: Czy wszyscy mężczyźni poszli spać?
I zaraz sam sobie odpowiada: Tak. To dobranoc. Prowadźcie sobie dalej te swoje nieadekwatne babskie rozmowy.