panna To


Orkan Grzegorz przewiał mnie dziś prawie do kości. Justyna powiedziała mi o Cimitirul Vesel, Piotr, że jest kolor, który nazywa się caput mortuum, a panna To zamówiła płyty z muzyką z samego Irbilu. Mama zaczęła od „Wiem, że nie lubisz, jak dzwonię”, Aga życzyła mi słońca, między innymi, babcia K. przede wszystkim zdrowia, a z teściową rozmawiałam o sztormie. Terapeutka spytała, co czuję, Locha o dzieci, i kiedy („Nie? A to świnie”). A Adam zrobił tiramisu.

panna To


W latach osiemdziesiątych starsza z moich młodszych sióstr i ja byłyśmy małe i jeszcze tylko dwie. Układało nam się rozmaicie, przeważnie nie najlepiej (przeważnie z mojej winy), ale słodycze dzieliłyśmy po równo. Czy dostałyśmy od Dorosłych kukułki, czy krówki, czy wyblakłe groszki – zawsze mozolnie rozkładałyśmy je na dwie równe kupki.
Któregoś razu zobaczyli to rodzice i chyba im się nie spodobało.
– Po równo? To komunizm.

Zmartwiłyśmy się. Wiedziałyśmy, że komunizm jest zły. Rodzice z nim walczyli. Mieli kalendarz z Wałęsą, chodzili na demonstracje, roznosili jakieś ulotki i nawet kiedyś coś drukowali na strychu, a ja, wtedy mniej więcej czteroletnia, snułam się po domu i mruczałam złowieszczo „Panowie przyjdą”, ale nie przyszli, a potem maszyna się zepsuła.
Z nielegalnych książeczek dla dzieci wyłaniał się ponury obraz. Pryszczaci zomowcy bijący ludzi pasami (autorzy innej książeczki dodawali wprawdzie, że nawet pod twardą zbroją ZOMO puka jakieś serduszko, ale wywoływało to we mnie zbyt poważny moralny niepokój, żebym chciała się nad tym dłużej zastanawiać), smok komuna (w końcówce ostatniej z książeczek zredukowany do niedużego węża w słoiku z datą 1989) i walcząca z nim solidarność, smutasy i ponuraki, zły król Wojcieszko, uszaty kłamczuch w telewizorze, zero zabawy, zero cukierków. No i najprawdopodobniej właśnie przez komunizm świat w czołówce Dziennika Telewizyjnego był smutny i za kratami.

Dlatego kiedy dostałyśmy następny przydział kukułek, krówek czy wyblakłych groszków, wysypałyśmy go na stół, krzyknęłyśmy: „Precz z komunizmem, teraz solidarność! Każdy je, ile chce!”, i rzuciłyśmy się zagarniać każda jak najwięcej dla siebie.
Spodziewałyśmy się pochwały i uznania (nawet się rymowało!), ale rodzice chyba się obrazili. Powiedzieli, że solidarność to co innego, ale kiedy zapytałyśmy co, nie chcieli wytłumaczyć.
No a nam, starszej z moich młodszych sióstr i mnie, cała ta solidarność zwyczajnie się nie spodobała. Za dużo nerwów. I wydawała się po prostu niesprawiedliwa. Wróciłyśmy do komunizmu, ale na wszelki wypadek w tajemnicy.

zomowcy

Il. Piotr Marianowicz, w: Paweł Pożarski, Bajka o Królewnie Śnieżce i 10 mln krasnoludków, Oficyna Wydawnicza RYTM, 1985.

panna To


IMG_7196

IMG_7225

IMG_7277

IMG_7289

Więcej tu.

panna To


To ta historia z dziećmi zrobiła z mojego, naszego ojca tę zapadającą się w sobie skorupę, którą był przez ostatnie lata. Zawsze był trudny, mama mówi „specyficzny”, ale kiedy austriacki sąd odebrał mu wszystkie prawa, a dzieci, zapewne przytłoczone spotkaniami pod nadzorem psychologa, poprosiły, żeby już nie przyjeżdżał, jakby coś się w nim przepaliło. Myślał – tak później powiedział – że już nigdy ich nie zobaczy. Zostały mu tylko te dwa kompletnie umeblowane pokoje na górze, czarny dla Ignaca, biały dla Wandy, które wyglądały jak dekoracja teatralna. Brał jakieś przepisywane przez babcię K tabletki i trawił się od środka, po pijaku snuł szalone wizje. Coraz bardziej przypominał swojego ojca, który kilkanaście lat wcześniej popełnił samobójstwo przez zaniechanie.
Kontakt z dziećmi zupełnie się urwał. Ja i Stasiek ostatni raz widzieliśmy je w 2006, jeszcze przed śmiercią Johanny, ich matki, To i Zoś trochę później.

I teraz, w czerwcu, Wanda znalazła nas na Facebooku. Któregoś dnia po prostu dostaliśmy od niej zaproszenie do znajomych. Rany, jak wyrośli. Kiedy ich ostatnio widziałam, ona miała sześć lat, a Ignac osiem.
Szybko się umówiliśmy i na początku lipca wszyscy czworo – To, Zoś, Stasiek i ja – wsiedliśmy w pożyczony od ojca samochód i pojechaliśmy do Braunau. Ojcu jakby ktoś wymienił bezpiecznik. Ciągle do nas pisał, pytał, jak nam się jedzie, gdzie jesteśmy, radził, żeby pić dużo wody, bo upał, i od czasu do czasu włączał mu się taki smoleński lęk, „dziwnie się czuję na myśl, że być może wszystkie moje dzieci będą jechały jednym samochodem”. (Podczas przeglądu technicznego przed podróżą okazało się zresztą, że przewody hamulcowe są przerdzewiałe, ale powiedziałyśmy mu o tym dopiero po powrocie).

Obawiałyśmy się spotkania z ciotką dzieci, Karoliną, a wiadomo było, że trzeba będzie pogadać, bo się niepokoiła, dopytywała Zosię o plany, chciała znać szczegóły. Ojciec ostrzegał, żeby uważać, nie ufać, nic u niej nie pić i nie jeść. To w ogóle nie chciała jej oglądać, mnie było łatwiej, bo jej nie znałam. Doszłam do wniosku, że najrozsądniej będzie tak normalnie, po ludzku. Zaprosiłam ją do znajomych na fejsie i jakby nigdy nic napisałam, że hello, Karolina, że chętnie się spotkamy, jeśli chce porozmawiać, że zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się czuli. Ale kiedy odpowiedziała: Yes, Karolina, we’ll meet and talk…….., poczułam się jednak dziwnie.

Od dawna boję się Austrii. Bo Bernhard, bo Haneke, Jelinek. Kiedy słyszę „Austria”, myślę „piwnica”, myślę „Wolfsegg, esesmani w dziecięcej willi”. I te ich ogródki. Pielęgnowanie tych wszystkich rabatek, klombów i żywopłotów to musi być straszna robota. Nie wierzę, że zajmują się tym dla przyjemności. Są zbyt doskonałe. Wyglądają, jakby uprawiali je kompulsywnie, żeby o czymś zapomnieć albo o czymś nie myśleć.
Wiem, wiem; to tylko taka konstrukcja, Austria może być wszędzie, jest na przykład w w-wskiej kamienicy, gdzie Radeczek wynajmuje mieszkanie, dwa piętra niżej; „Austria” to po prostu poręczna nazwa pewnej postawy, tej samej, o której przypomniała mi książka o Akcji T4, którą teraz redaguję, i w sumie dlatego postanowiłam opowiedzieć tę historię, postawy wyrażającej się między innymi w odpowiedzi, jakiej w 1920 roku jeden z rodziców pensjonariuszy niemieckiej placówki opiekuńczej w Grosshennersdorfie udzielił na postawione przez kierownika w ankiecie pytanie: „Czy zgodziliby się państwo na bezbolesne skrócenie życia swojego dziecka, gdyby fachowcy stwierdzili u niego nieuleczalny debilizm?”, a która brzmiała: „Wolałbym nic o tym nie wiedzieć”.

– Ale o co wam chodzi z tą Austrią?
– Zobaczysz Stasiek, zobaczysz – powtarzałyśmy.
– Czujesz? – zapytała To. – Wszystko ładnie pięknie, domki, ogródki, uśmiechnięci ludzie, ale śmierdzi gnojem.
– A Hermann? Co z Hermannem? – Przypomniałam sobie; Hermann, brat Johanny i Karoliny, był chyba jedyną przyjaźnie nastawioną do ojca osobą w tej rodzinie.
No i To powiedziała mi, co z Hermannem.

Miała być świadkiem w sądzie. Pojechała do Austrii z ojcem, zatrzymali się w jakimś hotelu. Dzień przed decydującą rozprawą przyjechał do nich Hermann. Zupełnie pijany. Płakał. Mówił, że Karolina i jego żona zmuszają go, żeby zeznał nieprawdę – że ojciec bił Johannę, bił dzieci, że coś tam. Mówił, zanosząc się pijackim płaczem, że tego nie zrobi, bo to jest nieuczciwe i złe, i że dzieci powinny być z ojcem. Potem powiedział, że musi już wracać, bo zaczną coś podejrzewać. I pojechał.
Na rozprawie zeznawał, płacząc. To nie rozumiała, bo mówił po niemiecku, ale widziała, co się dzieje.

Karolina mieszka z dziećmi w M, małym miasteczku pod Braunau, w umeblowanym po mieszczańsku austriackim domku z austriackim ogródkiem. Cała rodzina tam mieszka, wszyscy w takich domkach, Hermann też. W domku Karoliny jest bardzo czysto i pełno tam niepasujących do mebli dywanów i makatek (jedna super, z wielbłądami i jurtą), których ojciec i Johanna nakupowali kiedyś sporo na Kaukazie; nawet ja mam jeden taki dywan, tylko że ten mój jest bardzo mały. Nie wiem, co o niej myśleć. Rozmawiało się z nią dziwnie, ale nas nie otruła i niczego nam nie utrudniała.
Powitanie z Ignacem i Wandą było jak z telenoweli, Zoś dostała nawet spektakularnego ataku histerii. Potem zostawiliśmy Karolinę w jej domku z ogródkiem i poszliśmy na kolację. Po drodze mijaliśmy dom Hermanna.
– Tu mieszka wujek Hermann – powiedziała Wanda – ale rzadko się widujemy.
– Czemu?
– A bo nas nie lubi, Karoliny i nas.
Okna były akurat otwarte, więc krzyknęła wesoło: Hello, Hermann!, ale nikt nie odpowiedział.

panna To


exlibris7bPierwszy ekslibris w ogóle, zamówiony przez Pannę To. To prosiła, żeby z elementem motoryzacyjnym. Opcja rozwodowa to moja własna inwencja.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

panna To


IMG_5604

IMG_5863

IMG_5876

IMG_5904

Więcej tutaj.

panna To


Była u nas panna To z Tolkiem. W którymś momencie zabraliśmy się do przygotowywania obiadu. Miał być makaron z pieczarkami. Postanowiłam wciągnąć Tolka w gotowanie, żeby go czymś zająć, bo był już zmęczony i trochę rozrabiał.
– Jeżeli chcecie, żeby pomógł – powiedziała To – to może na przykład powyrywać pieczarkom nóżki.

panna To


IMG_3141
IMG_3138
Dzięki uprzejmości modelki :-) Kliknąwszy itd.

panna To


Na balkonie hoduję rośliny. Zakopuję wszystkie pestki. Czasem coś wyrasta, czasem nie.

Wyrosły winogrona, melony i papryki, wyrosło awokado i wyrosła cytryna. Nie wyrósł daktyl ani tamarynd, w doniczce z tamaryndem zalęgły się muchy. Śliwkom, czereśniom i arbuzowi daję jeszcze czas.
W starych doniczkach po zewnętrznej stronie balustrady są chwasty, też je podlewam, patrzę jak rosną.
Nie przyjęły się przyniesione ze spaceru trzciny, za to przesadzony do osobnej doniczki powój, który wysiał się między paprykami, ma się bardzo dobrze.
Od męża, Agi i panny To dostałam nasiona ziół, rzodkiewek, truskawek, pomidorów, cukini, maciejki, lawendy i groszku. W doniczce z lubczykiem wyrosła rzepka. Nasiona od panny To były z Ikei, dołączono do nich ziemię w proszku.
Przez internet kupiłam nasiona passiflory i takiej dużej rośliny z dziurkowanymi liśćmi, jaką mieliśmy w starym domu; nazywa się monstera deliciosa. W kopercie była karteczka z napisem NASIONA ŚWIATA.
Passiflorę posiałam w dwóch doniczkach, w jednej wyrosła, w drugiej nie. Potem pojawiła się nie wiadomo skąd z cukiniami i z paprykami. Dzisiaj w doniczce z pestkami śliwek widziałam jeszcze jedną.
Jak dostałam ostatnio tydzień zwolnienia, to siedziałam na balkonie i patrzyłam na rośliny.
Aga też hoduje rośliny na balkonie. „Ej – pisała do nas niedawno – żeby z kwiatków były owoce, potrzebna jest pszczoła, prawda? Nie wiem, czy u moich pomidorów była”.

Nasiona świata nie wykiełkowały. Zamiast świata wyrosła mi dorodna pokrzywa. Ale czekam. Na dołączonej do nasion karteczce była mowa o tym, że mogą potrzebować dwunastu tygodni.

IMG_3216

panna To


Kiedy Adam rzucił pracę, postanowiliśmy zamieszkać razem. Wszystko sobie zaplanowaliśmy – Adam będzie siedział w domu z kotami, pisał, gotował i robił różne zlecenia, a ja będę wracała wieczorem i mówiła w drzwiach: Hoooney, I’m home!
– A ubezpieczenie zdrowotne? – zaniepokoiłam się. – Można cię ubezpieczyć na mnie?
– Chyba musielibyśmy być małżeństwem… Wiesz co… potraktuj to jak oświadczyny. Sprawdzę jutro, co jest potrzebne w urzędzie. Nie musisz odpowiadać od razu.
– Okej – odpowiedziałam; po chwili, bo jednak jeszcze nigdy mi się nikt poczytalny nie oświadczał. – Będzie mi bardzo miło. Nie planowałam wychodzić za mąż, ale dla ciebie zrobię wyjątek.
– Super – powiedział Adam i podśpiewując „Zostałem przyjęty, zostałem przyjęty!”, poszedł nalać nam whisky. – Ale – upewnił się, wręczając mi szklankę – nie robisz tego tylko ze względu na ubezpieczenie?

Na następny dzień zadzwoniłam do mamy.
– Cześć mama, słuchaj, pamiętasz, który urząd wystawiał mój akt urodzenia?
– Hmmm, nie pamiętam, chyba p-ski, ale głowy nie dam… A po co ci?
– A… bo chciałam sobie dowód w końcu wyrobić. – Zabrzmiało raczej wiarygodnie, ale na wszelki wypadek rozwinęłam: – Bo jak mnie ojciec z P-na wymeldował i zameldował tam u was, pamiętasz, to sobie nie wyrobiłam, bo mi się nie chciało jeździć, i teraz ten stary już jest dawno nieważny, i wiesz.
– A, aha… – Nie byłam pewna, czy mi wierzy, ale nie drążyła. – W sumie to chyba wszystko jedno, możesz iść do tego głównego urzędu, koło kina M.

No to poszłam. Urząd nowoczesny, numerki jak na poczcie, z literkami, do różnych spraw różne literki. Wzięłam W – wnioski o odpisy. Urzędniczka miała brudne włosy i chyba nie była ze mnie zadowolona, ale wniosek przyjęła, dała kwitek z pieczątką i kazała przyjść za tydzień, a potem nakrzyczała na skuloną na krześle biednie ubraną kobietę, trzymającą w dłoni numerek z literą Z.
– Pani do zgonów? To nie tutaj, proszę do tamtego okienka!

Kiedy z Z-a przyszedł odpis Adama, wzięliśmy urlop i pojechali do P-na. Wybraliśmy P-no, bo liczyliśmy na mniejsze kolejki, a także – jeśli nie przede wszystkim – dlatego, że w P-nie jest śmieszny mały ratusz z półksiężycem na wieży, zaraz koło kościoła mojej apostazji.
Odczekaliśmy swoje, trzy urzędniczki biegały z pokoju do pokoju – rozpoznałam tę, która kilka lat temu udzielała moim rodzicom drugiego ślubu – wychodzili różni dziwni ludzie, wreszcie nadeszła nasza kolej. Daliśmy odpisy, ustaliliśmy termin – i wtedy okazało się, że nie można wyjść za mąż na paszport.
– Musi być poświadczenie zameldowania – powiedziała urzędniczka, która udzielała moim rodzicom drugiego ślubu i którą koleżanki nazywały Fredzią. – Paszport nie odzwierciedla faktycznego stanu rzeczy.
No to poszliśmy na śniadanie do restauracji naprzeciwko ratusza i pojechaliśmy do Ż Woli.

IMG10617

Jechaliśmy zaśnieżonymi bocznymi drogami, na wyczucie, bo nigdy nie byliśmy w Ż Woli, a atlas drogowy, który znaleźliśmy w samochodzie, okazał się bardzo stary i nieaktualny. Trafiliśmy, żeby się przekonać, że w Ż Woli jest pustka, urząd, remiza, kiosk i sklep ze śrubami. W urzędzie dwie miłe panie poprosiły o wypisanie wniosku i uiszczenie opłaty w kasie, a następnie wydały stosowny dokument. W łazience znaleźliśmy wstrząsającą instrukcję.

Baliśmy się, że już tam zostaniemy, między remizą a urzędem, pod tablicą z mapą pustki, bo samochód nie odpali (jest stary i czasem nie ma siły, trzeba go wtedy głaskać po desce rozdzielczej), ale się udało. Byliśmy już prawie w P-nie, kiedy zadzwonił nasz nowy landlord. „Cześć, jak tam? Słuchaj, jest taka sprawa, hmmm… czy przy sprzątaniu nie znaleźliście czasem pistoletu?”

Aga i Mariusz, ten od psa, zgodzili się być świadkami. Oprócz nich o naszych planach wiedziały tylko moje młodsze siostry, które zaprosiliśmy, żeby robiły zdjęcia, oraz rodzice Adama i jego brat, którym tą informacją chcieliśmy wynagrodzić brak zaproszenia.
Minął przepisowy miesiąc i dzień, i kilka dodatkowych dni. Aga zrobiła tiramisu, kupiła – na nasze wyraźne życzenie – paskudną figurkę na tort weselny i sprawiła sobie białą bluzkę z plastikowymi brylantami, które odpruła i podarowała Adamowi, ja nie byłam u fryzjera, manikiurzystki i kosmetyczki, a Adam naładował akumulator.

Pani Fredzia miała togę i imponujący łańcuch z orłem. Zaczęła od „Witam państwa serdecznie w Urzędzie Stanu Cywilnego w P-ecznie”, czym z miejsca mnie załatwiła, przez całą ceremonię musiałam się potem powstrzymywać od śmiechu. Poza tym bałam się, że coś źle powtórzę, źle albo za głośno, albo za cicho, więc musiałam robić miny, przebierać nogami i bujać się na boki. Ale wszystko się udało.

IMG10628 (1)

Potem była parapetówka. Trochę przed dziesiątą puściłam Białego misia, a Adam i Aga wnieśli tort.
Tych, których nie było, poinformowaliśmy telefonicznie. „Uiiiiii!” – krzyknęła babcia Ka, tak głośno, że aż w kuchni ją było słychać; „Proszę mnie odwiedzić, jak stopnieją śniegi” – powiedziała Locha; „Tak coś podejrzewałam – powiedziała mama – nie jesteś osobą, która by sobie ot tak wyrabiała dowód”.

 

panna To


– A znasz historię o tym, jak przestałyśmy się śmiać? Nie? Wydawało mi się, że już ją opowiadałam. Miałam wtedy jakieś dziesięć lat, panna To siedem. Ojciec zabrał nas w góry. W pociągu do Krakowa, czy tam dokądś, już nie pamiętam, dostałyśmy straszliwej głupawki, takiej nie do opanowania, że nawet jak brakuje ci tchu i dławisz się własną śliną, i naprawdę chciałbyś już przestać się śmiać, to nie możesz, bo musisz i nie możesz. Siedzący z nami w przedziale ponury grubas przez dłuższy czas próbował zabić nas wzrokiem, a potem zaczął burczeć i stękać. Wcale mu się nie dziwię, chichoczące dziewczynki mnie też doprowadzają do szału. Ojciec próbował nas bronić: „Ale proszę pana, to są dzieci…”. „To nie dzieci – posępnie sprostował grubas, rzucając ojcu bardzo złe spojrzenie – to potwory…” A my dostałyśmy kolejnego bolesnego ataku śmiechu. Hahahaha! Potwory! I wtedy ojciec, zapewne chcąc ratować sytuację, powiedział: „Opowiem wam dowcip, chcecie?”. Hahaha, pewnie że chciałyśmy. No to opowiedział: „Był raz facet, co zrobił sobie narty zagięte z obu stron i poszedł jeździć do wąwozu. I tak jeździł, na dół i do góry, na dół i do góry, na dół i do góry – aż musieli go zastrzelić”. A my spojrzałyśmy po sobie skonsternowane, ucichłyśmy i do samego Krakowa, czy tam dokądś, siedziałyśmy w absolutnym milczeniu.
– Hahaha!
– A nie, kurczę, pomieszałam. To nie ten dowcip.

kt

[Ale nie opowiem, bo uznaliśmy, że ten o narciarzu bardziej do tej historii pasuje. Autorem zdjęcia jest ojciec.]

wewte »