prawda



Kliknąwszy itd.

prawda


Czy to można po prostu zarządzić? Która naprawdę jest godzina?
Podobno przy jesiennej zmianie czasu wszystkie pociągi zatrzymują się na godzinę w środku nocy. Ale co robią na wiosnę?
Znowu nam zabrano, nie wyspałam się. Ale niech tam. Będziemy mieli dłuższe letnie wieczory.

[Zegar dworcowy z P-na, koniec marca 2010. Kliknąwszy itd.]

prawda


Skończył mi się notes, więc kupiłam nowy. Przepisałam ze starego hasła, piny i loginy, numery telefonów i daty urodzin. Przepisałam listę książek do kupienia i filmów do obejrzenia. Przepisałam datę ostatniej wizyty u doktor K. Zatrzymałam się na notatce 17.01.2011, xxx.
Czarne cyfry wyprężyły się na papierze jak pajęcze nóżki. Nie wiem, jak to możliwe, ale naprawdę o tym zapomniałam.

Nie chciałam tego. Nie umiem nawet powiedzieć, jak to się stało. Pamiętam, co było przed i po, ale najistotniejszy moment jakby mi wycięło. Wiem tylko, na pewno, że to był przypadek. Przeraziłam się, każdy by się przeraził, i uciekłam. Nie wiem, na co wtedy liczyłam. Że nikt nie zauważy? W sumie słusznie – już prawie rok minął i nic. Ale przecież w każdej chwili mogą ją znaleźć. I co im wtedy powiem? I kto mi po tych wszystkich miesiącach uwierzy? Do takich rzeczy trzeba się przyznawać od razu.

Wzięłam skalpel, zdrapałam cyfry, wyrwałam kartkę, podarłam. To straszne, wiem, ale nie miałam wyrzutów sumienia, ani wtedy, ani wczoraj. Po prostu się bałam. Że znajdą, pewnie całkiem zgniła, przyjdą, będą pytali. A ja nie będę umiała przekonująco kłamać, bo już pamiętam.

Obudziłam się dzisiaj trochę po ósmej. Spojrzałam na smugę światła na podłodze, pościel była przyjemnie ciepła i gładka. Nie poczułam ulgi. Z całej siły próbuję sobie wmówić, że tylko mi się to przyśniło. Jeżeli w to uwierzę, może uda mi się ich oszukać.

prawda


Kiedy byłyśmy małe, rodzice hodowali króliki. Za garażem, tam gdzie pod koniec wojny Bucholz zastrzelił Malinkego (lub odwrotnie), stały przy ścianie klatki z desek i siatki ogrodzeniowej. Starsza z moich młodszych sióstr i ja często tam chodziłyśmy. Głaskałyśmy króliki, zaglądałyśmy w ich dziwne czerwone oczy, karmiłyśmy mleczami i trawą. Niektóre miały kolczyk w jednym uchu, jak Adaś, najlepszy przyjaciel rodziców, który parę lat później przedawkował heroinę, i wyglądały bardzo zawadiacko. Czasami rodziły się młode, łyse i różowe.
Któregoś dnia wszystkie zniknęły. Mama powiedziała, że tata wywiózł je do lasu.

prawda


leksykon01

2008. Rysunek odnaleziony niedawno i przypadkiem w pudle, które leży na szafie.

prawda


[Poprzednia część tu.]

Odjechał po trzecim „nie”. W kierunku, z którego przyjechaliśmy. I wtedy sobie przypomniałam. Widziałam go rano przy stoliku przed motelową knajpą i uśmiechnęłam się do niego.

Potem przez Rajtopíky i sedlo Humenec na Sl’ubicę i do Vojkovców, gdzie dowiaduję się, że za Kal’avą szlak poprowadzono naokoło, żeby omijał cygańską osadę, bo „Cygany rozbójniki” turystów okradały. Tak samotnie podróżować, niebezpiecznie. U was, w Polsce, to jeszcze, Cyganów tyle nie ma, ale tu… panie!

Do Kal’avy szosą przez pola, stamtąd do Kalinovców przez las w zapadającym zmroku. Myślę o cygańskiej osadzie, gdzieś tam za drzewami.
Do Krompach już po ciemku. Szukam zaznaczonego na mapie noclegu na obrzeżach, ale okolica nieciekawa, jakieś składy, magazyny, opuszczone domy, rozlatujące się ogrodzenia z falistej blachy i niczego, co przypominałoby hotel/pensjonat/schronisko, więc rezygnuję, idę do miasta. Wpół do dziewiątej znajduję Penzión Bar Diamond. Tak, można się zatrzymać na noc, chłopak zza baru się uśmiecha, może masz ochotę na piwo, usiądź, trzeba przygotować pokój, to trochę potrwa. A potem prowadzi mnie przez zaplecze, jakieś pomieszczenia w remoncie, deski, ziemia, cegły, worki z cementem, ciemno.
– Pozor – mówi i podaje mi rękę, jak dziecku. Wchodzimy na piętro, chłopak cicho się śmieje. – Ideme do neba, hej?

Niebo, ku mojemu zaskoczeniu, też znajduje się na parterze. Przez okno zagląda sympatyczny duży pies, który na pewno jest suką.

*

Rano wychodzę bez pożegnania, bo bar jeszcze zamknięty. Okazuje się, że w Krompachach mieszka dużo Cyganów rozbójników. Są mili, uśmiechają się, mówią mi dobrý deň. W zasadzie sprawiają wrażenie dużo bardziej otwartych niż Słowacy, którzy potrafią odprowadzić mnie ciężkim spojrzeniem albo dziwią się mojemu samotnemu podróżowaniu, prawie pukając się w czoło. Może z rozwieszonymi na plecaku wypranymi majtkami, w ubłoconych spodniach i niechlujnie zawiązanym turbanie wydaję im się obca. A Cyganie sami są obcy, więc.

Potem Plejsy, gdzie pepsi dowożą na gąsienicach, Slovinky, na koniec w stronę schroniska Czarny Bocian. Po drodze spotykam miejscowych, ostrzegają, że zamknięte. Nie zrażam się, znajdę sobie ganek-daszek, co to dla mnie.
Schronisko bardzo ładne, z dużym tarasem, daszków pod dostatkiem. Porządnie ogrodzone, przechodząc przez płot, obcieram sobie rękę. Zadowolona z siebie wszystko dokładnie oglądam, zdejmuję skarpetki, wkładam sandały. Już mam otworzyć piwo, kiedy pojawia się stróż. Że mam iść. Sprawdza okna i drzwi (no tak, przecież mogłam się włamać). Próbuję negocjować – że zapłacę, że może być bez pościeli, że późno, zaraz noc, że do wsi ze dwa kilometry, a ja zmęczona; bo już byłam, i to bardzo. Nie, on bez szefa nie może. A zadzwonić do szefa? Śmieje się. Nie. A czemu nie? Bo nie. Późno. Nie mój problem.
Cóż, istotnie nie jego. Tyle dobrego, że mi furtkę otworzył.

Po godzinie i piętnastu minutach szybkiego marszu w ciemności docieram do czegoś w rodzaju spa, ze śliczną recepcjonistką gratis.

*

Niedziela, ostre wrześniowe słońce, mieszkańcy Porača idą do kościoła. Odświętnie ubrani, każdy z czerwonym modlitewnikiem w ręku.
Ja w przeciwnym kierunku. Sklepy pozamykane, wiadomo, niedziela. Siadam na ławce pod drzewem, zjadam resztkę chleba i ser. Jacyś mężczyźni ze szlauchem myją drzewa. Woda płynie po asfalcie, migocze w słońcu, dzwonią dzwony. Przypominają mi się dzwony i woda na asfalcie w Srebrnej Górze, rok wcześniej. Dziwne wrażenie, takie chwilę-przed-prawdą, że można by siedem tomów napisać i do tej prawdy nie dojść.

Po dziesiątej otwiera się bar, idę na kawę. Barman, młody chłopak, kładzie dłonie na kontuarze, opiera na nich brodę, patrzy mi w oczy, uśmiecha się. Kawę? Jaką? Nasza rozmowa brzmi jak żart. Z cukrem? Ile? Siadam przy stoliku pod oknem, saszetka z cukrem wpada mi do szklanki. Wyławiam ją i bez większego przekonania próbuję wycisnąć z papieru wilgotne kryształki. Po chwili pojawia się przy mnie barman i uśmiechnięty bez słowa podaje mi drugą.

Potem Bukovec i Sedlo pod Bukovcom, gdzie niechcący schodzę ze szlaku. Przez ponad godzinę idę drogą, która tak się wije, że często wątpię, do chwili, gdy spotkam miejscowych, którzy potwierdzą, że tak, Švedlár to tędy.

Według mapy ze dwa kilometry za Švedlarem powinien być ośrodek wypoczynkowy. Jest. Zamknięty.

[zdjęcia]

prawda


Większość pamiątek z mojego najwcześniejszego dzieciństwa przechowuje mama. W zacinającej się szufladzie szafy z owalnym lustrem trzyma białe ogrodniczki, które miałam na sobie podczas chrztu, błękitną sukienkę, w którą byłam ubrana, kiedy tuż obok mnie uderzył piorun, skarpetki, które zakładano mi wieczorem na dłonie, żebym w nocy nie obgryzała paznokci, i strzępy kocyka „i”, bez którego nie potrafiłam zasnąć.
Ja raczej nie lubię gromadzić rzeczy. Z pamiątek z dzieciństwa przechowuję tylko sfatygowany egzemplarz Czarnej jamy z ilustracjami Stasysa Eidrigevičiusa, pogryzioną grzechotkę w kształcie obręczy i – zawiniętą w foliową siatkę i materiałowy worek – lalusię dzidzię.

lalusia1 lalusia2 lalusia3

Podobno bardzo ją kochałam. Nawet kiedy wyglądała już mniej więcej tak, jak na zdjęciach. I podobno któregoś razu mama w przystępie niekontrolowanej złości wyrwała lalusię dzidzię z moich objęć, cisnęła nią o ziemię i krzyknęła:
– To nie jest żadna lalusia dzidzia, tylko wstrętna stara kukła!

prawda


placebo
[Stwierdzenie Marcina, interpretacja graficzna moja, zdjęcia Księżyca stąd.]

prawda


muza

prawda


koniecswiata

[Rozmowa autentyczna. Okoliczności opisałam tutaj.]

prawda


Czytałam Bakunowego faktora w podstawówce, siedząc na kupce piasku w rogu szkolnego boiska. Zastanawiałam się, jak uzgodnić tezy starożytnych filozofów przyrody z tym, czego uczono mnie na chemii, i z przejęcia połknęłam szklany guzik, który trzymałam w ustach. Tak właśnie było.
Dziesięć lat później na ćwiczeniach z estetyki dowiedziałam się od pewnej młodej doktorantki z białą grzywką, że tej książki nikt nigdy nie przeczytał.

wewte »