prawda


Wieczór u Mademoiselle Blanche miał być wstępem do karaoke na mieście, ale dobrze nam było na miejscu, poza tym zimno się zrobiło i padało. Koło dziewiątej weszła Agata z parasolem.
– Ciągle pada? – zapytaliśmy.
– Pada? – powtórzyła Agata retorycznie. – Leje. Już jesień.
No to zostaliśmy.

– Ładne masz zdjęcie czekoladek na profilu. – Przypomina mi się.
– Och, to nie są zwykłe czekoladki. – Policzki Gniewa lekko różowieją.
– A jakie? – Upijam łyk wina, nastawiam ostrość i zamieniam się w słuch.
– To są czekoladki firmy Neuhaus. Założył ją najsłynniejszy belgijski master chocolatier… Tak się to wymawia?
– Zdecydowanie nie. – Siedzący między nami S trochę się śmieje, trochę krzywi.
– I tak nie znam francuskiego – mówię dyplomatycznie.
– Tym lepiej dla ciebie…
– W Belgii są dwie takie najbardziej prestiżowe firmy – kontynuuje Gniew niezrażony – Neuhaus i Godiva. Za Godivą nie przepadam. Kupują ją głównie turyści, zwłaszcza Japończycy, bo jest najdroższa. Sami Belgowie jedzą tańsze, te lepsze kupują tylko w gości; to bardzo praktyczny naród…
– Ha, to mi przypomina pewną historię z dzieciństwa moich ojców… Ich rodzice, moi dziadkowie – zaczynam – obydwoje byli lekarzami, babcia internistką, dziadek lekarzem sądowym –
– Patologiem? – upewnia się Gniew.
– Tak, swego czasu jednym z najbardziej cenionych w kraju.
– Opowiadał historie z pracy?
– Pewnie! Zwłaszcza przy obiedzie, i na święta, jak trochę wypił. Uwielbiałam je.
– Ona się wychowała na podręcznikach do medycyny sądowej – wtrąca S. – Zadzierzgnięcia – wypowiada to słowo z wyraźną przyjemnością – zagardlenia…
– Tak, tak. I w tych podręcznikach były zdjęcia, w niektórych nawet kolorowe… Najbardziej lubiłam rozdziały o samobójstwach.
– No ba!
– I o truciznach… Niezłe były też opisy konkretnych przypadków, Iwasz miał kiedyś pomysł, żeby robić z nich komiksy. Najlepsza była historia o kradzieży poduszki…
– Był doktorem? – przerywa S.
– Nie wiem. Chyba nie. Ojciec mówił, że pisał doktorat z daktyloskopii. A może to była habilitacja, nie pamiętam. Temat wtedy w Polsce słabo znany, podejście podobno nowatorskie; ale ktoś mu ten doktorat ukradł i opublikował pod własnym nazwiskiem…
No więc – podejmuję wątek – dziadek był patologiem, a babcia internistką. Raz, jak w okolicach sylwestra strzelaliśmy z petard i jedna Iwaszowi w ręku wybuchła, to babcia i dziadek przyszli radzić. Stanęli nad łóżkiem, na łóżku Iwasz, blady lub zielony, z rozwalonym palcem, omdlewający. I tak patrzy, na babcię, na dziadka, i mówi słabnącym głosem: Dziadku, ale ja jeszcze żyję. Dziadek strasznie się wtedy obraził.

Dziadek nie żyje, babcia jest chora. Kiedy się z nią ostatnio widziałam, wrzucała do kieliszka kolejne tabletki. To na nadciśnienie. To na wątrobę. To na żołądek. To na skutki uboczne tego na nadciśnienie, to na skutki uboczne tego na wątrobę, to na skutki uboczne tego na skutki uboczne tego na nadciśnienie. To na to, to na tamto, to na skutki uboczne tego na tamto.
– Dziewięć – liczę.
– I na koniec – babcia wrzuca do kieliszka niepozorną białą tabletkę – najważniejsze.
– Na co?
– Na depresję.
– Na depresję?
– A gdybyś ty musiała codziennie brać tyle tabletek, żeby żyć, tobyś nie miała depresji?

bubu

Babcia odkłada pudełka na meblościankę, pod duże czarno-białe zdjęcie. Dziadek jest na nim jeszcze całkiem młody, jeszcze bez tych swoich siwych wąsów pożółkłych od nikotyny pod drożną dziurką, uderzająco podobny do ojców; całkiem nawet przystojny, chociaż już ze sporymi zakolami i w ciężkich okularach nadających mu dość złośliwy wygląd.
Babcia wzdycha. Żałuje, mówi, że się im nie układało, mogli być dla siebie lepsi, ale pewne rzeczy się rozumie, jak jest już za późno. Opowiada. Że na początku dziadek nie znosił swojej pracy. Że wziął ją, bo nic innego akurat nie było, a zaraz mieli się urodzić ojcowie i trzeba było zarabiać na rodzinę. Porzucił grę na saksofonie w zespole jazzowym, wracał do domu śmierdzący trupem. Tego zapachu bardzo trudno się pozbyć. Babcię odstręczał. Dziadek zaczął pić. Trochę dlatego, że nie znosił, trochę pewnie dlatego, że odstręczał, a trochę dlatego, że w milicji wszyscy pili.
Potem jakoś się przekonał. Wciągnęła go kryminalistyka, dochodzenie prawdy, tropienie morderców. Praca zaczęła go fascynować, zwłaszcza tak zwane zbrodnie z lubieżności.

Lubił opowiadać. Iwasz mieszkał z dziadkami, to się tych historii nasłuchał więcej. Najlepsza była o gwałcicielu B, czyli o pierwszej dziadka egzekucji; bo w myśl przepisów lekarz, na podstawie którego ustaleń zasądzono karę śmierci, musiał uczestniczyć w egzekucji jako obserwator i potwierdzić zgon skazanego.
Otóż B pewnego dnia zauważył w autobusie dziewczynkę. Nazwijmy ją Ania. Miała jakieś dziesięć, dwanaście, nie więcej niż trzynaście lat. Z autobusu wysiadały kolejne osoby, w końcu zostali tylko oni dwoje. Wysiedli na ostatnim przystanku, za miastem, pod lasem. Ania poszła ścieżką, B za nią. W lesie ją zgwałcił, potem zadał kilkanaście ciosów nożem, utopił w kałuży i poszedł łapać stopa. Dziewczynka okazała się jednak niezniszczalna jak Mała Mi. Ocknęła się i doczołgała do pobliskiej leśniczówki, gdzie straciła przytomność, ale w szpitalu szybko ją odzyskała i złożyła szczegółowe zeznania. B wkrótce złapano, już kierowca ciężarówki, który go zabrał spod lasu, zauważył, że coś jest nie tak, że krew na ubraniach, że dziwna nerwowość. B do wszystkiego się przyznał. Na sali sądowej dziadek siedział obok Ani. Kiedy ogłoszono wyrok, z radości podskakiwała na krześle, aż jej warkoczyki latały. Podobno B umierał długo, bo sznur był za krótki, nie szarpnęło wystarczająco mocno.

Z historii, które słyszałam osobiście, najlepiej pamiętam tę wigilijną. Ileś lat temu, w święta, mówił dziadek przy bożonarodzeniowym stole, milicja prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa w N. Wieś zabita dechami, z trudem się tam dostaliśmy, była bardzo mroźna zima, drogi zasypane. Zwłoki leżały w kostnicy przy kościele. Poszliśmy do księdza i pytamy, gdzie tu można sekcję przeprowadzić, potrzebujemy chłodnego pomieszczenia z dużym stołem. A on tak myśli, myśli, i na koniec oznajmia, że w zasadzie nie ma gdzie, chyba że w kościele. Chłodno jest, duży stół jest.

Czasem, jeszcze jako dzieci, znajdowaliśmy w garażu w P-nie jakieś dziadka papiery. Pamiętam jedną teczkę, kartki zapisane na maszynie, odciski palców, czarno-białe zdjęcia. Na początku nie rozumieliśmy, co przestawiają. Potem dotarło do nas, że to kolejne, w coraz większej skali, zbliżenia. Plecy, jesionka w jodełkę, niepozorna dziura po jakimś ostrym narzędziu. Na pierwszych zdjęciach mała, potem coraz większa, posklejane kłaczki rozciętego materiału, w środku ciemność. Dziesięć, kilkanaście zdjęć, albo powiększeń jednego, idealny kontrast, ostrość, elegancka biała rameczka. Kiedy się włamano do domu w P-nie i milicja robiła zdjęcia, też były piękne, jedne z lepszych, jakie widziałam – pocięty materac z łóżka dziadzi, skotłowane ubrania w szafie, wyłamany zamek bieliźniarki; ukradli wtedy też zabawki, które miały być prezentem od babci, ale mama, na polecenie ojca, schowała je przed nami w szafie, bo byłyśmy niegrzeczne.

Dziadek był alkoholikiem, ale myślę, że nie przez milicjantów i nie przez trupi zapach. Myślę, że zupełnie serio wierzył w sprawiedliwość i to dlatego.
Ojcowie go nie rozumieli. Mieli po kilkanaście, dwadzieścia kilka lat i żyli w świecie prostych kategorii. Chyba nim gardzili. Wychowywał ich zresztą za pomocą pogardy, pogardy i przemocy, wpajał im przemoc i pogardę, zwłaszcza pogardę. Nas też tak wychowywano.
Miał przez nich problemy w pracy. Zwłaszcza kiedy u Pawła znaleźli ulotki. Jak później w P-nie zobaczył kalendarz z Wałęsą, to obrócił się na pięcie, wyszedł i już nigdy się tam nie pojawił. Nie przyszedł na ślub kościelny moich rodziców, ale Locha opowiadała, że jak był kłopot z przechowaniem tortu weselnego, bo nie miała w domu odpowiednio dużej lodówki, to się zaofiarował z pomocą, bo, powiedział, u niego w pracy są całkiem spore.

Jak stracił pracę, to mu się odechciało. Popełnił samobójstwo przez zaniechanie. Trwało latami, bo miał mocne zdrowie. Siedział w łóżku, w piżamie podobnej do więziennego pasiaka, oglądał telewizję. Prawie nic nie jadł, a jak już, to ptasie mleczko i rybki z puszki. Pił piwo mieszane z wódką i palił carmeny, jednego za drugim; po jego śmierci zostały dwie sztangi, jedną wziął Iwasz, drugą ja; po pogrzebie, kiedy już wszyscy poszli, siedliśmy na grobie i wypaliliśmy za dziadka po jednym.

Pod koniec życia był tak słaby i chudy, że chodził przechylony do tyłu jak narkomani, których widywałam na dworcu w K-cach, później nie potrafił się już sam utrzymać na nogach, Iwasz musiał go prowadzać do łazienki.
Nie cierpiał lekarzy i szpitali. Raz, jak zachorował na zapalenie płuc, zebrała się rodzina dookoła łóżka. Jeden z ojców perswaduje: Tato, ty się lecz. A dziadek się krzywi paskudnie, ręką na niego macha i mówi: Sam się lecz.
Kiedy w końcu udało im się zapakować go do szpitala, bo był już tak słaby, że nie mógł się przed nimi bronić, to uciekł, kiedy tylko poczuł się lepiej. W szpitalnym szlafroku wyszedł na ulicę i złapał taksówkę. I chyba miał rację, jeśli wziąć pod uwagę to, jak umarł.

Nie wiem, skąd o tym wiem, chyba ojciec mi mówił, ale nie wiem, skąd on wie, przecież go przy tym nie było, nawet w W-wie go nie było. Może wiedział od Pawła, ale czy Paweł to widział na własne oczy? W każdym razie – podobno jak dziadek zaczął umierać, to go reanimowali na łóżku. Na sprężynowym materacu. I myślę, że gdyby nie to, że już w zasadzie nie żył, toby im powiedział. Sami się reanimujcie.

Pracę stracił jakoś po sekcji Grzegorza Przemyka. Najpierw odsunięto go od sprawy, potem w ogóle od wszystkiego. Nigdy do końca nie ufałam ojcom i mamie, wszyscy troje uwielbiają zmyślać, ale mama mówi, że są w domu jakieś dokumenty i że babcia też o tym wspominała.
O tym, że po śmierci Przemyka władze powierzyły przeprowadzenie sekcji dziadkowi, bo chciały, żeby swoim autorytetem poparł wersję o, bo ja wiem, upadku ze schodów czy czymś w tym rodzaju – dziadek nie wnikał. Po prostu zrobił sekcję. Szczegółowo opisał wszystkie obrażenia: podbiegnięcia krwawe, obrzęki, wylewy, krwiaki, poważne uszkodzenia narządów wewnętrznych; powstałe najprawdopodobniej w wyniku licznych mocnych ciosów tępym narzędziem wykonanym z elastycznego materiału.

Ale te czekoladki to babcia dostawała.
– No tak – mówi S – dziadek pewnie alkohol.
– Albo nie miał od kogo… Więc babcia dostawała, i miała ich strasznie dużo, ojcom już uszami wychodziły. Czasami rozpakowywali taką bombonierkę, delikatnie, żeby nie zniszczyć, i ugniatali czekoladki w jednolitą burą masę, a potem lepili z niej kulki i te kulki wkładali z powrotem do pudełka. I podobno parę razy dziadkowie wzięli taką bombonierkę w gości.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

prawda



Kliknąwszy itd.

prawda


Czy to można po prostu zarządzić? Która naprawdę jest godzina?
Podobno przy jesiennej zmianie czasu wszystkie pociągi zatrzymują się na godzinę w środku nocy. Ale co robią na wiosnę?
Znowu nam zabrano, nie wyspałam się. Ale niech tam. Będziemy mieli dłuższe letnie wieczory.

[Zegar dworcowy z P-na, koniec marca 2010. Kliknąwszy itd.]

prawda


Skończył mi się notes, więc kupiłam nowy. Przepisałam ze starego hasła, piny i loginy, numery telefonów i daty urodzin. Przepisałam listę książek do kupienia i filmów do obejrzenia. Przepisałam datę ostatniej wizyty u doktor K. Zatrzymałam się na notatce 17.01.2011, xxx.
Czarne cyfry wyprężyły się na papierze jak pajęcze nóżki. Nie wiem, jak to możliwe, ale naprawdę o tym zapomniałam.

Nie chciałam tego. Nie umiem nawet powiedzieć, jak to się stało. Pamiętam, co było przed i po, ale najistotniejszy moment jakby mi wycięło. Wiem tylko, na pewno, że to był przypadek. Przeraziłam się, każdy by się przeraził, i uciekłam. Nie wiem, na co wtedy liczyłam. Że nikt nie zauważy? W sumie słusznie – już prawie rok minął i nic. Ale przecież w każdej chwili mogą ją znaleźć. I co im wtedy powiem? I kto mi po tych wszystkich miesiącach uwierzy? Do takich rzeczy trzeba się przyznawać od razu.

Wzięłam skalpel, zdrapałam cyfry, wyrwałam kartkę, podarłam. To straszne, wiem, ale nie miałam wyrzutów sumienia, ani wtedy, ani wczoraj. Po prostu się bałam. Że znajdą, pewnie całkiem zgniła, przyjdą, będą pytali. A ja nie będę umiała przekonująco kłamać, bo już pamiętam.

Obudziłam się dzisiaj trochę po ósmej. Spojrzałam na smugę światła na podłodze, pościel była przyjemnie ciepła i gładka. Nie poczułam ulgi. Z całej siły próbuję sobie wmówić, że tylko mi się to przyśniło. Jeżeli w to uwierzę, może uda mi się ich oszukać.

prawda


Kiedy byłyśmy małe, rodzice hodowali króliki. Za garażem, tam gdzie pod koniec wojny Bucholz zastrzelił Malinkego (lub odwrotnie), stały przy ścianie klatki z desek i siatki ogrodzeniowej. Starsza z moich młodszych sióstr i ja często tam chodziłyśmy. Głaskałyśmy króliki, zaglądałyśmy w ich dziwne czerwone oczy, karmiłyśmy mleczami i trawą. Niektóre miały kolczyk w jednym uchu, jak Adaś, najlepszy przyjaciel rodziców, który parę lat później przedawkował heroinę, i wyglądały bardzo zawadiacko. Czasami rodziły się młode, łyse i różowe.
Któregoś dnia wszystkie zniknęły. Mama powiedziała, że tata wywiózł je do lasu.

prawda


Wiosną landlady Eulalia zaprosiła mnie na swoje urodziny. Wszyscy goście mieli po małżonku, dziecku i kredycie, każda para przyniosła sałatkę. Nikogo oprócz gospodarzy nie znałam, nie mam małżonka, dziecka ani kredytu i nie przyniosłam sałatki, więc czułam się dość obco. Nalałam sobie wina, stanęłam z boku i przysłuchiwałam się rozmowom o małżonkach, dzieciach, kredytach i sałatkach.

A potem przyszła Kasia. Nalała sobie wina i stanęła obok mnie. Szybko się okazało, że ona też nie ma małżonka, dziecka, kredytu, sałatki. Zapytała, czym się zajmuję, odpowiedziałam – i nawet pamiętałam, żeby potem dodać „A ty?”. Powiedziała, że studiuje na akademii muzycznej, gra na klawesynie. O, na klawesynie! – ucieszyłam się. „Wiesz, co to jest? – spojrzała na mnie wielkimi oczami zdziwionego dziecka. – Wszyscy mylą z klarnetem…” – wyjaśniła i przysunęła się tak, że jej ramię dotknęło mojego.

Kilka tygodni później dostałam od Eulalii esemesa: Kasia prosiła, żebym podała ci jej telefon [tu numer]. Mówiła coś jeszcze? Nie, prosiła tylko, żebym podała ci jej telefon.
Trochę się wahałam, napisałam do niej dopiero po paru dniach. Było już lato. Umówiłyśmy się na spacer w noc muzeów.

Lubię letnie noce. Mają w sobie jakąś obietnicę, coś nieprzyzwoitego i coś trochę smutnego. Lubię ciepły wiatr, zapach rozgrzanych po słonecznym dniu roślin, cykanie gwiazd, i tak dalej. Wyszłam z domu bez torby, co robię zbyt rzadko, klucz i pieniądze schowałam do kieszeni.
Bałam się, że jej nie rozpoznam.
W bramie stała dziewczyna. Spojrzałam na nią niepewnie, ona spojrzała na mnie. Miała mocno umalowane, ciemne i bardzo lśniące oczy. Trochę mnie zatkało, bo była w nich i jakaś obietnica, i coś nieprzyzwoitego, i coś trochę smutnego. Uśmiechnęła się.

Nie, to nie była Kasia. Z Kasią spotkałam się dopiero po drugiej stronie ulicy. Przeszłyśmy przez park, usiadłyśmy w kawiarnianym ogródku, wypiłyśmy po trzy kieliszki wina. Kasia mówiła o mieszkaniu, które wynajmuje, o psie, którego kiedyś miała, o anginie, na którą ostatnio chorowała, i o tym, że właściwie nie lubi klawesynu. Czułam się znużona, w ogóle mnie to wszystko nie interesowało, latarnia świeciła mi w oczy, a twarz Kasi była zbyt młoda i zbyt niewinna, żeby mogła mi się podobać.

Zapytałam, czy ma ochotę pójść ze mną do muzeum X, gdzie spotkałybyśmy się z Marcinem i Doktorową.
– A kto to jest Doktorowa?
– Chłopak Marcina.
Kasia się roześmiała.
– Wiesz, chyba nie – powiedziała. – Jestem zmęczona, wstałam wcześnie, chodzę do kościoła na ósmą…
Odprowadziłam ją pod dom, bo mówiła, że boi się wracać sama po nocy.
Więcej się nie odezwała.

prawda


leksykon01

2008. Rysunek odnaleziony niedawno i przypadkiem w pudle, które leży na szafie.

prawda


[Poprzednia część tu.]

Odjechał po trzecim „nie”. W kierunku, z którego przyjechaliśmy. I wtedy sobie przypomniałam. Widziałam go rano przy stoliku przed motelową knajpą i uśmiechnęłam się do niego.

Potem przez Rajtopíky i sedlo Humenec na Sl’ubicę i do Vojkovców, gdzie dowiaduję się, że za Kal’avą szlak poprowadzono naokoło, żeby omijał cygańską osadę, bo „Cygany rozbójniki” turystów okradały. Tak samotnie podróżować, niebezpiecznie. U was, w Polsce, to jeszcze, Cyganów tyle nie ma, ale tu… panie!

Do Kal’avy szosą przez pola, stamtąd do Kalinovców przez las w zapadającym zmroku. Myślę o cygańskiej osadzie, gdzieś tam za drzewami.
Do Krompach już po ciemku. Szukam zaznaczonego na mapie noclegu na obrzeżach, ale okolica nieciekawa, jakieś składy, magazyny, opuszczone domy, rozlatujące się ogrodzenia z falistej blachy i niczego, co przypominałoby hotel/pensjonat/schronisko, więc rezygnuję, idę do miasta. Wpół do dziewiątej znajduję Penzión Bar Diamond. Tak, można się zatrzymać na noc, chłopak zza baru się uśmiecha, może masz ochotę na piwo, usiądź, trzeba przygotować pokój, to trochę potrwa. A potem prowadzi mnie przez zaplecze, jakieś pomieszczenia w remoncie, deski, ziemia, cegły, worki z cementem, ciemno.
– Pozor – mówi i podaje mi rękę, jak dziecku. Wchodzimy na piętro, chłopak cicho się śmieje. – Ideme do neba, hej?

Niebo, ku mojemu zaskoczeniu, też znajduje się na parterze. Przez okno zagląda sympatyczny duży pies, który na pewno jest suką.

*

Rano wychodzę bez pożegnania, bo bar jeszcze zamknięty. Okazuje się, że w Krompachach mieszka dużo Cyganów rozbójników. Są mili, uśmiechają się, mówią mi dobrý deň. W zasadzie sprawiają wrażenie dużo bardziej otwartych niż Słowacy, którzy potrafią odprowadzić mnie ciężkim spojrzeniem albo dziwią się mojemu samotnemu podróżowaniu, prawie pukając się w czoło. Może z rozwieszonymi na plecaku wypranymi majtkami, w ubłoconych spodniach i niechlujnie zawiązanym turbanie wydaję im się obca. A Cyganie sami są obcy, więc.

Potem Plejsy, gdzie pepsi dowożą na gąsienicach, Slovinky, na koniec w stronę schroniska Czarny Bocian. Po drodze spotykam miejscowych, ostrzegają, że zamknięte. Nie zrażam się, znajdę sobie ganek-daszek, co to dla mnie.
Schronisko bardzo ładne, z dużym tarasem, daszków pod dostatkiem. Porządnie ogrodzone, przechodząc przez płot, obcieram sobie rękę. Zadowolona z siebie wszystko dokładnie oglądam, zdejmuję skarpetki, wkładam sandały. Już mam otworzyć piwo, kiedy pojawia się stróż. Że mam iść. Sprawdza okna i drzwi (no tak, przecież mogłam się włamać). Próbuję negocjować – że zapłacę, że może być bez pościeli, że późno, zaraz noc, że do wsi ze dwa kilometry, a ja zmęczona; bo już byłam, i to bardzo. Nie, on bez szefa nie może. A zadzwonić do szefa? Śmieje się. Nie. A czemu nie? Bo nie. Późno. Nie mój problem.
Cóż, istotnie nie jego. Tyle dobrego, że mi furtkę otworzył.

Po godzinie i piętnastu minutach szybkiego marszu w ciemności docieram do czegoś w rodzaju spa, ze śliczną recepcjonistką gratis.

*

Niedziela, ostre wrześniowe słońce, mieszkańcy Porača idą do kościoła. Odświętnie ubrani, każdy z czerwonym modlitewnikiem w ręku.
Ja w przeciwnym kierunku. Sklepy pozamykane, wiadomo, niedziela. Siadam na ławce pod drzewem, zjadam resztkę chleba i ser. Jacyś mężczyźni ze szlauchem myją drzewa. Woda płynie po asfalcie, migocze w słońcu, dzwonią dzwony. Przypominają mi się dzwony i woda na asfalcie w Srebrnej Górze, rok wcześniej. Dziwne wrażenie, takie chwilę-przed-prawdą, że można by siedem tomów napisać i do tej prawdy nie dojść.

Po dziesiątej otwiera się bar, idę na kawę. Barman, młody chłopak, kładzie dłonie na kontuarze, opiera na nich brodę, patrzy mi w oczy, uśmiecha się. Kawę? Jaką? Nasza rozmowa brzmi jak żart. Z cukrem? Ile? Siadam przy stoliku pod oknem, saszetka z cukrem wpada mi do szklanki. Wyławiam ją i bez większego przekonania próbuję wycisnąć z papieru wilgotne kryształki. Po chwili pojawia się przy mnie barman i uśmiechnięty bez słowa podaje mi drugą.

Potem Bukovec i Sedlo pod Bukovcom, gdzie niechcący schodzę ze szlaku. Przez ponad godzinę idę drogą, która tak się wije, że często wątpię, do chwili, gdy spotkam miejscowych, którzy potwierdzą, że tak, Švedlár to tędy.

Według mapy ze dwa kilometry za Švedlarem powinien być ośrodek wypoczynkowy. Jest. Zamknięty.

[zdjęcia]

prawda


Większość pamiątek z mojego najwcześniejszego dzieciństwa przechowuje mama. W zacinającej się szufladzie szafy z owalnym lustrem trzyma białe ogrodniczki, które miałam na sobie podczas chrztu, błękitną sukienkę, w którą byłam ubrana, kiedy tuż obok mnie uderzył piorun, skarpetki, które zakładano mi wieczorem na dłonie, żebym w nocy nie obgryzała paznokci, i strzępy kocyka „i”, bez którego nie potrafiłam zasnąć.
Ja raczej nie lubię gromadzić rzeczy. Z pamiątek z dzieciństwa przechowuję tylko sfatygowany egzemplarz Czarnej jamy z ilustracjami Stasysa Eidrigevičiusa, pogryzioną grzechotkę w kształcie obręczy i – zawiniętą w foliową siatkę i materiałowy worek – lalusię dzidzię.

lalusia1 lalusia2 lalusia3

Podobno bardzo ją kochałam. Nawet kiedy wyglądała już mniej więcej tak, jak na zdjęciach. I podobno któregoś razu mama w przystępie niekontrolowanej złości wyrwała lalusię dzidzię z moich objęć, cisnęła nią o ziemię i krzyknęła:
– To nie jest żadna lalusia dzidzia, tylko wstrętna stara kukła!

prawda


placebo
[Stwierdzenie Marcina, interpretacja graficzna moja, zdjęcia Księżyca stąd.]

prawda


muza

wewte »