przemoc


Wczoraj wieczorem, koło szóstej, sobota. Jedziemy rowerami na wesele Oli i Błażeja. Znajdujemy na chodniku okulary, Adam wiesza je na płotku. Jesteśmy już prawie na miejscu, mijamy ostatnią boczną ulicę. Po drugiej stronie, na rogu, stoi jakiś mężczyzna. Młody, blady, z przystrzyżoną brodą, w dżinsach i swetrze. Jakby na kogoś czeka.
Adam jedzie pierwszy, mija go. Przejeżdżam przez uliczkę. Mężczyzna wbiega mi pod koła. Hamuję. On napiera na rower, podskakuje, macha rękami jak tańczący żuraw albo pajac, któremu poluzowały się sznurki. Wyrzuca z siebie jakieś słowa, szybko, gorączkowo, ale pierwszej części nie rozumiem. Potem mówi „Kocham cię! Kocham cię! Jesteś piękna!”, i próbuje dostać się ustami do mojej twarzy. Próbuje i nie może, bo przeszkadza mu kask, który mam nasunięty prawie na brwi. Słyszę, jak uderza czołem w jego plastikowy daszek.
Zdejmuję lewą dłoń z hamulca i pakuję ją w twarz mężczyzny. Czuję pod palcami wargi, nos, oko. Pcham, ale nie potrafię odepchnąć. Drugą ręką wciąż trzymam rower, jedną się nie uda. Wpadam na to, że mogę przecież – „Adam!”, krzyczę.

Patrzę na mężczyznę i czuję, że muszę mu to powiedzieć, że to bardzo ważne, żeby to usłyszał. Więc mówię. „Spierdalaj”, mówię. Za plecami tamtego pojawia się Adam. Uderza go od tyłu, łapie za ubranie, odciąga ode mnie, przewraca na chodnik. Mężczyzna nie stawia oporu. Adam przewraca go delikatnie, prawie kładzie. Wygląda to jak jakiś taniec.
Mężczyzna leży na chodniku. Jest zupełnie nieruchomy, otwarte oczy też się nie poruszają, ale oddycha. Oddycha szybko. Sweter mu się podwinął, widać jasną koszulę w drobne prążki, pod koszulą miarowo unosi się i opada lekko wklęsły brzuch.

Odstawiamy rowery pod płotek.
– Coś jest z nim nie tak – mówię.
– Coś jest z nim bardzo nie tak – mówi Adam.
– Zadzwonisz na 112? – pytam.
– Zadzwonię na 112 – mówi Adam.
Adam dzwoni, ja patrzę na leżącego na chodniku mężczyznę. Nie rusza się, oddycha. Oczy ma szeroko otwarte. Wydaje mi się, że w każdej chwili może nagle się zerwać i znowu się na mnie rzucić. Znowu zacząć pchać się do całowania. Wolałabym, żeby próbował mnie uderzyć. Jestem wkurwiona. Wyjmuję z sakw zapinkę rowerową, ciężki łańcuch w materiałowym pokrowcu. Trafiam na tę Adama, różową. Składam ją na pół. Trzymam w lewej dłoni. Czuję, jak bije moje serce.
– Powiedzieli, że przyślą policję – mówi Adam.

Mężczyzna zaczyna mrugać. Uświadamiam sobie, że przedtem tego nie robił. Cofam się. „Jestem bogiem”, mówi on. „Jestem bogiem, uświadom to sobie”, mówi, rozkładając ręce jak ksiądz, a potem zrywa się na nogi i rzuca się na Adama. Coś mówi. Uderzam go w plecy, pięścią, nie łańcuchem, i krzyczę „Ej!”. Adam łapie go za ubranie i odpycha, ale nie puszcza, tylko trzyma przed sobą na odległość wyciągniętej ręki. Mężczyzna nagle nieruchomieje, jakby go ktoś wyłączył. Stoi z opuszczonymi rękami, milczy, nie mruga. Adam stoi przed nim i patrzy mu w oczy.
– Może odejdź na bok? – mówię.
– Wolę, żeby to mnie widział, kiedy się ocyka.
– Jest słaby, prawda? Nie ma tyle siły, żeby zrobić ci krzywdę?
– Nie ma.
Chowam łańcuch do sakw. Czekamy przecież na policję. Ładnie by to wyglądało. Moje serce się uspokaja.

Mężczyzna znowu się włącza. Krzyczy coś do Adama, szarpie go. Adam trzyma go na odległość, oburącz, za ramiona. Tamten uderza go w twarz, z jednej i z drugiej strony. Adam go policzkuje, raz i nie bardzo mocno, ale stanowczo. Mężczyzna natychmiast nieruchomieje. Znowu stoją naprzeciwko siebie. Adam patrzy napastnikowi w oczy, jakby chciał go zahipnotyzować. Po jakimś czasie widzę, że lekko się uśmiecha.

Podchodzę do ulicy tak, żeby nie znaleźć się w polu widzenia mężczyzny. Wypatruję radiowozu. Przejeżdża jakiś, ale się nie zatrzymuje. Ile to już trwa? Tamten znowu się włącza. Szarpie Adama za odblaskowe szelki, zrzuca mu kask i okulary. Podnoszę okulary, podaję je Adamowi, podnoszę kask, trzymam. „Narkotyki! Narkotyki!”, krzyczy mężczyzna i znów nieruchomieje.

Podchodzę do ulicy. Po paru minutach widzę karetkę. Mruga kogutami, włącza sygnał. Macham. Podjeżdżają do nas. Adam i mężczyzna w swetrze stoją naprzeciwko siebie. Mężczyzna się nie rusza. Podchodzą ratownicy, pytają, co się stało. Opowiadamy.
– Chcą to państwo zgłosić?
– Nie, nie. Nic nam nie zrobił.
Zabierają go do karetki. Po drodze się włącza. Przytrzymują go. Od razu się poddaje.

Idziemy. Adam patrzy na swoją oponę.
– Uderzyłem go rowerem. Tylnym kołem.
– Jak to?
– Kiedy mnie zawołałaś. Uznałem, że nie ma czasu na odstawianie roweru, więc go podniosłem i uderzyłem gościa w plecy tylnym kołem.

Wchodzimy do środka, zostawiamy rzeczy w szatni, witamy się, dajemy prezent, bierzemy piwo i siadamy z boku, na schodkach.
– Co on do ciebie mówił? – pytam.
– Rożne rzeczy, dość nieskładnie, trudno było zrozumieć. Często powtarzało się „Co jest, kurwa?”. Mówił, że go gnębiłem w dzieciństwie. I że ma jakieś dobre numery i trójkę. I „Chcesz tego! Wiem, że tego chcesz!”.

Adam wzdycha.
– Psychologowie twierdzą, że jak się przed dłuższy czas patrzy drugiemu człowiekowi w oczy, to zadzierzga się więź.
– Martwisz się o niego?
– No.
Wyciąga telefon, wchodzi w listę połączeń.
– Wiesz co… – mówi. – To jest trochę spuki, ale nie mam w wychodzących tego telefonu na 112. – Pokazuje mi. – Widzisz? Nigdzie dziś nie dzwoniłem.

przemoc


W pierwszej klasie liceum byłam jeszcze grzeczna i jeszcze się starałam, dopiero w drugiej wszystko miało się zmienić. Lubił mnie nawet pan od polskiego. Pan od polskiego był bardzo prawicowy, dużo mówił o Bogu i o komunistach i często zarządzał minutę ciszy z tej czy innej patriotycznej okazji, takiej jak rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a w trzeciej klasie tak długo katował nas polskimi romantykami, zwłaszcza Mickiewiczem, że nie starczyło czasu na resztę materiału. Miał brodę jak prawosławny ksiądz albo grecki filozof i czarną jak noc – Radeczek, mój jedyny licealny przyjaciel, twierdził, że farbowaną – interesował się językami słowiańskimi i średniowieczem, a po latach wyleciał z pracy za namawianie uczniów, żeby chodzili do niego po lekcjach na płatne korepetycje, bo inaczej nie zdadzą matury.
Po pierwszej klasie pan od polskiego szybko się do mnie zniechęcił, a na koniec mawiał o mnie, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije – to jednak wiem od Radeczka; nie było mnie przy tym, niedługo przed maturą uciekłam z domu. Ale w pierwszej klasie pan od polskiego mnie lubił, bo pisałam ładne wypracowania, jako jedyna zaliczyłam (na dwóję) sadystyczne dyktando, które nam na dzień dobry zrobił, i też interesowałam się średniowieczem. Pożyczaliśmy sobie nawet kasety ze średniowieczną muzyką.

Rzadko odwiedzam rodziców, te wizyty zbyt często są trudne. Nie chcę być niesprawiedliwa; kiedy byłam u nich ostatnio, rok czy dwa lata temu, ojciec zabrał mnie do lasu, żeby mi pokazać zawilce. Ale zwykle trzeba spełniać oczekiwania i być bardzo ostrożnym, bo byle drobiazg może doprowadzić do katastrofy. Wieczorami dużo się pije, słucha się dużo muzyki i rozmawia się o wojnie. To znaczy ojciec puszcza muzykę i opowiada o wojnie. Kiedyś, po tym, jak Johanna, jego druga żona, zabrała dzieci i odeszła, sporo opowiadał też o tym, że ją zabije. Ale w gruncie rzeczy chyba nie życzył jej śmierci, bo kiedy pękł jej tętniak w mózgu i leżała w śpiączce, jeździł do Austrii i siedział przy jej łóżku.
Muzykę się podczas tych wieczorów kontempluje, interpretuje, zwraca się uwagę na szczegóły, snuje się wizje. To znaczy głównie ojciec kontempluje, interpretuje, zwraca i snuje, a pozostali słuchają. Ale czasem można puścić coś swojego. I czasem ojciec doceni.

Kiedy tłumaczyłam książkę o najbliższych współpracownikach Stalina, przypomniał mi się któryś z takich wieczorów. Puściłam wtedy ojcu jedną z kaset przegrywanych w pierwszej klasie liceum od pana od polskiego. Z muzyką bizantyjską. Było już późno, wszyscy oprócz nas poszli spać, a my byliśmy bardzo pijani.
Czwarty utwór na pierwszej stronie to było „Alleluja”, krótkie, dobitne i naprawdę mocne. Ojciec znieruchomiał, zamilkł, zasłuchał się.
– Co to jest?! To jest znakomite! Puścisz jeszcze raz?
Puściłam.
– Znakomite. Zawiozę to Johannie i jej puszczę, może się obudzi. Puścisz jeszcze raz?
Puściłam. Ojciec zsunął się z kanapy i padł na kolana.
– Chodź. Uklęknij. Johanna umiera. Módl się ze mną. Módlmy się za nią.
Nie chciałam klękać, ale pociągnął mnie za rękę i trzymał. Tak zastała nas Zosia, która zeszła po coś na dół.
– Co robicie?
– Modlimy się za Johannę – powiedział ojciec. – Chodź, módl się z nami. Puścisz jeszcze raz?

przemoc


Kiedy byłam mała i czymś się ekscytowałam, babcia od strony mamy boleśnie ściskała mój nadgarstek albo moje ramię i mówiła przez zęby „Nie podniecaj się tak”.
Dzisiaj śniło mi się, że umarła. Następnym razem może jednak odbiorę, jak zadzwoni.

przemoc


Tak, aha… Ale nic wam się nie stało? …Mieli problem z samochodem, będą później.
Ta. Problem z samochodem.
A co, nie?
Problem z samochodem, problem z samochodem. Impreza była.

Ryb też nie jecie? Zawsze zapominam.
Ojej, to co wy będziecie jeść?
Sałatkę. Oliwki. Jest super.
Barszczyku wam dam.
A na czym ten barszczyk?
Zupełnie na niczym. Normalny, z kartoniku.
A to świetnie, to chętnie.

A co ty tu masz? Krew ci leci.
Uuu, rozdrapałam. Bo Ludek dostał żyroskop i nie wiedział, że to tak szybko się kręci.

I wtedy w Jerozolimie…
Asiuniu, chlebka sobie weź.
Teraz ja mówię, przepraszam.

Te prezenty mnie nudzą.

Czemu płaczesz?
Nie mogę patrzeć na to, jak on ją traktuje.
Tak, to jest okropne.

Co jest okropne?
Jest okropnie gorąco.

Już idziecie? Chciałbym wznieść toast, póki jeszcze wszyscy są.

Ojej, to po dziadku.
No, i popielniczka.
A, à propos dziadka. Wiesz, co myślę? Że swojemu zmarłemu ojcu jestem winien pamięć i szacunek.
Pamięć i szacunek… Spoko. Mogę za to wypić.

O nie. Miałem ucałować Alfika od Wandy i zapomniałem.

przemoc


Jest w Richmond muzeum Holocaustu założone przez ocalonego. Niewyobrażalnie dosłowne! Ten pan ukrywał się w jamie wykopanej pod psią budą i w muzeum do tej jamy trzeba było wejść przez tunel obok budy, i tam był pluszowy pies. Rozumiem powagę miejsca, dramat tego człowieka, ale kiedy schyliłem się, żeby wejść do tej dziury, pies, który miał fotokomórkę, zaszczekał.

[cyt. za Woje wyklęci spod Smoleńska, Katarzyna Wężyk, Marcin Napiórkowski]

przemoc


IMG_1074 IMG_1146

Tydzień temu też byliśmy, ale wtedy jakoś nie miałam nastroju, żeby w ogóle brać aparat.
Więcej zdjęć tutaj.

przemoc


plod012

W niedzielę 3 kwietnia wierni we wszystkich kościołach w Polsce usłyszą, że Polska nie może poprzestać na obecnym kompromisie aborcyjnym. Episkopat wydał specjalny komunikat na Dzień Świętości Życia. „Życie każdego człowieka jest chronione piątym przykazaniem Dekalogu: Nie zabijaj! Dlatego stanowisko katolików w tym względzie jest jasne i niezmienne: należy chronić od poczęcia do naturalnej śmierci życie każdego człowieka – piszą biskupi. – W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję” (źródło tu).
Trochę nie wiem, co powiedzieć.

W pierwotnej wersji obrazka był jeszcze zarys brzucha nosicielki płoda. Zrezygnowałam z niego, bo w sumie po co tu ona, nie? Za tło posłużyła suknia Mamy Madzi.

przemoc


Przedwczoraj śniło mi się, ze rozmawiałam z jakimś filozofem, wyglądał trochę jak Žižek, dziad taki, ale to nie był on. Niby w żartach, ale strasznie mi dokuczał.
– Głupia jesteś – powiedział w końcu.
– Cóż za zniewaga, Sokratesie! – odparłam. – Chyba pójdę i się powieszę, aż mi sandałki spadną.

przemoc


Śniło mi się dzisiaj, że byliśmy w jakiejś knajpie. O siódmej wieczorem barmanka zaczęła uciszać gości. Dobranocka, dobranocka! Włączyła telewizor, a w telewizorze po reklamach wyświetliła się plansza: NA DOBRANOCKĘ ZAPRASZAJĄ TVP I KONKORDAT.

przemoc


Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Lola starała się nie patrzeć w lustro, zamontowane nad blatem jakby specjalnie dla tych, którzy piją w samotności.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – zakończył Lolek, kiedy powiedział, co miał do powiedzenia.
– Tak – Lola skubała etykietkę na wypitym do połowy piwie – jasne. Ja jeszcze trochę zostanę.

Bar dworcowy w Olsztynie siedemnaście lat temu był chyba dość szary, a przynajmniej tak go Lola zapamiętała. I pewnie przyjemnie chłodny, bo wielkie brudne szyby nie wpuszczały do środka sierpniowego słońca. Dostali herbatę w szklankach ze spodkami i smutne mieszadełka – białe plastikowe patyczki zakończone przekreślonym zerem, które po włożeniu do wrzątku trochę się wyginały.
Lola patrzyła, jak Ola słodzi, miesza i dociska torebkę z fusami do dna. Skrzywiła się; to z torebką było prawie tak nieprzyjemne jak dźwięk piszczącej po tablicy kredy. Bordowy lakier na paznokciach Oli w paru miejscach już się łuszczył. Dziewczyny miały taki wakacyjny patent; szlajały się zwykle byle gdzie i spały po kempingach bez ciepłej wody – a jak się pomaluje na ciemno, zdradziły Loli, to nie widać brudu za paznokciami. Bardzo sprytne, powiedziała wtedy.
Ola wyjęła torebkę i położyła ją na spodku. Oblizała mieszadełko, popukała nim w szklankę, w stół i w spodek i zaczęła je wyginać. Biały plastik najpierw się poddał i zgiął, a potem złamał z cichym pyk. Loli zrobiło się smutno.
– Może przyjedziecie do mnie, jak wrócimy? – zaproponowała. – Ojca nie ma.
– Wszyscy? – zapytały Ela i Lala.
– Pewnie. Moja mama was lubi. A ciebie – spojrzała na Lolka – na pewno polubi.

Zostali do końca wakacji. Wieczorami pili z mamą Loli, a mama Loli opowiadała im historie o zdradach, porodach i życiu. Najciekawsze – te, które Lola już znała, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz – jak była porządnie wstawiona; podnosiła wtedy brwi w sposób, którego Lola nie lubiła, poprawiała się na skrzypiącym leżaku i oznajmiała: „Coś wam powiem. Ale tak naprawdę”. Za dnia dziewczyny malowały, Lola pisała na maszynie, brat Loli rozmyślał i cierpiał, a Lolek siedział w mansardzie przy kuwecie i czytał stare dwutygodniki. To było trochę dziwne, Lola nigdy nie widziała, żeby ktoś w jej wieku czytał prasę, a nieaktualne gazety przygnębiały ją chyba jeszcze bardziej niż suchy chleb.

I Lolek został w zasadzie już tak w ogóle. Zdecydowała o tym najprawdopodobniej krótka wymiana zdań.
– Wiesz – zwierzyła mu się Lola – wydaje mi się, że nie umiem rozmawiać z ludźmi. Jak mnie ktoś pyta, co słychać, to odpowiadam, ale nigdy nie pamiętam, żeby na końcu dodać „A co u ciebie?”.
Lolek uśmiechnął się jak człowiek, który właśnie znalazł coś, w czego istnienie nie wierzył.
– Ja też!

Przyjeżdżał codziennie, pomagał Loli posprzątać i pozmywać, wypijał herbatę i kładł się na materacu pod kocem; Lola mówiła, a on odpowiadał kojącym, coraz bardziej sennym „Mhmmm”. Albo siedzieli i czytali, Lola książki, a Lolek te swoje gazety. Mogła z nim nie rozmawiać i było dobrze. Zaakceptował go nawet Loli ojciec. Jak pytała, czy Lolek może przyjechać, zawsze się zgadzał. Tylko raz zareagował dziwnie.
– Tato – zapytała Lola – czy mogę na piątek zaprosić Lolka i Chudego?
– Obu naraz? – zdziwił się ojciec Loli.
– No, tak. A co?
– A nic w sumie. Nie ma sprawy. Myślisz, że w sobotę mogliby mi pomóc z drewnem?

Ale Lola i Lolek byli przyjaciółmi. Bo może Lola i była po ojcu puszczalska, ale przyjaciół też miała. Wymieniała się z Lolkiem szklanymi kulkami i kraciastymi chustkami do nosa, przegrywali sobie kasety, jeździli razem na wakacje i tak dalej. Przyjaźń. Lola myślała wprawdzie, że z Lolkiem jest coś trochę nie tak, bo jakby w ogóle nie miał uczuć – wszyscy byli wtedy młodzi i nieszczęśliwie zakochani, niektórzy nawet pisali słabe wiersze (Lola znalazła jeden w książce pożyczonej od Łysego, ale akurat o starości, nie o uczuciach), a Lolek nic, ani słowa, że ktoś mu się podoba, że się z kimś spotyka czy coś – ale w zasadzie po co człowiekowi uczucia i słabe wiersze, prawda?

Minęło jakieś siedem lat, Lola zdążyła mieć iluś chłopaków i złamane serce, wyprowadzić się do innego miasta, skończyć studia i wrócić. Siedziała właśnie z Lolkiem w Café Autodafé i marudziła („Kurde, co jest? Czy piwo się robi coraz gorsze, czy ja jestem już stara? Przecież to smakuje normalnie jak woda od groszku z puszki”), kiedy przyszedł esemes. Lola zasadniczo szanowała prywatność innych ludzi i nie zaglądała im w komórki, ale telefon Lolka leżał na stoliku tuż przed nią, więc komunikat „Nowa wiadomość od JUTRO” przeczytała właściwie odruchowo. Spojrzała na Lolka zdziwiona.
– Jutro? Kto to jest Jutro?
Lolek chrząknął, poprawił się na krześle i zapalił papierosa.
– Bolek.
Bolek, przyjaciel Lolka, szalony chirurg. Bardzo go lubiła. Kiedy się po raz pierwszy spotkali, jakoś przed rokiem, akurat pokazywał jej młodszej siostrze złapanego w krzakach zaskrońca. Trzymał go za ogon, za koniec, a reszta wiła się w powietrzu.
– Ale czemu Jutro?
Lolek przez chwilę jakby coś rozważał. Potem strzepnął popiół i wyjaśnił, nie patrząc na Lolę:
– Od roku jesteśmy razem. Poznaliśmy się, jak chodziłem po klubach. Umawiałem się z różnymi kolesiami, przeważnie narąbany. Żeby mi się nie pomieszało, zapisywałem numer telefonu jako datę następnego spotkania. Wiesz, „Sobota 17.30”, „12 maja”, „Pojutrze”.
– Jezu, jak dobrze – powiedziała Lola, która od „jesteśmy razem” w zasadzie go nie słuchała. Naprawdę jej ulżyło, ale teraz gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, czy nie opowiadała przy nim jakichś dowcipów o pedałach. – Ty jednak jesteś normalny.

Zaczęła chodzić z Lolkiem na występy drag queen, parady i Warlikowskiego. Raz pojechali na działkę do Pawcia, gdzie oprócz Loli byli sami geje i dwie lesbijki, i wszyscy jej powtarzali, żeby się nie martwiła, że ją tolerują, że ją nawet akceptują, chociaż są zdania, że seks między osobami różnej płci jest obrzydliwy, ale dopóki się z tym nie afiszuje, to spoko.
No i Bolek. Bolek był wolny, szalony i genialny, miał adehade i skrzypiące schody w świątyni umysłu, myślał o stu rzeczach naraz i bez przerwy to na bieżąco relacjonował, wszystko, co robił, robił kosmicznym mimochodem i niczego nie oceniał – jakby wszystko miało tę samą wartość albo jakby wszystko było w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Lolek tymczasem został urzędnikiem i chyba dlatego był coraz bardziej zasadniczy.
– Bo tobie nic nie można powiedzieć – wyrzucał Loli. – Żyjesz w swoim świecie i nie przyjmujesz żadnej krytyki.
– Ale o co ci chodzi? Coś zrobiłam nie tak? – zapytała Lola nerwowo i sięgnęła po papierosy.
Trochę się bała życia w swoim świecie. Jej ojciec tak żył i nie przyjmował żadnej krytyki, i jak mama Loli chciała Loli dokuczyć, co się stosunkowo często zdarzało, to mówiła „Jesteś dokładnie taka jak twój ojciec”.
Lolek spojrzał na nią krzywo.
– Chodzi mi o ostatnią imprezę.
– Ale że co?
Przypaliła, trochę drżały jej dłonie.
– Jak to co? Nie pamiętasz? No tak. No pewnie, że nie pamiętasz. Strasznie się narąbałaś. Kleiłaś się do ludzi, a tam były same ciotki. I wszyscy się dziwili i pytali „Jezu, kto to jest?”. A ja bez mrugnięcia okiem mówiłem „Moja przyjaciółka”. Bez mrugnięcia okiem – powtórzył i spojrzał na nią wyczekująco.
Lola zaciągnęła się i wydmuchała dym.
– Dziękuję – odpowiedziała, patrząc w okno. – Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.

A później Lolek zerwał z Bolkiem. Odchodził parę razy, ale łamał się i wracał, aż w końcu odszedł na dobre. Trochę Loli powiedział, ale – jak mówił – nie wszystko, bo wie, że ona Bolka lubi, i nie chciał jej robić przykrości. Loli było smutno, że stało się, jak się stało, ale uznała, że Lolek chyba podjął właściwą decyzję. Że chyba nie było innego wyjścia.
Zrobiło się dziwnie. Lola widywała się i z Lolkiem, i z Bolkiem, każdy opowiadał jej swoją wersję zdarzeń, a ona czuła się trochę jak dziecko z rozbitej rodziny; chociaż akurat jej rodzice po rozwodzie właściwie się nie rozstali, a jak nowa żona ojca umarła, to znowu wzięli ślub, więc nie była do końca pewna, czy wie, jak to jest.

I wtedy zaszła w tę ciążę z Ponurym Monterem, Operatorem Fotoplastikonu albo Księdzem po Kolędzie i dowiedziała się, że płód cierpi na nieuleczalną depresję. I cierpiał, i zatruwał ją od środka, jakby przez pępowinę tłoczył smołę w jej żyły. I naprawdę nie wiadomo, co by z się z Lolą wtedy stało, gdyby nie Bolek.
Lolek tymczasem jakoś zamilkł, a potem, akurat tego dnia, kiedy Lola podjęła w końcu decyzję, poprosił ją o spotkanie.

Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Nie rozmawiali. Usiedli i Lolek po prostu powiedział, co miał do powiedzenia. Wygłosił doskonale przemyślane oświadczenie, tak skonstruowane, że niczego nie dało się w nim podważyć. Właściwie nie dało się go nawet skomentować, bo całkowicie wyczerpywało temat.
Lolek nie radzi sobie z tym, że Lola przyjaźni się z Bolkiem. Tak, wie, że nie może mieć jej tego za złe i nie może oczekiwać, że Lola zakończy tę znajomość. Ale rozstanie było dla niego niewyobrażalnie trudne, a teraz jest w sytuacji nałogowca, który zrywa z nałogiem i potrzebuje wsparcia. A Lola mu tego wsparcia nie daje. Sama świadomość, że Lola widuje się z jego byłym, sprawia, że towarzystwo Loli źle Lolkowi robi. Tak to w skrócie brzmiało.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – powiedział na koniec.

Lolek wyszedł, Lola została. Wypiła piwo, spojrzała w lustro i poszła. Ale jakoś nie mogła. Rozumiała, że nie ma wyjścia i nie ma sensu, ale jakoś nie mogła, więc wzięła telefon i napisała. Że jej przykro i ma nadzieję, że kiedyś jeszcze będą mogli normalnie rozmawiać. Po chwili przyszła odpowiedź. „Jak zwykle musisz mieć ostatnie słowo”.
I wtedy Lola usłyszała ciche pyk, jakby pękł w niej jakiś patyk. I zrozumiała, że nie, nie będą mogli. Bo ona już nie chce.

przemoc


Śniło mi się, że zabiłam swojego ojca i spuściłam go w kiblu. Zabijanie i spuszczanie poszły szybko, większa część snu była o zacieraniu śladów. Krew za nic nie chciała się zmyć.

wewte »