religia


W pierwszej klasie liceum byłam jeszcze grzeczna i jeszcze się starałam, dopiero w drugiej wszystko miało się zmienić. Lubił mnie nawet pan od polskiego. Pan od polskiego był bardzo prawicowy, dużo mówił o Bogu i o komunistach i często zarządzał minutę ciszy z tej czy innej patriotycznej okazji, takiej jak rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a w trzeciej klasie tak długo katował nas polskimi romantykami, zwłaszcza Mickiewiczem, że nie starczyło czasu na resztę materiału. Miał brodę jak prawosławny ksiądz albo grecki filozof i czarną jak noc – Radeczek, mój jedyny licealny przyjaciel, twierdził, że farbowaną – interesował się językami słowiańskimi i średniowieczem, a po latach wyleciał z pracy za namawianie uczniów, żeby chodzili do niego po lekcjach na płatne korepetycje, bo inaczej nie zdadzą matury.
Po pierwszej klasie pan od polskiego szybko się do mnie zniechęcił, a na koniec mawiał o mnie, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije – to jednak wiem od Radeczka; nie było mnie przy tym, niedługo przed maturą uciekłam z domu. Ale w pierwszej klasie pan od polskiego mnie lubił, bo pisałam ładne wypracowania, jako jedyna zaliczyłam (na dwóję) sadystyczne dyktando, które nam na dzień dobry zrobił, i też interesowałam się średniowieczem. Pożyczaliśmy sobie nawet kasety ze średniowieczną muzyką.

Rzadko odwiedzam rodziców, te wizyty zbyt często są trudne. Nie chcę być niesprawiedliwa; kiedy byłam u nich ostatnio, rok czy dwa lata temu, ojciec zabrał mnie do lasu, żeby mi pokazać zawilce. Ale zwykle trzeba spełniać oczekiwania i być bardzo ostrożnym, bo byle drobiazg może doprowadzić do katastrofy. Wieczorami dużo się pije, słucha się dużo muzyki i rozmawia się o wojnie. To znaczy ojciec puszcza muzykę i opowiada o wojnie. Kiedyś, po tym, jak Johanna, jego druga żona, zabrała dzieci i odeszła, sporo opowiadał też o tym, że ją zabije. Ale w gruncie rzeczy chyba nie życzył jej śmierci, bo kiedy pękł jej tętniak w mózgu i leżała w śpiączce, jeździł do Austrii i siedział przy jej łóżku.
Muzykę się podczas tych wieczorów kontempluje, interpretuje, zwraca się uwagę na szczegóły, snuje się wizje. To znaczy głównie ojciec kontempluje, interpretuje, zwraca i snuje, a pozostali słuchają. Ale czasem można puścić coś swojego. I czasem ojciec doceni.

Kiedy tłumaczyłam książkę o najbliższych współpracownikach Stalina, przypomniał mi się któryś z takich wieczorów. Puściłam wtedy ojcu jedną z kaset przegrywanych w pierwszej klasie liceum od pana od polskiego. Z muzyką bizantyjską. Było już późno, wszyscy oprócz nas poszli spać, a my byliśmy bardzo pijani.
Czwarty utwór na pierwszej stronie to było „Alleluja”, krótkie, dobitne i naprawdę mocne. Ojciec znieruchomiał, zamilkł, zasłuchał się.
– Co to jest?! To jest znakomite! Puścisz jeszcze raz?
Puściłam.
– Znakomite. Zawiozę to Johannie i jej puszczę, może się obudzi. Puścisz jeszcze raz?
Puściłam. Ojciec zsunął się z kanapy i padł na kolana.
– Chodź. Uklęknij. Johanna umiera. Módl się ze mną. Módlmy się za nią.
Nie chciałam klękać, ale pociągnął mnie za rękę i trzymał. Tak zastała nas Zosia, która zeszła po coś na dół.
– Co robicie?
– Modlimy się za Johannę – powiedział ojciec. – Chodź, módl się z nami. Puścisz jeszcze raz?

religia


Powietrze od świąt jest lepkie i ciepłe aż się muchy budzą. Na klatce czuć obiad sąsiadów, w cieniu po kątach pozory i kurz, rak snów się ukradkiem przerzuca na jawę.
Na balkonie po drugiej stronie kapitan naciąga sznur do bielizny, pali strzepuje chmury mielizny wymija blokiem, zmęczonym wzrokiem pruje smog. Za rogiem pół szyldu KUP ZŁO. Trzeszczy zimna ziemia, światła pękają na mrozie jak szkło, landrynki kaleczą język czerwone, żółte zielone chodź.
Wkrótce znów przyjdzie wiosna, roztopy psie kupy młodość niepokoje. Gwiazdy będą cykać mierzyć nocy tempo, wyrosną miłe liście i zrobią powietrze, i bzy zakwitną i wszystkie będą moje. I pójdą do komunii dziewczynki w sukniach balowych, po płytach chodnikowych dźwięczących jak dzwony, o panie do obry jak sklep, oto dziś dzień bóg zapłać pochwalony.
Pst, kapitan strzela petem, żar leci, uciekajcie dzieci, dopaliło się.

religia


Tak, aha… Ale nic wam się nie stało? …Mieli problem z samochodem, będą później.
Ta. Problem z samochodem.
A co, nie?
Problem z samochodem, problem z samochodem. Impreza była.

Ryb też nie jecie? Zawsze zapominam.
Ojej, to co wy będziecie jeść?
Sałatkę. Oliwki. Jest super.
Barszczyku wam dam.
A na czym ten barszczyk?
Zupełnie na niczym. Normalny, z kartoniku.
A to świetnie, to chętnie.

A co ty tu masz? Krew ci leci.
Uuu, rozdrapałam. Bo Ludek dostał żyroskop i nie wiedział, że to tak szybko się kręci.

I wtedy w Jerozolimie…
Asiuniu, chlebka sobie weź.
Teraz ja mówię, przepraszam.

Te prezenty mnie nudzą.

Czemu płaczesz?
Nie mogę patrzeć na to, jak on ją traktuje.
Tak, to jest okropne.

Co jest okropne?
Jest okropnie gorąco.

Już idziecie? Chciałbym wznieść toast, póki jeszcze wszyscy są.

Ojej, to po dziadku.
No, i popielniczka.
A, à propos dziadka. Wiesz, co myślę? Że swojemu zmarłemu ojcu jestem winien pamięć i szacunek.
Pamięć i szacunek… Spoko. Mogę za to wypić.

O nie. Miałem ucałować Alfika od Wandy i zapomniałem.

religia


plod012

W niedzielę 3 kwietnia wierni we wszystkich kościołach w Polsce usłyszą, że Polska nie może poprzestać na obecnym kompromisie aborcyjnym. Episkopat wydał specjalny komunikat na Dzień Świętości Życia. „Życie każdego człowieka jest chronione piątym przykazaniem Dekalogu: Nie zabijaj! Dlatego stanowisko katolików w tym względzie jest jasne i niezmienne: należy chronić od poczęcia do naturalnej śmierci życie każdego człowieka – piszą biskupi. – W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję” (źródło tu).
Trochę nie wiem, co powiedzieć.

W pierwotnej wersji obrazka był jeszcze zarys brzucha nosicielki płoda. Zrezygnowałam z niego, bo w sumie po co tu ona, nie? Za tło posłużyła suknia Mamy Madzi.

religia


W Wielki Piątek na placu Zbawiciela.CAM00038

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

religia


Śniło mi się dzisiaj, że byliśmy w jakiejś knajpie. O siódmej wieczorem barmanka zaczęła uciszać gości. Dobranocka, dobranocka! Włączyła telewizor, a w telewizorze po reklamach wyświetliła się plansza: NA DOBRANOCKĘ ZAPRASZAJĄ TVP I KONKORDAT.

religia


Dzień siódmy.
Krosno Odrzańskie – Osiecznica – Maszewo – Miłów – Bytomiec – Rąpice – Kłopot – Białków – Cybinka – Sądów – Radzików – Rzepin – Ośno Lubuskie – Gronów – Chartów – Słońsk. 96 km.

Rano odkryliśmy, że pan Władek jest zapalonym kolarzem – całą jedną ścianę restauracji zajmują dyplomy i puchary, w tym dyplom za podróż dookoła Europy.
W Maszewie myszka.

IMG_9754

Droga do Kłopotu.

IMG_9760

I Kłopot.

IMG_9762

W Rzepinie zatrzymaliśmy się na obiad, odebrałam wygraną i kupiłam kolejne losy. Pan w kolekturze nie miał zeza, ale życzył mi szczęścia jak tamten.
Nocleg w agroturystyce Nad Rzeczką w Słońsku (polecamy). Postanowiliśmy zostać tam na dwie noce, zwłaszcza że gospodarz, pan Henryk – członek Towarzystwa Przyjaciół Słońska i prezydent Rzeczpospolitej Ptasiej, jak się okazało – zaproponował, że pokaże nam kościół i izbę pamiątek.

 

Dzień ósmy.
Słońsk. 30 km.

Rano pod sklepem grzecznie witam się z pijakiem.
– Dzień dobry.
Pijak szeroko rozstawia ramiona, kłania się i mówi:
– Jesteś coraz ładniejsza. Zostaniesz moją żoną?
– Już mam męża.
– Wiem, wiem… Miałem żonę. Na rękach mi umarła. Tak tylko drgnęła, raz i drugi, i umarła – mówi pijak i zaczyna płakać.
Nie wiem, co powiedzieć, bo co? „Przykro mi”? więc tylko stoję bez sensu i patrzę.
– Czterdzieści siedem lat! Czterdzieści siedem. W Szczecinie w szpitalu leżała, w krzakach spałem… Ale ja stąd wyjadę. Bo co tu jest do roboty? Żonę sobie znajdę i wyjadę. Ale nie taką dziwkę, jak te tutaj. Dziwki takie, tylko by piły i paliły. Nie dla mnie.

Dawny kościół joannitów brandenburskich, obecnie katolicki (więcej tu).

IMG_9786

Przed izbą pamiątek okazały drewniany papież wyrzeźbiony przez jednego z więźniów słońskiego więzienia, w którym pan Henryk przez lata był strażnikiem.

IMG_9793

W izbie pamiątek (więcej tu) najróżniejsze eksponaty: neolityczne toporki, przedwojenne niemieckie dokumenty, poniemieckie i przywiezione ze wschodu sprzęty domowe, książki, pocztówki, nuty, święte obrazki. W domu pan Henryk pokaże nam jeszcze miniaturowy Koran znaleziony przez jego matkę w ruinach pałacu oraz wyłowione ze strumienia sygnet i arabską monetę.

IMG_9803

Krótka przejażdżka po wale przeciwpowodziowym do Kłopotowa i z powrotem do Słońska przez Budzigniew i Jamno. Na Stacji Pomp wystąpiliśmy o obywatelstwo Rzeczpospolitej Ptasiej, między rzeką a wałem spotkaliśmy borsuka. Na nadrzecznych łąkach widzieliśmy setki krów i koni we wszystkich kolorach czekolady.

IMG_9830

Po obiedzie pan Henryk oprowadził nas po młynie (więcej tu). Młyn należy do największego w okolicy hodowcy bydła rzeźnego, ale Towarzystwo Przyjaciół Słońska ma klucze.
– Te krowy nad rzeką – pytam – to jego?
– Jego. Żyją tam właściwie półdziko, przez cały rok. Cielą się, pasą.
– A konie?
– Też na mięso, Hiszpanie kupują.

IMG_9849

– Czy można gdzieś tu w okolicy kupić ziemię?
– Ja będę sprzedawał. Działkę z domem, po synu. Zginął w wypadku. Ta agroturystyka, to wszystko, to było robione pod niego. Lubił to, czuł. Młodszy. Starszy nie czuje.

religia


Zaczynają się upały. Już wczoraj było gorąco, ale poszłam biegać, bo przez tydzień prawie nie ruszałam się z domu, chorowałam, pracowałam, zmęczyłam się.
W lesie cicho, pusto, te ptaki, co się nie boją, pochowały się w krzakach, myszy nie wychodziły z trawy. Dobiegłam do kompostowni, zawróciłam, zrobiłam dwie pętle i wróciłam do fortu i pijackich działek, w sumie jakieś osiem kilometrów, pod koniec krew huczała mi w głowie.
Kilkaset metrów od domu przestałam biec. Zdyszana i zgrzana wyszłam na asfalt i słońce. Z furtki po lewej wyszedł starszy pan z siatką i obwieszoną owocami gałązką czereśni. Na widok ułamanej gałązki zrobiło mi się przykro, ale potem zauważyłam, że pan idzie o lasce, lekko utyka i ma trochę spuchniętą nogę, i pomyślałam, że może mogłabym mu pomóc z tą siatką czy coś, a później, że poczułby się skrępowany, bez sensu, weź się uspokój.

Szedł bardzo powoli, więc zaraz się z nim zrównałam, a kiedy się z nim zrównałam, wyciągnął do mnie tę gałązkę.
– Proszę, chce pani?
– Chętnie, dziękuję – powiedziałam, uśmiechnęłam się i zerwałam jedną czereśnię.
– Ale nie, niech pani całe to weźmie, proszę.
Wzięłam i poszliśmy dalej razem.

– To są dzikie, małe takie. Te normalne się na tym szczepi.
– Bardzo dobre.
– W lesie też rosną. Ale nie owocują, za ciemno.
Przypominam sobie tamto lato dawno temu, kiedy ojciec nas zabrał w Bieszczady, pannę To i mnie. Było okropnie, bo postanowił rzucić palenie i strasznie się wściekał. I miał halucynacje. Drugiego czy trzeciego dnia szliśmy drogą przez łąki i lasy i w tych lasach rosły drzewa owocowe. Ojciec powiedział, że kiedyś były tam wsie, ale nic z nich nie zostało, i tylko po tych drzewach wiadomo. A potem nagle się zatrzymał i zaniepokojony wpatrzył się w krzaki. „Krzyż. Prawosławny. Widzicie? Tam jest krzyż”. Ale żadnego krzyża nie było.

– Było ich więcej – dodaje pan z siatką – ale pousychały, jedna została.
Czereśnie mają piękne pnie, gładkie i lśniące, jak z miedzi, przypominam sobie.
– Mój pradziadek miał czereśnie, pamiętam, że są delikatne.
– Tak, tak.
– Wystarczy ostrzejsza zima i przemarzają.
– Tak.

Myślę o szmatkach, które dziadzia wiązał na gałęziach, żeby odgonić szpaki, ale o nich nie mówię. Potem dociera do mnie, że pan z siatką wyszedł z tej ciągnącej się za blokami długiej wąskiej działki, gdzie jest pełno drzew i rzędy uli, które widać nawet na zdjęciach satelitarnych na Google Maps.
– Tam są pszczoły? W tych ulach?
– Są. Zimą chorowały i część umarła. Ale są.

Idziemy, milczymy. Jem czereśnie, ściskam pestki w dłoni, są mokre i lepkie. Mogłabym je w sumie wyrzucić na trawę, może wyrosłyby drzewa, ale rzucać pestki na trawę podczas rozmowy to chyba prawie jak przy kimś pluć, więc trzymam.
– Pani leci, ja tak powoli idę…
– Ale ja tu zaraz. Akurat sobie odpocznę, bo biegałam, po lesie.
– Aha. Ja też tu zaraz, tam po drugiej stronie.

Idziemy, milczymy, jem czereśnie, ściskam pestki w dłoni. Pan z siatką patrzy na gałązkę.
– Kiedyś to nazbierałem całe wiaderko. I do słoja… Ale teraz już mi się nie chce po nie włazić, jeszcze bym spadł…
– Jak byłam mała, to zjadałam te z ziemi, co spadły.
Przez chwilę chcę jeszcze powiedzieć, że połykałam pestki i bałam się, że w brzuchu wyrośnie mi drzewo, ale w końcu nie mówię.

– A nie jedzie pani na wakacje?
– Jadę, w sierpniu. Chcemy z mężem przejechać na rowerach wzdłuż zachodniej polskiej granicy. Dwa lata temu byliśmy na wschodzie.
– Aha.
– Ja tutaj. Bardzo dobre te czereśnie, dziękuję.
– Tak, tak, lepsze niż te sklepowe. Tylko owocu na nich mało. Do widzenia.
– Do widzenia.

Gałązkę włożyłam do wody, na razie nieźle się trzyma. Chciałabym z niej wyhodować drzewo, ale tak się chyba nie da. Może posieję pestki.

IMG_9252

religia


diabeuslouJesieni stuknęło na fejsbuku 666 lajków.
Diabeł okolicznościowy!

 
 
 
 
 
 
 
 

religia


Krzyś miał przerąbane, bo seplenił i był piegowaty, a poza tym jeszcze w czwartej klasie mama odprowadzała go do szkoły i opowiadała innym mamom, że go karmi łyżeczką. Już na pierwszych lekcjach się z niego śmiali. A ja uznałam, że to nie w porządku, i postanowiłam się z nim zaprzyjaźnić, żeby go wesprzeć i pokazać innym, że są głupi. Zostaliśmy przyjaciółmi. Na przerwach bawiliśmy się, że mój kanciasty plastikowy niemiecki tornister to statek kosmiczny, a na lekcjach siedzieliśmy w jednej ławce, co było zupełnie niesłychane, bo normalne dziewczyny nie zadawały się z chłopakami, a jedyną, która siedziała z chłopakiem, była Danka, ale to pod koniec szkoły, i nie dlatego, że chciała, tylko dlatego, że nikt nie chciał siedzieć z nią, a ten chłopak był taki jak ona, z zajęczą wargą i kurzajkami, i nie miał nic do gadania.
Od razu się zaczęło, że Jacek i Barbara, że się ruchamy, że jesteśmy zboczeni i tak dalej. Któregoś dnia otoczyli nas na boisku i zaczęli krzyczeć, żebym Krzysia pocałowała. Myślałam, że jeśli go pocałuję, to zobaczą, że to nic takiego (przecież całują się nie tylko ci, co się ruchają, na przykład rodzice całują się ze swoimi przyjaciółmi i nie zachowują się, jakby to było coś wstydliwego), i może się odczepią. Krzyś był strasznie zawstydzony, zawsze bardziej się nimi przejmował. Kiedy pocałowałam go w policzek, rozległ się potworny wrzask. Do końca szkoły się nie odczepili.

Ewa była Świadkiem Jehowy. Nawet jej nie dokuczali, po prostu była jakby obok tego wszystkiego. Trochę się z nią kolegowałam, raz czy dwa się odwiedziłyśmy, pożyczałyśmy sobie zeszyty, kiedy któraś chorowała. Ewa dawała mi czasem te ich gazety z kolorowymi obrazkami, na których baranki przytulają się do lwów, trawa jest soczyście zielona, a ludzie szczęśliwi i uśmiechnięci. Pamiętam, że kiedyś zapytała, czy wierzę w diabła. Stałyśmy wtedy pod dużym oknem na końcu korytarza. Spojrzałam w jasne oczy Ewy, czyste i błękitne, i zobaczyłam w nich szatana. I chyba odpowiedziałam, że nie.

Sylwek był gruby, ale dawał radę. To on pierwszy zaczął nazywać mnie kurwiszonkiem. Często mnie bił, chyba on najczęściej. On był duży, ja mała, więc uderzał z góry, pięścią w czubek głowy. Chłopaków to bardzo śmieszyło, ale ostrzegali: „Nie dotykaj jej, bo się pierdolcem zarazisz”.
Rodzice nauczyli mnie, że donosicielstwo jest jedną z najohydniejszych rzeczy na świecie, więc nie skarżyłam, ale dla Sylwka zrobiłam wyjątek. Wiedziałam, że w domu go leją, więc poprosiłam tatę, żeby porozmawiał z jego ojcem. Podziałało. Na następny dzień usłyszałam, jak Sylwek, obficie spluwając, mówi chłopakom: „Kurwa, trzeba będzie przestać bić kurwiszonka, bo mój stary…”. Kiedy po latach spotkałam go na ulicy w P-nie, przywitał mnie ze szczerym uśmiechem. Naprawdę.

Marzeny nienawidziłam. Ciągle się mnie czepiała, wyzywała mnie, biła i szarpała. Raz, jak na chemii usiadła w ławce przede mną, trafiła się okazja do zemsty. Marzena miała na sobie nylonową białą bluzkę. Paskudną, więc stwierdziłam, że wielkiej szkody nie będzie. Delikatnie przytknęłam pióro do materiału. Atrament rozchodził się szybko w efektowne ni to gwiazdy, ni to krzyże. Systematycznie stawiałam kolejne i kolejne. Zanim się zorientowała, minęło sporo czasu. Fajnie krzyczała. Wychowawczyni trochę się pooburzała („Taka grzeczna dziewczynka, kto by pomyślał!”), a potem zarządziła, że mam kupić odplamiacz. Dostałam od mamy pieniądze, ale nie chciało mi się iść do sklepu, więc po prostu przekazałam je Marzenie. Kiedy kupiła sobie najtańszy z odplamiaczy, a resztę wydała na lody, czułam się jednak trochę oszukana.
Ale najgorsze było to z miotłą. Marzena niby trochę trzymała z chłopakami, ale to było takie dziwne trzymanie, jakby ona trzymała z nimi, a oni z nią nie. Z ochotą się przyłączała, kiedy nabijali się z dziewczyn, nazywała mnie kurwiszonkiem jak oni, tylko chyba jeszcze częściej, ale nie była do końca bezpieczna, jej też dokuczali, a Zaniuk strzelał ze stanika jak wszystkim („Stanik dzisiaj masz?”; mnie nie, ja nie nosiłam, niedoczekanie), chociaż w sumie akurat Marzena raczej to lubiła. No a raz wzięli z szatni miotłę i wsunęli jej kij między nogi, tak jakby chcieli ją na nim posadzić okrakiem, i ją na tej miotle podnieśli, wysoko, żeby nie mogła stopami dosięgnąć podłogi. I chociaż nienawidziłam Marzeny, było mi jej wtedy szkoda. Przecież to musiało okropnie boleć. I przecież wszyscy, którzy to widzieli, musieli myśleć o tym, że Marzena ma cipę.

Zaniuk miał już prawie osiemnaście lat, tyle razy nie zdał. I kuratora, i wąsik. Był największy i najsilniejszy z nich wszystkich. I wszyscy się go bali, nawet niektórzy nauczyciele, a zwłaszcza pan od matematyki, taki blady, chudy, w wojskowych laczkach z dziurkami i sweterku w romby. Kiedy Zaniuk wychodził z klasy w środku lekcji i pogwizdując, przechodził tak blisko niego, że prawie go trącał ramieniem, pan od matematyki cofał się pod tablicę i potem miał plecy całe w kredzie. Ja się nie bałam, bo ja się niczego nie boję (oprócz pająków), a wtedy bałam się tylko taty i pająków. I to Zaniuka trochę wkurzało. Podchodził czasem, łapał mnie jedną dłonią od tyłu za szyję, mocno ściskał, nachylał się do mojego ucha i syczał przez zęby: „Nie boisz się? Nie boisz się, kurwiszonku?”. Naprawdę się nie bałam. Zastosowałam swój stary sposób, który w pierwszej czy drugiej klasie świetnie podziałał na zadzieranie spódnicy – udawałam, że tego nie zauważam, bo wiedziałam, że jak dziewczynka nie krzyczy, to nie ma zabawy i chłopaki szybko się nudzą. Więc udawałam, że nic nie czuję, chociaż to ściskanie bardzo boli. Starałam się nie kulić, siedziałam bez ruchu i czekałam, aż się odwali. I w końcu się odwalił.

Tego chłopaka ze sportowej właściwie nie znałam. Nie pamiętam, jak miał na imię. Może Maciek. W siódmej czy ósmej klasie pojechaliśmy z nimi na wycieczkę do Krynicy albo innej Rabki. Dało się wytrzymać, bo nikt nie chciał być ze mną w pokoju, więc miałam dwójkę tylko dla siebie. Krzysiek przychodził do mnie na makao, a chłopaki zaglądały przez okno z tarasu, rechotały się, robiły miny, i palcem jednej ręki ruchały kółka zrobione z palców drugiej. Chciałam zasłonić firankę, ale Krzysiek mnie powstrzymał, powiedział, że wtedy byłoby jeszcze gorzej. Zemściliśmy się wieczorem na dyskotece w piwnicy. Poczekaliśmy na wolny kawałek i kiedy dziewczyny z chłopakami przytuleni powoli obracali się dookoła i macali, zaczęliśmy krążyć wokół nich jak czaple, z plecami wygiętymi w pałąk, przykurczonymi rękami i ustami w dziubek, wysoko podnosząc kolana i powoli opuszczając stopy. Szybko nas przepędzili.
To z tym chłopakiem nie pamiętam, czy było przedtem czy potem. Jeśli potem, to może przynajmniej wiadomo dlaczego. Przyskoczył do mnie nagle na spacerze, napluł mi w twarz i uciekł. I to był drugi i ostatni raz, kiedy na kogoś naskarżyłam. Poszłam do jego wychowawczyni, pani M. Zawsze ją lubiłam, była miła i jakaś taka delikatna. Jak kiedyś na przerwie zostawiła torebkę w klasie i któryś z uczniów ją okradł, to się popłakała. Poszłam i powiedziałam. „To niemożliwe”, usłyszałam. „Maciek to taki dobry chłopiec”.

No a z Danki to nawet myśmy się śmiali, ja z Krzyśkiem. Mówiło się na nią „prymitywne jajeczko” i myśmy też tak mówili. Trafiła do nas jakoś w szóstej, siódmej klasie, bo nie zdała. Miała brzydkie ciuchy, zajęczą wargę i kurzajki. I cycki, jako jedna z pierwszych, a wtedy cycki to był powód do wstydu. Przynajmniej u Danki. Strasznie jej się na wuefie bujały. I taka wylękniona była, zahukana, małomówna.
Ale któregoś dnia, może dlatego, że mama mi coś powiedziała, bo pamiętam kawałek rozmowy, pomyślałam sobie, że jak to. Że przecież Danka nic nikomu nie zrobiła. No i wiedziałam, jak to jest, kiedy wszyscy ci dokuczają. I chociaż chyba obawiałam się trochę, że się od tego zarażę Danką, podeszłam do niej na przerwie na korytarzu i zagadałam. Nie pamiętam o co, może po prostu powiedziałam „cześć”, może zapytałam, czy coś było zadane – chodziło o to, żeby zrobić to normalnie, po ludzku. Jezu, jak się Danka uśmiechnęła. Jakby jej ktoś żarówkę w środku włączył. A mnie zrobiło się bardzo, bardzo wstyd. Za wszystkich. Za siebie.

religia


01

02

03

04popr

05

Ty też możesz mieć historię i przodków! Do pobrania tutaj.

wewte »