rozpad i rozkład


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

rozpad i rozkład


W Wielki Piątek na placu Zbawiciela.CAM00038

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

rozpad i rozkład



 
 
 
 
 

rozpad i rozkład


Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Lola starała się nie patrzeć w lustro, zamontowane nad blatem jakby specjalnie dla tych, którzy piją w samotności.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – zakończył Lolek, kiedy powiedział, co miał do powiedzenia.
– Tak – Lola skubała etykietkę na wypitym do połowy piwie – jasne. Ja jeszcze trochę zostanę.

Bar dworcowy w Olsztynie siedemnaście lat temu był chyba dość szary, a przynajmniej tak go Lola zapamiętała. I pewnie przyjemnie chłodny, bo wielkie brudne szyby nie wpuszczały do środka sierpniowego słońca. Dostali herbatę w szklankach ze spodkami i smutne mieszadełka – białe plastikowe patyczki zakończone przekreślonym zerem, które po włożeniu do wrzątku trochę się wyginały.
Lola patrzyła, jak Ola słodzi, miesza i dociska torebkę z fusami do dna. Skrzywiła się; to z torebką było prawie tak nieprzyjemne jak dźwięk piszczącej po tablicy kredy. Bordowy lakier na paznokciach Oli w paru miejscach już się łuszczył. Dziewczyny miały taki wakacyjny patent; szlajały się zwykle byle gdzie i spały po kempingach bez ciepłej wody – a jak się pomaluje na ciemno, zdradziły Loli, to nie widać brudu za paznokciami. Bardzo sprytne, powiedziała wtedy.
Ola wyjęła torebkę i położyła ją na spodku. Oblizała mieszadełko, popukała nim w szklankę, w stół i w spodek i zaczęła je wyginać. Biały plastik najpierw się poddał i zgiął, a potem złamał z cichym pyk. Loli zrobiło się smutno.
– Może przyjedziecie do mnie, jak wrócimy? – zaproponowała. – Ojca nie ma.
– Wszyscy? – zapytały Ela i Lala.
– Pewnie. Moja mama was lubi. A ciebie – spojrzała na Lolka – na pewno polubi.

Zostali do końca wakacji. Wieczorami pili z mamą Loli, a mama Loli opowiadała im historie o zdradach, porodach i życiu. Najciekawsze – te, które Lola już znała, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz – jak była porządnie wstawiona; podnosiła wtedy brwi w sposób, którego Lola nie lubiła, poprawiała się na skrzypiącym leżaku i oznajmiała: „Coś wam powiem. Ale tak naprawdę”. Za dnia dziewczyny malowały, Lola pisała na maszynie, brat Loli rozmyślał i cierpiał, a Lolek siedział w mansardzie przy kuwecie i czytał stare dwutygodniki. To było trochę dziwne, Lola nigdy nie widziała, żeby ktoś w jej wieku czytał prasę, a nieaktualne gazety przygnębiały ją chyba jeszcze bardziej niż suchy chleb.

I Lolek został w zasadzie już tak w ogóle. Zdecydowała o tym najprawdopodobniej krótka wymiana zdań.
– Wiesz – zwierzyła mu się Lola – wydaje mi się, że nie umiem rozmawiać z ludźmi. Jak mnie ktoś pyta, co słychać, to odpowiadam, ale nigdy nie pamiętam, żeby na końcu dodać „A co u ciebie?”.
Lolek uśmiechnął się jak człowiek, który właśnie znalazł coś, w czego istnienie nie wierzył.
– Ja też!

Przyjeżdżał codziennie, pomagał Loli posprzątać i pozmywać, wypijał herbatę i kładł się na materacu pod kocem; Lola mówiła, a on odpowiadał kojącym, coraz bardziej sennym „Mhmmm”. Albo siedzieli i czytali, Lola książki, a Lolek te swoje gazety. Mogła z nim nie rozmawiać i było dobrze. Zaakceptował go nawet Loli ojciec. Jak pytała, czy Lolek może przyjechać, zawsze się zgadzał. Tylko raz zareagował dziwnie.
– Tato – zapytała Lola – czy mogę na piątek zaprosić Lolka i Chudego?
– Obu naraz? – zdziwił się ojciec Loli.
– No, tak. A co?
– A nic w sumie. Nie ma sprawy. Myślisz, że w sobotę mogliby mi pomóc z drewnem?

Ale Lola i Lolek byli przyjaciółmi. Bo może Lola i była po ojcu puszczalska, ale przyjaciół też miała. Wymieniała się z Lolkiem szklanymi kulkami i kraciastymi chustkami do nosa, przegrywali sobie kasety, jeździli razem na wakacje i tak dalej. Przyjaźń. Lola myślała wprawdzie, że z Lolkiem jest coś trochę nie tak, bo jakby w ogóle nie miał uczuć – wszyscy byli wtedy młodzi i nieszczęśliwie zakochani, niektórzy nawet pisali słabe wiersze (Lola znalazła jeden w książce pożyczonej od Łysego, ale akurat o starości, nie o uczuciach), a Lolek nic, ani słowa, że ktoś mu się podoba, że się z kimś spotyka czy coś – ale w zasadzie po co człowiekowi uczucia i słabe wiersze, prawda?

Minęło jakieś siedem lat, Lola zdążyła mieć iluś chłopaków i złamane serce, wyprowadzić się do innego miasta, skończyć studia i wrócić. Siedziała właśnie z Lolkiem w Café Autodafé i marudziła („Kurde, co jest? Czy piwo się robi coraz gorsze, czy ja jestem już stara? Przecież to smakuje normalnie jak woda od groszku z puszki”), kiedy przyszedł esemes. Lola zasadniczo szanowała prywatność innych ludzi i nie zaglądała im w komórki, ale telefon Lolka leżał na stoliku tuż przed nią, więc komunikat „Nowa wiadomość od JUTRO” przeczytała właściwie odruchowo. Spojrzała na Lolka zdziwiona.
– Jutro? Kto to jest Jutro?
Lolek chrząknął, poprawił się na krześle i zapalił papierosa.
– Bolek.
Bolek, przyjaciel Lolka, szalony chirurg. Bardzo go lubiła. Kiedy się po raz pierwszy spotkali, jakoś przed rokiem, akurat pokazywał jej młodszej siostrze złapanego w krzakach zaskrońca. Trzymał go za ogon, za koniec, a reszta wiła się w powietrzu.
– Ale czemu Jutro?
Lolek przez chwilę jakby coś rozważał. Potem strzepnął popiół i wyjaśnił, nie patrząc na Lolę:
– Od roku jesteśmy razem. Poznaliśmy się, jak chodziłem po klubach. Umawiałem się z różnymi kolesiami, przeważnie narąbany. Żeby mi się nie pomieszało, zapisywałem numer telefonu jako datę następnego spotkania. Wiesz, „Sobota 17.30”, „12 maja”, „Pojutrze”.
– Jezu, jak dobrze – powiedziała Lola, która od „jesteśmy razem” w zasadzie go nie słuchała. Naprawdę jej ulżyło, ale teraz gorączkowo usiłowała sobie przypomnieć, czy nie opowiadała przy nim jakichś dowcipów o pedałach. – Ty jednak jesteś normalny.

Zaczęła chodzić z Lolkiem na występy drag queen, parady i Warlikowskiego. Raz pojechali na działkę do Pawcia, gdzie oprócz Loli byli sami geje i dwie lesbijki, i wszyscy jej powtarzali, żeby się nie martwiła, że ją tolerują, że ją nawet akceptują, chociaż są zdania, że seks między osobami różnej płci jest obrzydliwy, ale dopóki się z tym nie afiszuje, to spoko.
No i Bolek. Bolek był wolny, szalony i genialny, miał adehade i skrzypiące schody w świątyni umysłu, myślał o stu rzeczach naraz i bez przerwy to na bieżąco relacjonował, wszystko, co robił, robił kosmicznym mimochodem i niczego nie oceniał – jakby wszystko miało tę samą wartość albo jakby wszystko było w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Lolek tymczasem został urzędnikiem i chyba dlatego był coraz bardziej zasadniczy.
– Bo tobie nic nie można powiedzieć – wyrzucał Loli. – Żyjesz w swoim świecie i nie przyjmujesz żadnej krytyki.
– Ale o co ci chodzi? Coś zrobiłam nie tak? – zapytała Lola nerwowo i sięgnęła po papierosy.
Trochę się bała życia w swoim świecie. Jej ojciec tak żył i nie przyjmował żadnej krytyki, i jak mama Loli chciała Loli dokuczyć, co się stosunkowo często zdarzało, to mówiła „Jesteś dokładnie taka jak twój ojciec”.
Lolek spojrzał na nią krzywo.
– Chodzi mi o ostatnią imprezę.
– Ale że co?
Przypaliła, trochę drżały jej dłonie.
– Jak to co? Nie pamiętasz? No tak. No pewnie, że nie pamiętasz. Strasznie się narąbałaś. Kleiłaś się do ludzi, a tam były same ciotki. I wszyscy się dziwili i pytali „Jezu, kto to jest?”. A ja bez mrugnięcia okiem mówiłem „Moja przyjaciółka”. Bez mrugnięcia okiem – powtórzył i spojrzał na nią wyczekująco.
Lola zaciągnęła się i wydmuchała dym.
– Dziękuję – odpowiedziała, patrząc w okno. – Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.

A później Lolek zerwał z Bolkiem. Odchodził parę razy, ale łamał się i wracał, aż w końcu odszedł na dobre. Trochę Loli powiedział, ale – jak mówił – nie wszystko, bo wie, że ona Bolka lubi, i nie chciał jej robić przykrości. Loli było smutno, że stało się, jak się stało, ale uznała, że Lolek chyba podjął właściwą decyzję. Że chyba nie było innego wyjścia.
Zrobiło się dziwnie. Lola widywała się i z Lolkiem, i z Bolkiem, każdy opowiadał jej swoją wersję zdarzeń, a ona czuła się trochę jak dziecko z rozbitej rodziny; chociaż akurat jej rodzice po rozwodzie właściwie się nie rozstali, a jak nowa żona ojca umarła, to znowu wzięli ślub, więc nie była do końca pewna, czy wie, jak to jest.

I wtedy zaszła w tę ciążę z Ponurym Monterem, Operatorem Fotoplastikonu albo Księdzem po Kolędzie i dowiedziała się, że płód cierpi na nieuleczalną depresję. I cierpiał, i zatruwał ją od środka, jakby przez pępowinę tłoczył smołę w jej żyły. I naprawdę nie wiadomo, co by z się z Lolą wtedy stało, gdyby nie Bolek.
Lolek tymczasem jakoś zamilkł, a potem, akurat tego dnia, kiedy Lola podjęła w końcu decyzję, poprosił ją o spotkanie.

Café Autodafé była wyjątkowo zatłoczona, musieli usiąść na wysokich stołkach przy blacie pod ścianą. Nie rozmawiali. Usiedli i Lolek po prostu powiedział, co miał do powiedzenia. Wygłosił doskonale przemyślane oświadczenie, tak skonstruowane, że niczego nie dało się w nim podważyć. Właściwie nie dało się go nawet skomentować, bo całkowicie wyczerpywało temat.
Lolek nie radzi sobie z tym, że Lola przyjaźni się z Bolkiem. Tak, wie, że nie może mieć jej tego za złe i nie może oczekiwać, że Lola zakończy tę znajomość. Ale rozstanie było dla niego niewyobrażalnie trudne, a teraz jest w sytuacji nałogowca, który zrywa z nałogiem i potrzebuje wsparcia. A Lola mu tego wsparcia nie daje. Sama świadomość, że Lola widuje się z jego byłym, sprawia, że towarzystwo Loli źle Lolkowi robi. Tak to w skrócie brzmiało.
– A teraz już pójdę, jeśli pozwolisz – powiedział na koniec.

Lolek wyszedł, Lola została. Wypiła piwo, spojrzała w lustro i poszła. Ale jakoś nie mogła. Rozumiała, że nie ma wyjścia i nie ma sensu, ale jakoś nie mogła, więc wzięła telefon i napisała. Że jej przykro i ma nadzieję, że kiedyś jeszcze będą mogli normalnie rozmawiać. Po chwili przyszła odpowiedź. „Jak zwykle musisz mieć ostatnie słowo”.
I wtedy Lola usłyszała ciche pyk, jakby pękł w niej jakiś patyk. I zrozumiała, że nie, nie będą mogli. Bo ona już nie chce.

rozpad i rozkład


105Stare rysunki na nowy rok.
2001, jeszcze przed pierwszą wyprowadzką ze starego domu.
Kryształy stały na wszystkich szafach.
Pradziadek je zbierał.

 

rozpad i rozkład


Uuu, Baśka przyszła, profesorowa. Nie znasz? Gdzieś ty się uchowała, kochana! W domu siedzisz? Baśka profesorowa, co to jest za pizda i szmata! Szmata jakich mało. Rozmawiamy raz, ilu która miała. Ja podaję liczbę trzycyfrową, a ona mi dwa razy tyle. Ja zdziwiona, a ona na to, że to bez orala.
Ale w sumie mniejsza, sama święta nie jestem. Wszystkie się puszczają, obciągają po kątach, jakby myślały, że jak mocno zassą, to w końcu miłość poleci. Najgorsza to ona jest z charakteru. Po piwnicach pizda chodzi i do sałen i opowiada, na dziewczyny gada, że ta to, że tamta tamto, że mają. Żeby chociaż prawdę mówiła, ale gdzie. Ostatnio się do Róży przysiada i mówi, a ty wiesz, mała od sześciu lat ma, koleżankę mam w przychodni, jej kartę widziała i mi powiedziała. No, mała ma, wiem, bo jak wyszło, to mi mówiła, sama ją pocieszałam. Ale że od sześciu lat, to jest ohydne kłamstwo. Od trzech ma. No i wiem, że najbardziej to się martwiła, że się cioty dowiedzą, więc chociaż ja małej nie lubię, to takie chodzenie i gadanie to uważam za ostatnie świństwo. A to były kiedyś przyjaciółki!
I co? Chodzi i gada, a sama też ma, od stu lat ma. Mało profesora nie zaraziła, ale on cwany jest, miłość nie miłość, ale w końcu naukowiec. Węzły miała powiększone, strasznie się w nocy pociła, to się domyślał i uważał. Tylko że mu szmata powiedziała, że się badała i nie ma. A jak z jakąś wysypką w szpitalu wylądowała, to trzeba było sprawdzić, i wtedy się okazało, że ma. Od bardzo dawna ma.
Z profesorem to w ogóle była historia. Ile razy ja mu mówiłam, żeby pizdę pogonił. Ale gdzie tam. Wokół palca go sobie owinęła, w domu u niego zamieszkała i siedziała taka naburmuszona całymi dniami, o seksie zapomnij, a jak ją profesor w końcu wywalił, to oszczędności były już wszystkie co do grosika zjedzone. I spaść go próbowała! Matka ją nauczyła, że chłopa trzeba utuczyć, żeby na miasto na baby nie chodził, to smażyła kurczaka w panierce z czipsów.
No i te jej kariery i interesy. Przecież to jest hochsztaplerka najgorsza. Najpierw chciała zostać księdzem, ten przepych kościelny jej się podobał. Godzinami potrafiła siedzieć i ze szczegółami sobie wyobrażać, jak ją na papieża koronują. Tak z rok była w seminarium, potem ją wylali. Sutannę sobie zostawiła, nawet przymierzałam. Jak do lekarza musiała, to się za księdza przebierała, i takim krokiem zamaszystym, bo wysoka jest, przez poczekalnię szła, znaki krzyża wielkie ręką w powietrzu kreśliła, dłoń dawała do pocałowania i wchodziła bez kolejki.
Potem jakieś targi organizowała w Z. Długów narobiła, interes zwinęła i przyjechała tutaj. Znalazła jakąś lukę w prawie, strasznie dumna z siebie była; wymyśliła, że będzie nadawać tytuły arystokratyczne za niewielką opłatą. Mnie w to chciała wciągnąć, żebym w zarządzie była, bo się ładnie nazywam. Obraziła się, bo nie chciałam. I potem zdziwiona, że jej tego nie zarejestrowali! A już nazwisko zmieniła na dłuższe, chyba trzeci raz, już stronę internetową miała. Bo ona przede wszystkim stwarza pozór w internecie. Kolejne profile na fejsbuku zakłada, strony robi. Wszystko pięknie-ładnie i na poważnie, pastelowe tło, na górze jakieś zdjęcie ze stocka, obrazki, zakładki, o nas, kontakt i misja. Ale jak głębiej zajrzysz, to linki do stron, których nie ma, albo jakieś lorem ispum. Po paru miesiącach się jej odechciewa i tworzy nowe pozory. Po tych herbach była jakaś organizacja filantropijna. Obrazki wklejała na fejsbuku z napisami, Każdej zimy zamarza tyle a tyle osób, reaguj! albo Fundacja Płomyczek Dobra życzy Wesołych Świąt. I przecinki wszędzie nie tam gdzie trzeba.
Ale przez tych parę miesięcy ludzie się nabierają! W Z miasto jej lokal dało, na tę działalność charytatywną jakiś sprzęt biurowy dostała. Ale najgorsze to mi Róża wczoraj powiedziała. Bo teraz Baśka jest psychologiem. Pacjentów u znajomego przyjmuje, gdzie za pilnowanie i podlewanie kwiatków mieszka, też stronę ma, profil na fejsbuku, porad na jakichś portalach udziela, wczoraj guglowałam. A jakie CV sobie wymyśliła! Gdzie ona nie pracowała, jakiego to doświadczenia nie ma. Na jednym portalu to nawet „filozof-etyk” sobie dopisała. A ja profesora pytałam, czy ona ma jakieś w tym kierunku wykształcenie. Gdzie tam. Nie ma. Chuja ma. Jedyne, co w niej dobre, to że dużego.

rozpad i rozkład


IMG_7196

IMG_7225

IMG_7277

IMG_7289

Więcej tu.

rozpad i rozkład


Obudziliśmy się rano, trudno nam było wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Takiego planowego chyba, to znaczy to było wiadomo od dawna. Że słońce będzie coraz większe i większe i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i było, było już tak blisko, że swoją grawitacją zaburzało czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Tak się potykał jakby, dostawał czkawki. Na bardzo krótkich interwałach, zapętlało minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, można coś było zrobić lepiej. Albo chociaż inaczej.

Obudziliśmy się rano, długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy: to było wiadomo, w szkole o tym uczyli. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. No i tak się stało, i było już tak blisko, że jego grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Jakby się potykał, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył. Dlatego to było bardzo męczące, ale z drugiej strony – za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.

Obudziliśmy się rano, ale długo nie mogliśmy wstać, bo do końca świata niedużo zostało. Planowego końca, to znaczy ludzie od dawna wiedzieli, uczyli się w szkole. Że słońce będzie coraz większe i większe, i coraz bliżej Ziemi. Albo jakaś wielka planeta. Teraz było już tak blisko, że grawitacja zaburzała czas. Przeskakiwał jak porysowana płyta kompaktowa. Potykał się jakby, dostawał czkawki. Zapętlało już bardzo krótkie odcinki, minutę, dwie. I to się pamiętało, miało się świadomość, że przeskoczył czas. Bardzo to było męczące, ale za tym drugim, trzecim, czwartym razem, dało się zrobić coś lepiej. Albo chociaż inaczej.

rozpad i rozkład


Ania potrafiła siedzieć w pracy do ósmej i dłużej. Ze sprawami przychodziła, biegała z piętra na piętro, chociaż tam się ogólnie raczej pisało, mejle albo na skajpie. Z impetem otwierała drzwi i krzyczała od progu. Karoliiinka! (prosiłam, żeby nie zdrabniała, potem się przyzwyczaiłam). Stawała nade mną, tuż, jak nie lubię (też się przyzwyczaiłam), plask, kładła korektę składu na stół i domagała się, żeby gdzieś coś wyrzucić albo dopisać, bo sieroty i wdowy. Albo ze stronami redakcyjnymi, sczytaj, podpisz mi się, o tu. I stała, dopóki nie sczytałam i nie podpisałam (nie mogę się skupić, jak tak nade mną stoisz, mówiłam, jakiś błąd zrobię i będzie, ale też się przyzwyczaiłam).
W biurze na ulicy U siedziała w pokoju koło kuchni i czasem zmywała naczynia, jakby miała za dużo energii. Jak się zostawiło w kuchni pudełko na jedzenie, to wyrzucała. Zostawiają, leży bez sensu, zrzędziła. Widać nie potrzebują. I jeb, do śmieci. I mejle kasowała, nie potrafiłam tego zrozumieć. A bo mi tylko zapychają skrzynkę, mówiła.
Czasem przynosiła do pracy kota, Adam się denerwował, bo go nie pilnowała. Kot chodził sobie, jak chciał, po piętrach i pokojach, po tarasie, ogródku. A potem Ania po biurze. Guuucio! Guuucio!
I niektóre ubrania miała dziwne, na przykład białe ażurowe kozaki, skórzane, z milionami błyszczących metalowych klamerek. I taki puder, prawie pomarańczowy.

M powiedziała kiedyś, że Ania siedzi po nocach „w ramach ekspiacji za tę długą nieobecność”. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo to było, zanim tam zaczęłam pracować. Potem, po kilku latach, się dowiedziałam. Ania zrobiła się jakaś cichsza, już nie przychodziła, a jeśli nawet, to nie krzyczała i nie rzucała na stół. Później długo była na zwolnieniu. Czasem pojawiała się na chwilę, zszarzała, przestraszona, wyglądała, jakby się zaraz miała rozpłakać.
Ale potem wróciła i było jak przedtem, i chyba się nawet cieszyłam, kiedy znowu usłyszałam to jej „Karoliiinka!”, albo tak mi się teraz wydaje.

Tylko że potem firmę kupiła inna firma, dużo większa. Naszą i jeszcze dwie. I się zaczęło. Jednych powywalali, innych przesunęli, Ania wylądowała w logistyce z jakimiś tabelami. Nie pojawiała się już u nas. Zlecaniem składu i redakcją techniczną, na której się w ogóle nie znaliśmy, mieliśmy się zajmować sami.
Trochę czasu minęło, zanim ją w tej logistyce odszukałam. I trochę chyba o niej zapomniałam po prostu. W końcu znalazłam ją piętro niżej, w ponurym ciemnym pokoiku. Puder na jej twarzy był jeszcze bardziej szary niż w tych złych czasach na ulicy U. Później nie było jej chyba dłużej niż rok. Nie było i nie było. Potem zaczęła się pojawiać, brać jakieś zlecenia, jakby się powoli poprawiało. Pod koniec grudnia wróciła ze zwolnienia i od razu ją wylali. W połowie stycznia wylali mnie i od tego czasu widziałam Anię tylko raz, kiedy zorganizowała wielką imprezę, na którą udało jej się ściągnąć prawie całą dawną firmę.

Niedawno do Adama zadzwonił D. Adam przyszedł do mnie i powiedział, co usłyszał. Potem dzwonił do U, do N, jeszcze do kogoś, potem rozmawialiśmy na skajpie z A, na gmailu z A, potem do Adama zadzwonił jeszcze ktoś. A napisał nam w dwóch linijkach, co mu powiedziała mama Ani, i wiem, że bardzo trudno mu to było napisać.
Nie było wiadomo, co mówić. Próbowałam coś myśleć, ale wtedy otworzyła mi się w głowie czarna dziura.

Była śliczna pogoda. Przyszło bardzo dużo ludzi. Mszę (tak, zadałam sobie to zupełnie nie na miejscu pytanie) przeczekaliśmy na zewnątrz. W cieniu było jednak trochę chłodno, jakiś owad usiadł Adamowi na czapce. Potem długo dzwonili, dzwon miał nieznośnie płaczliwy dźwięk. Nie sądziłam, że tak będzie, ale od tego dzwonu i powolnego marszu za czarnym samochodem to się jednak zrobiło bardziej realne.

Na cmentarzu ksiądz coś śpiewał nad grobem, ale tak cicho, jakby czuł się tak, jak myślę, że inni się czuli. Był głośnik na tyczce, ale nie bardzo go było słychać. Ksiądz strasznie fałszował i nie spodobało mi się słowo „służebnica”. Potem z tego głośnika puścili skrzypce i wtedy część kobiet się popłakała. Pogoda dalej była piękna, świeciło słońce, szumiały drzewa, pod murem cmentarza przeszedł facet z łopatą. Wyglądało jak film. Kiedy skrzypce przestały grać, z głośnika rozległy się oklaski.

Na koniec ktoś, chyba brat Ani, powiedział, że nie spodziewali się tylu osób i dziękują wszystkim, którzy przyszli. „Gdziekolwiek teraz jest Ania – powiedział – na pewno jest szczęśliwsza, niż była. I wierzcie w to”. A potem z tego głośnika na tyczce puścił jej ulubioną piosenkę.
Pewnie większość ulubionych piosenek dziwnie brzmi na pogrzebie. W tej powtarzała się fraza I am what I am, I’ll do what I want.

rozpad i rozkład


IMG_5994-mRano pradziadek golił się w kuchni. Stawiał lusterko na laminowanym stole i odkręcał kran, a ja siadałam na pralce i przyglądałam się, jak wyciska krem z tubki, rozrabia pianę pędzlem, wydyma policzki, sznuruje wargi, odchyla głowę, płucze maszynkę, wklepuje w skórę wodę kolońską. Bardzo to lubiłam.
Lusterko znalazłam kilka lat po jego śmierci. Od tamtej pory stoi na moim biurku. Czasem patrzę na siebie kątem oka. Było w starym domu, na Śląsku, u babci, znowu w starym domu i przy ulicy G.
Ostatnio Adam niechcący je stłukł, ale potem skleił butaprenem. Mam teraz lustro do robienia picassów. Planuję większą serię.

rozpad i rozkład


Była dziś u nas mama, przyniosła stokrotki w doniczce. Przyjechała po hauskyjzę; od teściowej dostałam, bo uwielbiam, ale część z żelatyną. Na koniec mama powiedziała, że coś nam pokaże, i wyjęła z plecaka zawiniątko z białej flizeliny. Rozpakowałam je ostrożnie i zobaczyłam Konika Zagłady.
– Chcesz go? – zapytała mama.
Pewnie, że chciałam. Konik Zagłady sprowadzi klęskę na moich wrogów. Płacz, zgrzytanie zębów i wstyd. Tak będzie.

IMG_5477

IMG_5480

IMG_5483

wewte »