smutek


Tak, aha… Ale nic wam się nie stało? …Mieli problem z samochodem, będą później.
Ta. Problem z samochodem.
A co, nie?
Problem z samochodem, problem z samochodem. Impreza była.

Ryb też nie jecie? Zawsze zapominam.
Ojej, to co wy będziecie jeść?
Sałatkę. Oliwki. Jest super.
Barszczyku wam dam.
A na czym ten barszczyk?
Zupełnie na niczym. Normalny, z kartoniku.
A to świetnie, to chętnie.

A co ty tu masz? Krew ci leci.
Uuu, rozdrapałam. Bo Ludek dostał żyroskop i nie wiedział, że to tak szybko się kręci.

I wtedy w Jerozolimie…
Asiuniu, chlebka sobie weź.
Teraz ja mówię, przepraszam.

Te prezenty mnie nudzą.

Czemu płaczesz?
Nie mogę patrzeć na to, jak on ją traktuje.
Tak, to jest okropne.

Co jest okropne?
Jest okropnie gorąco.

Już idziecie? Chciałbym wznieść toast, póki jeszcze wszyscy są.

Ojej, to po dziadku.
No, i popielniczka.
A, à propos dziadka. Wiesz, co myślę? Że swojemu zmarłemu ojcu jestem winien pamięć i szacunek.
Pamięć i szacunek… Spoko. Mogę za to wypić.

O nie. Miałem ucałować Alfika od Wandy i zapomniałem.

smutek


img_2627

img_2660

img_2663

img_2680

img_2763

Więcej tu.

smutek


Jest w Richmond muzeum Holocaustu założone przez ocalonego. Niewyobrażalnie dosłowne! Ten pan ukrywał się w jamie wykopanej pod psią budą i w muzeum do tej jamy trzeba było wejść przez tunel obok budy, i tam był pluszowy pies. Rozumiem powagę miejsca, dramat tego człowieka, ale kiedy schyliłem się, żeby wejść do tej dziury, pies, który miał fotokomórkę, zaszczekał.

[cyt. za Woje wyklęci spod Smoleńska, Katarzyna Wężyk, Marcin Napiórkowski]

smutek


34110025

smutek


CAM00072
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

smutek


W Wielki Piątek na placu Zbawiciela.CAM00038

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

smutek


Smutek – uczucie tego, komu coś dolega, kto stracił kogoś lub coś miłego, kto ma przykre wspomnienia, przeżycia; nastrój wywołujący taki stan, takie uczucie.
Smutek bezbrzeżny, bezgraniczny, beznadziejny, głęboki, niewymowny, szczery. Smutek w głosie, na twarzy, w oczach, w spojrzeniu. Brzemię, chmura, chwila, fala smutku. Okazywać, wyrażać, taić, ukoić, rozpędzać, rozpraszać smutek. Smutek ogarnia, opanowuje, przejmuje, przytłacza, trapi, zdejmuje kogo.*

Kiedy niedawno obcięłam sobie kawałek palca (mam to na zdjęciach, jeśli ktoś chce (palec już się zabliźnił, nie ma co się martwić)), ogarnął mnie przejął zdjął smutek. Jak wtedy, kiedy Mała Mi umarła.
Kiedy próbuję myśleć, myślę o więdnących liściach.
Rozpuściliśmy dziś w wodzie proszek na wirusy, zapachniało śmiercią.
Brzemię chwila chmura fala. Taić rozpędzać rozpraszać.
Pracuję, ćwiczę, świecę sobie lampą.

 
* Definicja za Doroszewskim.

smutek


nadojelo

smutek


W domu wszędzie brak, puste miejsca po niej. Na podłodze ślady łap; tam, gdzie umarła, kilka ledwie widocznych czarnych smug, widać niedokładnie wytarliśmy. Robię w myślach spis rzeczy, które trzeba umyć, wyprać, odkazić, wyrzucić, spis miejsc, w których leżała, wymiotowała, spis znajomych, których trzeba ostrzec.
O pierwszej facet z krematorium przywiózł urnę.

Staram się bronić przed tym obrazem, przed wspomnieniem skurczów i czarnej powodzi. Myślę o tym, jaka była mądra. O tym, jak oglądała z nami film o ptakach. Jak lubiła światełka, zajączki, jak szczękała na wrony. Jak kładła się między mną a klawiaturą, kiedy pracowałam, i trzymała łapę na mojej dłoni. Jak spała w dziwnych pozach. Jak grała nam na dobranoc kocifugę. Jak domagała się pieszczot i jak trochę obleśnie stękała, kiedy się ją głaskało. Jak towarzyszyła nam przy myciu zębów. Jak chodziła za mną po domu jak piesek i jak wieczorem brałam ją pod pachę i niosłam do łóżka. Jak budziła nas kichaniem prosto w twarz i jak nie dawała się spławić. Jak boleśnie potrafiła podeptać. Jak się o nic nie obrażała. Jak lubiła ludzi i zawsze przychodziła do kuchni, kiedy byli goście. Jak śmiesznie wystawał jej kieł i jak lubiłam sobie wyobrażać, że na starość będzie wystawał jeszcze bardziej i będziemy się z niego śmiali.

Zaczęło się pod koniec listopada. Trochę kaszlała, trochę mniej jadła. Adam zabrał ją do weterynarza, zdiagnozowali stan zapalny górnych dróg oddechowych, dali jakieś leki na wzmocnienie, potem antybiotyk. Martwiliśmy się, ale nie bardzo, w końcu to było tylko przeziębienie.
Potem było jak w złym śnie, z dnia na dzień gorzej, jakby się po prostu cała popsuła. Nie nadążałam za tym, Adam chyba też nie. W ogóle przestała jeść i pić, chowała się w szafie. Coś było nie tak z wątrobą. Przed USG oswajaliśmy się z myślą o raku i eutanazji, ale okazało się, że to nie rak. Odetchnęliśmy. To tylko stan zapalny, pocieszaliśmy się. Jest źle, ale nie aż tak źle. Wątroba się regeneruje.
Weterynarze twierdzili, że się czymś zatruła. Nie mieliśmy pojęcia, co to mogło być. Karma była w porządku, bo Matylda jadła to samo i nic jej nie dolegało. Awokadowców nie obgryzała, kilka razy sprawdziłam. Detergentami się nie interesowała. Z trucizną na przędziorki i odkamieniaczem nie mogła mieć kontaktu, pilnowaliśmy. Może do domu dostał się szczur obżarty trutką z piwnicy? Ale znaleźlibyśmy przecież jakieś resztki. I nigdy nie widziałam tu szczura.

Była jedna straszna doba, kiedy nie dostawała zastrzyków przeciwbólowych, bo powiedzieli, że to za bardzo obciąża wątrobę. Chodziłam za nią po domu i wycierałam żółtą pianę, którą wymiotowała. Dostała biegunki, zrobiła pod siebie, a potem przyszła do mnie, jakby chciała poprosić, żebym ją umyła. Pozwoliła mi, w ogóle nie protestowała. Cały dzień okropnie się śliniła. Nie wiedzieliśmy, że to z bólu. Dopiero następnego dnia inna pani doktor zaordynowała bunondol, który w myślach nazywałam bólbulonem. Co osiem godzin robiliśmy zastrzyk. Po zastrzyku Mi zapadała w letarg. Przynajmniej jej nie boli, pocieszaliśmy się. Najważniejsze, żeby nie bolało.

Adam co wieczór jeździł z nią na kroplówki. Ja siedziałam w domu, bo już trochę zawaliłam terminy. Nasłuchiwałam, czy idą. Dlatego wiem teraz, że koło 22 sąsiadka wraca z psem ze spaceru; potem jakieś dwadzieścia minut i przyjeżdżali.
Czasem wydawało nam się, że jest trochę lepiej. Dała się pogłaskać, przyszła do łóżka, strzygła uszami na wrony. Potem znowu się pogarszało.

W piątek jeszcze inna pani doktor powiedziała, że to może być koci tyfus. Zrobili test, wyszedł dodatni.
Niestety typowe objawy pojawiają się dopiero po kilku dniach od zakażenia – przeczytałam w internecie a wtedy jest zwykle za późno na leczenie.
Występują 3 postaci panleukopenii: nadostra, ostra i łagodna. W przypadku postaci nadostrej brak objawów, a zwierzę umiera nagle. W przypadku postaci ostrej śmierć następuje po 1–2 dniach. W przypadku postaci łagodnej śmierć następuje po 5–6 dniach.
Źródła zakażenia mogą być różne: kontakt z chorym kotem; kontakt z kotami żyjącymi na wolności; kontakt z osobą, która miała styczność z chorym kotem (wystarczy, że osoba ta przebywała w pomieszczeniu, w którym chorował kot – nawet gdy tego kota tam już nie było – wirus może zostać przeniesiony na ubraniu, na butach, na rękach itp.); duże skupiska zwierząt; lecznice weterynaryjne (również ich pracownicy).
Matylda nie zachorowała prawdopodobnie dlatego, że była szczepiona i jeszcze jest odporna, ale trzeba ją obserwować; okres wylęgania się choroby wynosi 5–12 dni. Mi mogłaby pomóc surowica od kota, który chorował i przeżył. Nie mają, poszukają dawcy.
Pani doktor, powiedział mi Adam przez telefon, powiedziała, żeby dać jej jeszcze dwa dni. A jeśli za dwa dni się nie poprawi? To będzie znaczyło, że Mała Mi umiera.

W nocy Adam zamieścił ogłoszenie na Facebooku. Ola, znajoma z Razem zasugerowała, żeby napisać do Kociej Łapki. Okazało się że mają surowicę. Powiedzieli, że liczy się każda godzina, że trzeba jak najszybciej, że mamy jechać do Pauliny, że już do niej dzwonili. Było dobrze po północy, do Pauliny dojechaliśmy koło pierwszej. Dostaliśmy dwie strzykawki, dla Mi i dla Matyldy, surowicę podaliśmy koło drugiej.
W nocy Mi próbowała pić wodę, rozgrzały jej się uszy, na chwilę przyszła do mnie na kanapę. W sobotę byliśmy w klinice we troje. Pani doktor powiedziała, że Mi ma lekką gorączkę i że to dobrze, to znaczy, że organizm walczy. I że surowica znacznie zwiększa jej szanse. Znowu były kroplówki, leki na to, leki na tamto.
Kiedy szliśmy do samochodu, jakiś chłopiec zobaczył Mi przez drzwiczki kontenerka, ledwie przytomną po bunondolu, zmęczoną, zaślinioną. „O jaki słodki! – rozczulił się. – Jaki malutki!”. Nie powiedziałam mu, że jest chora (i wcale nie taka malutka!). Uśmiechnęłam się do niego i poszliśmy.
Kiedy jechaliśmy do domu, Mi patrzyła na światła.
Ożywiła się. Trochę chodziła, przyszła do mnie, na swój fotel. Zagrzebała się w śpiworze. Robiła też niepokojące rzeczy, stała nad miską z wodą, leżała w kuwecie. Ale myśleliśmy, że jest lepiej.
Zadzwonił landlord, mówił, że jeden z jego kotów chorował na panleukopenię, w zasadzie już umierał, ale udało się go uratować dzięki surowicy.
Zaczęliśmy mieć nadzieję.

W niedzielę obudziłam się nad ranem, nie mogłam jej znaleźć. W końcu odkryłam, że leży przy oknie. Patrzyła na świat. Przez chwilę myślałam, że może się z nim żegna, ale potem powiedziałam sobie, że pewnie obserwuje ptaki i że to dobrze. Przykryłam ją, żeby nie zmarzła.
Potem przyszła do nas do łóżka. Z trudem na nie wskoczyła, ale przyszła.
Wstaliśmy trochę przed południem, Mi została w pościeli. Zbudowałam wokół niej gniazdo z kołdry, żeby było jej cieplej i wygodniej.
O dwunastej, kiedy pisałam do Aerte, że chyba się powoli poprawia, usłyszeliśmy jęk, miauczenie jak na alarm. Mi stała w przejściu między dużym pokojem a przedpokojem i chwiała się na nogach. Pobiegliśmy do niej. Upadła. Głaskaliśmy ją, mówiliśmy do niej. Skręciła się w konwulsjach, zwymiotowała. Raz, drugi, trzeci. Podłogę zalała ogromna fala rzadkiej czarnej cieczy o dziwnym chemicznym zapachu.
Wycieraliśmy to czarne ręcznikami papierowymi, głaskaliśmy Mi, Adam dzwonił do kliniki, pytał, czy można podać zastrzyk przeciwbólowy. Przyłożyłam ucho do jej boku i nasłuchiwałam. Wydaje mi się, że słyszałam dwa uderzenia i że cisza między nimi trwała zbyt długo. A potem już nic. Ale brzuch się poruszał, jakby oddychała. Adam nie znalazł stetoskopu, przyniósł lusterko. Nie zaparowało.
Włożyłam Małą Mi do kontenerka. Była zupełnie sflaczała, jak szmatka. Postawiliśmy kontenerek na kanapie.
– Co mamy teraz zrobić? – powiedział Adam bezradnie. – Nie wiem.

Śmierć nie od razu widać. Mi długo była ciepła, w dotyku zupełnie żywa, wcale nie sztywna. Długo nam się wydawało, że jeszcze oddycha. Może coś przewalało się w jej brzuchu, a może pręgowane futro ma to do siebie, że jak się na nie zbyt intensywnie patrzy, to wygląda, jakby się ruszało.
Mieliśmy taką irracjonalną myśl, że może jeszcze wróci. Że się ocknie. Że jest niezniszczalna jak Mała Mi z Muminków. Że zmartwychwstanie i będzie kocizbawicielką, dawczynią surowicy. Że dlatego nie można zamykać kontenerka, trzeba głaskać, być obok. Żeby wiedziała, że jeśli zechce wrócić, to ma do czego.
Dlatego umówiliśmy się na kremację dopiero na piątą.

IMG_0024

smutek


Mieszkałam wtedy z siostrą w starym domu w P-nie. Głównie z inercji. Zarabiałam już regularnie i w miarę przyzwoicie, ale szukanie mieszkania do wynajęcia wydawało mi się tak samo niesympatyczne jak szukanie pracy. I nie umiałam się oswoić z myślą o płaceniu za to, że zajmuję miejsce w przestrzeni.

Dom miał jakieś sto dwadzieścia lat, wybudowali go moi prapradziadkowie. Nie należał już do nas, ojciec musiał go sprzedać Zarządowi Dróg. Wyprowadzaliśmy się długo i na raty. Najpierw ojciec, potem mama, potem brat. Na końcu siostra.
Nie dbałyśmy już o niego, bo nie było po co. Wiedziałyśmy, że Zarząd Dróg go wyburzy. Rzadko sprzątałyśmy, nie naprawiłyśmy termy, która przestała działać, kiedy wiosenne deszcze zalały piwnicę, więc przez ostatnie miesiące nie miałyśmy ciepłej wody; nie zamykałyśmy drzwi wejściowych, bo zamek się popsuł, a w dniu mojej wyprowadzki puścił ostatni zawias, na którym się trzymały.

Dom stał w wielkim zapuszczonym ogrodzie, o który też już nikt się nie troszczył. Młodsze drzewa ojciec zabrał do nowego ogrodu, stare zaczął pewnego dnia wycinać. Ściął wtedy kilka i usiadł na ganku ze swoją piłą łańcuchową. Patrzył na ścięte drzewa i milczał, a potem pojechał i już nie wrócił.
Ogród rozrastał się coraz bujniej i coraz bardziej dziko. Dlatego latem w domu było coraz wilgotniej. Powietrze w pokojach miało zatęchły, trochę kwaśny zapach, jak we wnętrzu bardzo starej i dawno nieotwieranej szafy, a materac, na którym spałam, zaczął pleśnieć od spodu.

Ale wtedy była zima. Stare drewniane okna nie trzymały ciepła, więc w ciągu dnia, kiedy nie było komu pilnować ognia, dom wychładzał się do kilku stopni. Po powrocie rozpalałyśmy w kominku, ale zanim nagrzało się do czternastu, był już środek nocy. Parę razy do rana temperatura na dole spadła w okolice zera i w kubkach po kawie zamarzły fusy.

Dlatego kiedy kolega z pracy powiedział, że wybiera się w Beskid Niski, i zapytał, czy nie mogłabym przez tych kilka dni pomieszkać w jego kawalerce w W-wie, żeby przypilnować robotników, którzy będą wymieniali jakieś rury, chętnie się zgodziłam.
Kawalerka była malutka i miała drzwi cienkie jak z dykty. Wchodziło się prosto do kuchni. W łazience, oddzielonej od kuchni przesuwaną plastikową ścianką, pod prysznicem leżały kamienie, a na umywalce coś, co wyglądało na ukruszony kawałek zepsutego zęba. Pokój wypełniały książki spiętrzone w poprzekładane sosnowymi deskami pryzmy i stosy. Z jednego z tych stosów wygrzebałam sobie pierwszy tom Człowieka bez właściwości. Przy materacu leżała kupka książek poetyckich, które w takiej ilości wyglądały dziwnie i wydawały się jeszcze cieńsze.

Na wieczór umówiłam się z Momo. Kolega zostawił nam aromatyzowaną kawę, która pachniała trochę jak perfumy, a trochę jak czekoladki, butelkę czerwonego wina i suszoną ukraińską rybę.
Ryba była sztywna, szorstka i słona, a Momo trochę nie w humorze.
Kiedy wypiłyśmy wino, wspięła się na parapet, otworzyła okno i zapaliła jednego z tych swoich goździkowych papierosów.

– Zostaniesz na noc? – zapytałam. – Zostań.
– Nie, lepiej nie. Mam okres. Zadzwonisz po taksówkę?
– No dobrze. – Zaczęłam przeglądać listę w telefonie. – Jaką chcesz? Euro Taxi? Damel Taxi?
– Glob Taxi – powiedziała Momo tym dziwnym tonem, który zawsze kojarzył mi się trochę z małą dziewczynką, a trochę z niebezpieczną psychopatką, i pokazała zęby w sztucznym uśmiechu. – Patrz.
Na budynku za oknem wisiała wielka reklama Glob Taxi. Całą płachtę zajmowała mocno umalowana kobieca twarz, której usta układały się w kształtne o, jakby chciały połknąć sterczącą ze słuchawek czarną kulkę mikrofonu.

Kiedy obudziłam się następnego dnia, świat był już inny. To znaczy inny był widok z prawego oka. Zepsuty i coraz bardziej nie taki. Stałam przy tej umywalce z zębem i wpatrywałam się w lustro, zasłaniając ręką raz jedno oko, raz drugie. Nie, nie wydawało mi się.

Na ostrym dyżurze towarzyszyła mi Momo. Byłam zła na Darka, który wychodząc na pociąg, kazał jej ze mną jechać, i na nią, bo sama chciała. Lepiej by było, gdybym wtedy nie miała do kogo gadać, bobym milczała. Lepiej by było, gdyby nie trafiło na Momo. Lepiej by było, gdyby Momo nie musiała siedzieć w szpitalu, bo jeszcze chodziła w żałobie po mamie.

Po sześciu godzinach zbadali mnie, zdiagnozowali i przyjęli na oddział. Była pierwsza w nocy. Dali mi szpitalną piżamę, nawet się z niej ucieszyłam, i podłączyli kroplówkę. Usta wypełnił mi dziwny metaliczny smak. Odwróciłam się twarzą do ściany i poczułam mniej więcej taką ulgę, jaką czuję, kiedy zapinam pasy w samolocie. Zdążyłam. Zrobiłam, co mogłam. Reszta ode mnie nie zależy.

smutek


jf20130918 jf20130727
jf20150904

wewte »