stary dom


Poleca się czteroodcinkowy tekst o owadach w dwutygodnik.com

Owadzi seks
Obrzydliwość
Zowadzenie
Koniec

(Owady z Beskidu Sądeckiego, lipiec 2019).

stary dom


105Stare rysunki na nowy rok.
2001, jeszcze przed pierwszą wyprowadzką ze starego domu.
Kryształy stały na wszystkich szafach.
Pradziadek je zbierał.

 

stary dom


Aga wymyśliła wycieczkę rowerową, ugotowała jajka i zrobiła kawę w termosie. Adam wziął owoce, sól i chrzan, ja kanapki, mapę i koc. Najpierw przez las pachnący trupem pojechaliśmy do Agi. Okazało się, że mieszka na zamkniętym osiedlu.
– Patrz, ona jest dziewczyną z zamkniętego osiedla.
– Dziewczyna ze strzeżonego – podchwytuje Adam.
W łazience Agi na bocznych ścianach jest lustrzana pułapka, a na ścianie naprzeciwko drzwi zdjęcie ojca Agi robiącego zdjęcie lustrzanej pułapki. Na półce w kuchni stoi kilka miniaturowych słoiczków z marynatami. Jedna śliwka, pięć małych grzybków, śliwka, pieczarka.
– To mój tata takie robi.
Częstujemy się ciastem, myjemy talerzyki.
– To z Ikei?
– Tutaj wszystko jest z Ikei – mówi Aga z lekkim przekąsem.

Jedziemy do P-na. Pokazuję Adze i Adamowi kościół swojej apostazji i cmentarz, na którym mam rodzinny grób na kilkanaście osób. Potem do starego domu. Przypinamy rowery pod bramą, wchodzimy przez dziurę w ogrodzeniu. Odgarniam pajęczyny patykiem, prowadzę przez pokrzywy. Jakiś czas temu do starego domu włamali się złomiarze i zabrali zlew, brodzik, płytę kuchenną, pompę itd., wypruli nawet kable ze ścian. Mosiężne klamki w drzwiach i stalowe w oknach oszczędzili, nie wiem czemu. W dawnej sypialni rodziców na gnijącej podłodze (ktoś zostawił otwarte okna dachowe na górze, zaczynam je zamykać, ale po pierwszym łapię się na tym, że to bez sensu) leży globus luzem, bez nóżki. Adam delikatnie go głaszcze.
– Zawsze chciałem taki mieć.
Komórki się zapadły, garaż się zapadł. Bierzemy z garażu dwa słoje apteczne, zbieramy przy bramie borówki amerykańskie, jedziemy.

Trochę błądzimy, fotografujemy wielojezusową kapliczkę, wreszcie dojeżdżamy do gospodarstwa agroturystycznego, które Aga chciała nam pokazać. Zamawiamy piwo, wyciągamy jedzenie, zlatują się muchy. Obserwujemy dzieci, które są w gospodarstwie na koloniach. Wychowawczyni ma plastikowe woreczki oznaczone imionami dzieci. Trzyma w tych woreczkach ich portfele i telefony.
Oglądamy zwierzęta. Świnię (z ładną i trochę śmieszną różową cipką), króliki, kozy, owce (z barankiem, malutkim, z jeszcze nieodgadniętą pępowiną [hm, nieodpadniętą, autokorekta w wordzie]), lamę (którą Aga przestaje lubić, stwierdziwszy, że to samiec), osła, konie.

Jedziemy dalej. Kilka kilometrów po straszliwym piachu.
– Uwaga – mówi nagle Adam – zatrzymuję się i zawracam. Muszę zrobić zdjęcie.
Fotografujemy Jezusa przeciętego mieczem świetlnym, jedziemy dalej.

Wreszcie docieramy na stację, z której o 20.30 miał być pociąg do W-wy. Najwyraźniej coś źle zanotowałam, bo okazuje się, że ostatni pociąg odjechał kilka godzin wcześniej.
Usiedliśmy na peronie, wypiliśmy kawę. Przejechał pociąg towarowy.
– Nie policzyliśmy wagonów! – powiedziałam z żalem.
A potem, no właśnie. Główna bohaterka jednej z moich ulubionych powieści, dziesięcioletnia Emily, na początku książki przeżywa trzęsienie ziemi. Z tych małych, niegroźnych i zupełnie nieefektownych – ot, woda w zatoce na chwilę zrobiła się bardzo gładka, zwierzęta ucichły, a potem coś jakby pękło i wszystko wróciło do normy, tylko służąca marudziła wieczorem, że poprzedniego dnia wycierała kurze, a teraz musi to robić od nowa – ale dla Emily jest czymś absolutnie niezwykłym; nazywa je Swoim Trzęsieniem Ziemi, wciąż o nim myśli, ze smutkiem stwierdza, że już nigdy nie przydarzy jej się nic równie ciekawego, czuje się stara.
Chcąc opłukać lepkie od brzoskwiniowego soku dłonie, oparłam się łokciami o żółtą barierkę przy krawędzi peronu, wychyliłam się i odkręciłam butelkę. I wtedy nadjechał kolejny pociąg towarowy. I zatrąbił. Podniosłam głowę, powiedziałam „Ach!” i zrobiłam przegięty kroczek do tyłu. Pociąg przejechał.
– Trzydzieści – powiedział Adam.
– Dziękuję! …Widzieliście? Zatrąbił na mnie.

[Autorem wszystkich zdjęć jest Adam.]

stary dom


Wyszłam z domu chwilę przed zmierzchem. Od ganku do bramy prowadziły kocie ślady odciśnięte w głębokim śniegu. Miasto było puste, chodniki i ulice zaśnieżone – dziś rano nikt ich nie sprzątał.
Potrzebowałam maści cynkowej. Nie spodziewałam się, że apteka będzie otwarta, ale była. Chłopak, który przyszedł chwilę po mnie, kupował Alka-Seltzer. Aptekarz mówił cicho i powoli.
Kiedy wracałam, w niebo wystrzeliwały resztki fajerwerków.