Staś



Tere-fere kuku, Adam strzela z łuku, czyli wizyta u rodziców w P-cach. Łuku użyczył mój szesnastoletni brat. Kliknąwszy itd.

Staś


Byliśmy wczoraj nad morzem. Zaparkowałam samolot w porcie, potem szliśmy na piechotę, Adam, ja i mama z trzyletnim moim piętnastoletnim bratem w wózku. Przyleciały sowy syjamskie, zrośnięte. Miały kocie oczy, mlecznozielone i bardzo piękne, a na brzuchach pióra ze szmaragdów, a może z butelkowego szkła. Ta po prawej złapała dwie żmije i tak leciały z nimi nad nami. Potem sowa upuściła żmije, one się rozpełzły, i nawet się nie bałam, chociaż miałam sandały, a nie trampki jak wszyscy.

Staś


W czwartek rano odjechaliśmy z dworca wschodniego. Jechaliśmy długo, co było dość nużące. Do Rabki dotarliśmy około czwartej. Po drodze na Maciejową widzieliśmy bosonogiego/ą wędrownika/czkę, który/a szedł/szła po kamieniach tak lekko, jakby u tych bosych stóp miał(a) skrzydła, oraz dżdżownicę. Spostrzegłszy tę ostatnią, Stasiek wykrzyknął:
– Jezu, co to jest?!
– Dżdżownica – odpowiedziałam.
– Mogę zabić?
Nie pozwoliłam.
Wieczorem znalazł kijomieczokarabin, inaczej Gwalhir, którym przez resztę wyprawy zabijał drzewołaki, kwiatołaki, pokrzywołaki, blotołaki, mgłołaki i niewidzialnołaki (motylkołaków nie, bo są naszymi sprzymierzeńcami) i na którym robił nacięcia za każdy zdobyty szczyt (w sumie 37).

Następnego dnia dotarliśmy na Turbacz, gdzie wieczorem Stasiek pokonał wielu wrogów, zaś w nocy przekonał się, że w męskiej ubikacji słychać przerażające dźwięki, a wzór na kafelkach układa się w jeszcze bardziej przerażającą wykrzywioną twarz.

W Łopusznej złapaliśmy stopa. Ponieważ kierowcy, Maciek i Krzysiek, młodzi muzycy rockowi z Żywca, przypadli nam do gustu, zmieniliśmy nieco plany i pojechaliśmy z nimi do Niedzicy – gdzie obejrzeliśmy zamek oraz malowidło na tamie i zjedliśmy pizzę (żywiliśmy się głównie pizzą) – a następnie do Sromowców Niżnych, gdzie wynajęliśmy pokój z Maryją bez Twarzy, która oglądana z prawej strony była Bozią, a oglądana z lewej strony – Panem Jezusem, i której Stasiek tak się bał, że musieliśmy ją na noc schować do szafy.

W niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę – bez plecaków, za to z przymocowanymi sznurkiem do pleców butelkami wody (mój autorski pomysł) – na Trzy Korony. Przeczekaliśmy burzę, trochę zmokliśmy (co napełniło Staśka złością i zniechęceniem), widzieliśmy ludzi w baletkach, ludzi w klapkach, ludzi w adidasach, ludzi z tipsami i ludzi słuchających muzyki z komórek (co napełniło mnie mizantropią, która przy ludziach słuchających muzyki z komórek osiągnęła bardzo niebezpieczne natężenie), a za widok zapłaciliśmy 6 złotych.

W poniedziałek ruszyliśmy z plecakami w stronę Szczawnicy. Po drodze złapała nas burza, którą przeczekaliśmy w lesie, a następnie ulewa z gradobiciem, którą przeczekaliśmy w drewnianej budce pod Sokolicą, żeby zaraz potem wspiąć się na szczyt, na którym ku mojemu wielkiemu zadowoleniu nikogo nie było, i podziwiać unoszące się z dolin mgły. Ponieważ już się zmierzchało, musieliśmy zmienić plany i zamiast do Szczawnicy, gdzie chcieliśmy się przeprawić promem, poszliśmy do Krościenka. Na noc wynajęliśmy pokój ze zjawiskową meblościanką.

Następnego dnia pojechaliśmy PKS-em do Szczawnicy i stamtąd ruszyliśmy w stronę Durbaszki. Pod koniec dnia zaczęły nas boleć stopy – podejrzewamy, że to wina niezbyt rozchodzonych glanów. W schronisku stacjonował obóz wojskowy. Młodzież (w tym cztery dziewczyny) czołgała się po korytarzu, co chwila miała zbiórkę (dokładnie pod drzwiami naszego pokoju, choć trzeba przyznać, że kiedy chcieliśmy przejść, sierżant nakazywał im nas przepuścić) i wszystko musiała robić na czas i na rozkaz, przy akompaniamencie krzyków przełożonego. „Przygotowanie do mycia – pięęę-ć minut!”, pod prysznicem: „Czteee-ry minuty! Trzyyy minuty! Dwieee minuty! Jeee-dna minuta! Czaaa-s stop! Już was tu nie widzę! Nazwisko!”.
Około dziesiątej żołnierzy zagnano do łóżek, nakazano im zgasić światło i zakazano wychodzić z pokojów. Na korytarzu został tylko jeden, który widocznie pełnił coś w rodzaju warty. Zwrócił idącemu do łazienki Staśkowi uwagę, że jest cisza nocna, a mnie zapytał, czy może w czymś pomóc.
Podczas wieczornego spaceru zaobserwowałam przemykającego wokół schroniska lisa.

O szóstej rano obudził nas okrzyk: „Pooo-budka!”. O ósmej rano obudził nas okrzyk: „Przodem do mnie pokojami zbiórka! Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy!”. O dziesiątej obudził nas okrzyk: „Przodem do mnie pokojami zbiórka! Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy!” i wstaliśmy.
Wspięliśmy się na Wysokie Skałki, zeszliśmy do wąwozu Homole. Do Obidzy dotarliśmy już przy świetle księżyca (następnego dnia miała być pełnia), żeby się zorientować, że zaznaczone na mapie schronisko prywatne w rzeczywistości nie istnieje. Przenocowaliśmy u miłych starszych państwa z Krakowa.

Po dotarciu do Piwnicznej zmieniliśmy buty. Wciąż bolały nas stopy. Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie nocowałam zimą, ale i tak wylądowaliśmy właśnie w tym miejscu, były nawet te same lampki nocne, które tak mi się wtedy spodobały.

W piątek szliśmy przez mgłę, a potem przeczekiwaliśmy w lesie burzę z gradobiciem. Tym razem nie było drewnianej budki, więc totalnie przemokliśmy, a grad porządnie obił nam plecy (niektóre grudki były wielkości orzechów laskowych). Do schroniska na Hali Łabowskiej dotarliśmy totalnie przemoknięci. Na szczęście przemiły gospodarz napalił w kominku, przy którym udało nam się wysuszyć najpotrzebniejsze rzeczy. Spaliśmy w goprówce z Morderczym Lustrem.

Następnego dnia dotarliśmy na Jaworzynę Krynicką. Po drodze spotkaliśmy króla drzewołaków. Do Krynicy zjechaliśmy kolejką gondolową. Na dolnej stacji, gdzie sfotografowałam reklamę tęczowych parówek, zdjęliśmy buty i już ich nie założyliśmy.

Z okien PKS-u z Muszyny do W-wy przez Krynicę, Nowy Sącz, Busko-Zdrój, Kielce, Radom zauważyłam szyldy (pisownia oryginalna):

Przedszkole Promyczek Bobra
Night Club DZIADEK
Galeria Nasienna
Agencja ochrony PERFEKCJA
WYPOŻYCZALNIA NAMIOTÓW WESELNYCH
Drzewa Trudne ścinka pielęgnacja
WYPOŻYCZALNIA
Szkoła Wspinania
Sex Shop Market.

[zdjęcia]

Staś


P-ce, zjazd rodzinny z okazji świąt, późna noc, wszyscy dorośli pijani.
Ojciec: Wojna… Jechaliśmy przez pole minowe… Nagle rosyjski posterunek. Ty wiesz, co to jest? Osiemnastoletnie chłopaki z karabinami, pijani. I Henry odpychający lufy, take a fucking break, baba… Jedź ze mną na wojnę.
Słuchamy go mało uważnie, znamy to na pamięć, nie chcemy jechać na wojnę. Starsza z moich młodszych sióstr gładzi się po nodze.
Starsza z moich młodszych sióstr: O, jakie mam gładkie nogi.
Gładzę starszą ze swoich młodszych sióstr po nodze: O, rzeczywiście.
Mama: Jakie wy jesteście ładne.
Mój czternastoletni brat: To ja idę spać.
Wszyscy: Dobranoc.
Ojciec wstaje, podchodzi do drzwi sypialni: Czy wszyscy mężczyźni poszli spać?
I zaraz sam sobie odpowiada: Tak. To dobranoc. Prowadźcie sobie dalej te swoje nieadekwatne babskie rozmowy.

Staś


Wydaje mi się, że to była młodsza z moich młodszych sióstr*.
Kiedy była mała, mówiła czasami marudnie:
– Chcę czegoś…
– Ale czego? – pytaliśmy pełni najlepszych chęci.
– Nie wiem… – odpowiadała bezradnie. – Czegoś…
– Jeść?
– Nie, nie jeść. Czegoś.
– Pić?
– Nie.
– Bawić się?
– Nie.
– Spać?
– Nie. Chcę czegoś…
– Ale czego?
– Nie wiem…

Była w takich razach bardzo nieszczęśliwa. Odczuwała jakiś brak, ale nie potrafiła go określić, a my nie umieliśmy jej pomóc. Potrzeby, których nie da się nazwać, trudno zaspokoić.

* Marcin twierdzi, że to jednak był brat, ten dziś czternastoletni. Bardzo niewykluczone. Niestety mam kiepską pamięć, a poproszona o pomoc mamrot przyprawiła mnie o konfuzję, twierdząc, że to mogła być nawet panna To.

Staś


– Mamo, ty mnie urodziłaś, prawda? – jakieś dziesięć lat temu pyta mamę mój czteroletni wówczas brat.
– Tak – odpowiada mama.
– A przedtem urodziłaś Z?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś T?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś K?
– Tak.
– A przedtem urodziłaś siebie?
– Nie – mama wybucha śmiechem.
– Mamę urodziła jej mama – wtrącam się, bo zainteresowała mnie ta rozmowa.
– Mama mamy?
– Tak, L. L jest mamą mamy.
– Ale najpierw L urodziła siebie?
– Nie, L urodziła jej mama.
– A… – widzę, że brat łapie regułę, ale chyba przeszkadza mu regressus ad infinitum.
– Chodzi ci o pierwszą mamę? – pytam.
– Tak.

W imię wolności przekonań postanawiam dać bratu dwie opcje do wyboru (na koncepcję, że pierwsza mama jest tylko konieczną ideą rozumu, której jednak nie musi odpowiadać żaden konkretny byt, jest chyba jeszcze za młody).
– Więc tak – mówię. – Nie wiadomo, kto był pierwszą mamą, są tylko przypuszczenia. Różne, ale najczęstsze są dwa. Jedno jest takie, że pierwszą mamą była Bozia. Nie wiadomo, czy Bozia istnieje, ale wielu ludzi uważa, że tak – dodaję. I opowiadam. Staram się, żeby nie było słychać, że zupełnie w to nie wierzę. Jeśli brat ma dokonać naprawdę samodzielnego wyboru, to trzeba mu obie hipotezy przedstawić jak najbardziej bezstronnie. Opowiadam o tym chaosie na początku, duchu, co unaszał się nad wodami, sześciu dniach, rybach, ptakach i zwierzętach lądowych, Adamie i Ewie, i tak dalej. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu brat słucha tej opowieści bez najmniejszego zdziwienia.
– Drugie przypuszczenie jest takie, że pierwszą mamą była Bakteria – ciągnę. I opowiadam o wielkim wybuchu, o wodzie, o małej, malutkiej bakterii, która się w niej pojawiła, a potem się zmieniała i zmieniała, i powstały z niej eugleny, pantofelki i ameby, które też się zmieniały i zmieniały…
A brat patrzy na mnie coraz okrąglejszymi oczami i w końcu zaczyna się śmiać.

(Jakiś rok albo dwa lata temu dostał piątkę z religii – za wyjaśnienie co ma na myśli, mówiąc, że jest agnostykiem).

Staś


Mój brat, wówczas pewnie czteroletni, do kolegi z przedszkola: Nie kłam, to wstyd.
Przedszkolanka do mojego brata, nieco poirytowana: Wstyd to chodzić z gołą pupą.

Staś


Przedwczoraj był u mnie mój trzynastoletni brat.
Zjedliśmy bób, skończyły nam się tematy. Brat poczuł się niekomfortowo.

– Rozmawiajmy. Rzuć jakiś temat – poprosił.
– Ale nie musimy przecież cały czas rozmawiać. Możemy trochę pomilczeć.
– Nie lubię milczeć – powiedział. – Szukam tematu i nic nie mogę wymyślić – westchnął po chwili. Widać było, że się nudzi.
– Nudzisz się? – zapytałam.
– Mhm.
– Ale dlaczego? Przecież coś robisz, zastanawiasz się, o czym moglibyśmy porozmawiać.
– Ja mam podzielną uwagę.

Staś


Znalazłam kartkę, na której w 2001 roku zanotowałam rozmowę ze swoim trzynastoletnim bratem. Wtedy miał pięć lat.

– Wiesz, śniły mi się kiedyś dwa księżyce… – powiedział.
– Na niebie? – zapytałam.
– Tak, obok siebie. Ale jeden był nieprawdziwy.
– Dlaczego?
– Bo był odbity w wodzie.
– Ale był na niebie, nie w wodzie?
– Na niebie.
– Fajny sen.
– Śnił ci się kiedyś?
– Nie.
– To ci się przyśni.

Następnego dnia mój brat zapytał:
– Co ci się śniło?
– Nie pamiętam – odpowiedziałam.
– Ale ja pamiętam.
– Co mi się śniło?
– Śniły ci się dwa księżyce na niebie. Jeden z nich był odbity w wodzie.

Staś


Idę dziś na ślub swoich rodziców.
Miało mnie nie być, chciałam wziąć urlop. Raczej się tym nie martwili, zresztą na jednym ich ślubie już byłam – a właściwie nawet na dwóch, bo wtedy cywilny i kościelny były osobno – jako pięciomiesięczny płód. Mama uszyła sobie z jedwabiu spadochronowego taką fajną sukienkę, że nic nie było widać.
Ale została mi w pracy jedna sprawa na poniedziałek, urlop musiałam przełożyć, no to idę.
Moje młodsze siostry będą świadkami. Starsza z nich i ja zrzuciłyśmy się na sukienkę, młodsza właśnie poszła po wiązankę.
Założyłam białą koszulę, idę.

Staś


Kiedyś dwunastoletni brat usiłował wyciągnąć ode mnie informację, której nie chciałam mu udzielić. Z uporem powtarzał w kółko to samo pytanie, a ja z uporem odmawiałam odpowiedzi.
– Ich się zapytaj.
– No co ty! Proszę, powiedz.
– Nie powiem.
– No powiedz.
– Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
– Jest ich wiele, jeden nie  zaszkodzi.