z przeszłości


Dobrze, starczy już zimy i śmierci. Koty zmieniły futro, baobab wypuszcza liście, byliśmy biegać, wyjęłam rower z piwnicy.
Rysunek jeszcze z zeszłego tysiąclecia.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

z przeszłości



2012. Przy tej samej straszliwej okazji co 15, 20 i ferdydurka.

z przeszłości


wab002
Znaleziony przy okazji porządków i podarowany Aerte. Z pracy.

z przeszłości


105Stare rysunki na nowy rok.
2001, jeszcze przed pierwszą wyprowadzką ze starego domu.
Kryształy stały na wszystkich szafach.
Pradziadek je zbierał.

 

z przeszłości


Krzyś miał przerąbane, bo seplenił i był piegowaty, a poza tym jeszcze w czwartej klasie mama odprowadzała go do szkoły i opowiadała innym mamom, że go karmi łyżeczką. Już na pierwszych lekcjach się z niego śmiali. A ja uznałam, że to nie w porządku, i postanowiłam się z nim zaprzyjaźnić, żeby go wesprzeć i pokazać innym, że są głupi. Zostaliśmy przyjaciółmi. Na przerwach bawiliśmy się, że mój kanciasty plastikowy niemiecki tornister to statek kosmiczny, a na lekcjach siedzieliśmy w jednej ławce, co było zupełnie niesłychane, bo normalne dziewczyny nie zadawały się z chłopakami, a jedyną, która siedziała z chłopakiem, była Danka, ale to pod koniec szkoły, i nie dlatego, że chciała, tylko dlatego, że nikt nie chciał siedzieć z nią, a ten chłopak był taki jak ona, z zajęczą wargą i kurzajkami, i nie miał nic do gadania.
Od razu się zaczęło, że Jacek i Barbara, że się ruchamy, że jesteśmy zboczeni i tak dalej. Któregoś dnia otoczyli nas na boisku i zaczęli krzyczeć, żebym Krzysia pocałowała. Myślałam, że jeśli go pocałuję, to zobaczą, że to nic takiego (przecież całują się nie tylko ci, co się ruchają, na przykład rodzice całują się ze swoimi przyjaciółmi i nie zachowują się, jakby to było coś wstydliwego), i może się odczepią. Krzyś był strasznie zawstydzony, zawsze bardziej się nimi przejmował. Kiedy pocałowałam go w policzek, rozległ się potworny wrzask. Do końca szkoły się nie odczepili.

Ewa była Świadkiem Jehowy. Nawet jej nie dokuczali, po prostu była jakby obok tego wszystkiego. Trochę się z nią kolegowałam, raz czy dwa się odwiedziłyśmy, pożyczałyśmy sobie zeszyty, kiedy któraś chorowała. Ewa dawała mi czasem te ich gazety z kolorowymi obrazkami, na których baranki przytulają się do lwów, trawa jest soczyście zielona, a ludzie szczęśliwi i uśmiechnięci. Pamiętam, że kiedyś zapytała, czy wierzę w diabła. Stałyśmy wtedy pod dużym oknem na końcu korytarza. Spojrzałam w jasne oczy Ewy, czyste i błękitne, i zobaczyłam w nich szatana. I chyba odpowiedziałam, że nie.

Sylwek był gruby, ale dawał radę. To on pierwszy zaczął nazywać mnie kurwiszonkiem. Często mnie bił, chyba on najczęściej. On był duży, ja mała, więc uderzał z góry, pięścią w czubek głowy. Chłopaków to bardzo śmieszyło, ale ostrzegali: „Nie dotykaj jej, bo się pierdolcem zarazisz”.
Rodzice nauczyli mnie, że donosicielstwo jest jedną z najohydniejszych rzeczy na świecie, więc nie skarżyłam, ale dla Sylwka zrobiłam wyjątek. Wiedziałam, że w domu go leją, więc poprosiłam tatę, żeby porozmawiał z jego ojcem. Podziałało. Na następny dzień usłyszałam, jak Sylwek, obficie spluwając, mówi chłopakom: „Kurwa, trzeba będzie przestać bić kurwiszonka, bo mój stary…”. Kiedy po latach spotkałam go na ulicy w P-nie, przywitał mnie ze szczerym uśmiechem. Naprawdę.

Marzeny nienawidziłam. Ciągle się mnie czepiała, wyzywała mnie, biła i szarpała. Raz, jak na chemii usiadła w ławce przede mną, trafiła się okazja do zemsty. Marzena miała na sobie nylonową białą bluzkę. Paskudną, więc stwierdziłam, że wielkiej szkody nie będzie. Delikatnie przytknęłam pióro do materiału. Atrament rozchodził się szybko w efektowne ni to gwiazdy, ni to krzyże. Systematycznie stawiałam kolejne i kolejne. Zanim się zorientowała, minęło sporo czasu. Fajnie krzyczała. Wychowawczyni trochę się pooburzała („Taka grzeczna dziewczynka, kto by pomyślał!”), a potem zarządziła, że mam kupić odplamiacz. Dostałam od mamy pieniądze, ale nie chciało mi się iść do sklepu, więc po prostu przekazałam je Marzenie. Kiedy kupiła sobie najtańszy z odplamiaczy, a resztę wydała na lody, czułam się jednak trochę oszukana.
Ale najgorsze było to z miotłą. Marzena niby trochę trzymała z chłopakami, ale to było takie dziwne trzymanie, jakby ona trzymała z nimi, a oni z nią nie. Z ochotą się przyłączała, kiedy nabijali się z dziewczyn, nazywała mnie kurwiszonkiem jak oni, tylko chyba jeszcze częściej, ale nie była do końca bezpieczna, jej też dokuczali, a Zaniuk strzelał ze stanika jak wszystkim („Stanik dzisiaj masz?”; mnie nie, ja nie nosiłam, niedoczekanie), chociaż w sumie akurat Marzena raczej to lubiła. No a raz wzięli z szatni miotłę i wsunęli jej kij między nogi, tak jakby chcieli ją na nim posadzić okrakiem, i ją na tej miotle podnieśli, wysoko, żeby nie mogła stopami dosięgnąć podłogi. I chociaż nienawidziłam Marzeny, było mi jej wtedy szkoda. Przecież to musiało okropnie boleć. I przecież wszyscy, którzy to widzieli, musieli myśleć o tym, że Marzena ma cipę.

Zaniuk miał już prawie osiemnaście lat, tyle razy nie zdał. I kuratora, i wąsik. Był największy i najsilniejszy z nich wszystkich. I wszyscy się go bali, nawet niektórzy nauczyciele, a zwłaszcza pan od matematyki, taki blady, chudy, w wojskowych laczkach z dziurkami i sweterku w romby. Kiedy Zaniuk wychodził z klasy w środku lekcji i pogwizdując, przechodził tak blisko niego, że prawie go trącał ramieniem, pan od matematyki cofał się pod tablicę i potem miał plecy całe w kredzie. Ja się nie bałam, bo ja się niczego nie boję (oprócz pająków), a wtedy bałam się tylko taty i pająków. I to Zaniuka trochę wkurzało. Podchodził czasem, łapał mnie jedną dłonią od tyłu za szyję, mocno ściskał, nachylał się do mojego ucha i syczał przez zęby: „Nie boisz się? Nie boisz się, kurwiszonku?”. Naprawdę się nie bałam. Zastosowałam swój stary sposób, który w pierwszej czy drugiej klasie świetnie podziałał na zadzieranie spódnicy – udawałam, że tego nie zauważam, bo wiedziałam, że jak dziewczynka nie krzyczy, to nie ma zabawy i chłopaki szybko się nudzą. Więc udawałam, że nic nie czuję, chociaż to ściskanie bardzo boli. Starałam się nie kulić, siedziałam bez ruchu i czekałam, aż się odwali. I w końcu się odwalił.

Tego chłopaka ze sportowej właściwie nie znałam. Nie pamiętam, jak miał na imię. Może Maciek. W siódmej czy ósmej klasie pojechaliśmy z nimi na wycieczkę do Krynicy albo innej Rabki. Dało się wytrzymać, bo nikt nie chciał być ze mną w pokoju, więc miałam dwójkę tylko dla siebie. Krzysiek przychodził do mnie na makao, a chłopaki zaglądały przez okno z tarasu, rechotały się, robiły miny, i palcem jednej ręki ruchały kółka zrobione z palców drugiej. Chciałam zasłonić firankę, ale Krzysiek mnie powstrzymał, powiedział, że wtedy byłoby jeszcze gorzej. Zemściliśmy się wieczorem na dyskotece w piwnicy. Poczekaliśmy na wolny kawałek i kiedy dziewczyny z chłopakami przytuleni powoli obracali się dookoła i macali, zaczęliśmy krążyć wokół nich jak czaple, z plecami wygiętymi w pałąk, przykurczonymi rękami i ustami w dziubek, wysoko podnosząc kolana i powoli opuszczając stopy. Szybko nas przepędzili.
To z tym chłopakiem nie pamiętam, czy było przedtem czy potem. Jeśli potem, to może przynajmniej wiadomo dlaczego. Przyskoczył do mnie nagle na spacerze, napluł mi w twarz i uciekł. I to był drugi i ostatni raz, kiedy na kogoś naskarżyłam. Poszłam do jego wychowawczyni, pani M. Zawsze ją lubiłam, była miła i jakaś taka delikatna. Jak kiedyś na przerwie zostawiła torebkę w klasie i któryś z uczniów ją okradł, to się popłakała. Poszłam i powiedziałam. „To niemożliwe”, usłyszałam. „Maciek to taki dobry chłopiec”.

No a z Danki to nawet myśmy się śmiali, ja z Krzyśkiem. Mówiło się na nią „prymitywne jajeczko” i myśmy też tak mówili. Trafiła do nas jakoś w szóstej, siódmej klasie, bo nie zdała. Miała brzydkie ciuchy, zajęczą wargę i kurzajki. I cycki, jako jedna z pierwszych, a wtedy cycki to był powód do wstydu. Przynajmniej u Danki. Strasznie jej się na wuefie bujały. I taka wylękniona była, zahukana, małomówna.
Ale któregoś dnia, może dlatego, że mama mi coś powiedziała, bo pamiętam kawałek rozmowy, pomyślałam sobie, że jak to. Że przecież Danka nic nikomu nie zrobiła. No i wiedziałam, jak to jest, kiedy wszyscy ci dokuczają. I chociaż chyba obawiałam się trochę, że się od tego zarażę Danką, podeszłam do niej na przerwie na korytarzu i zagadałam. Nie pamiętam o co, może po prostu powiedziałam „cześć”, może zapytałam, czy coś było zadane – chodziło o to, żeby zrobić to normalnie, po ludzku. Jezu, jak się Danka uśmiechnęła. Jakby jej ktoś żarówkę w środku włączył. A mnie zrobiło się bardzo, bardzo wstyd. Za wszystkich. Za siebie.

z przeszłości


IMG_5994-mRano pradziadek golił się w kuchni. Stawiał lusterko na laminowanym stole i odkręcał kran, a ja siadałam na pralce i przyglądałam się, jak wyciska krem z tubki, rozrabia pianę pędzlem, wydyma policzki, sznuruje wargi, odchyla głowę, płucze maszynkę, wklepuje w skórę wodę kolońską. Bardzo to lubiłam.
Lusterko znalazłam kilka lat po jego śmierci. Od tamtej pory stoi na moim biurku. Czasem patrzę na siebie kątem oka. Było w starym domu, na Śląsku, u babci, znowu w starym domu i przy ulicy G.
Ostatnio Adam niechcący je stłukł, ale potem skleił butaprenem. Mam teraz lustro do robienia picassów. Planuję większą serię.

z przeszłości


Lubiłam budynek Instytutu Filozofii. Schody w studnię, przedsionek pełniący funkcję palarni nawet wówczas, gdy już wisiały tabliczki z zakazem, łazienki, w których zimą spali nieniepokojeni przez ciocie bezdomni, salę, gdzie odbywały się ćwiczenia z historii filozofii na pierwszym roku. Zaczynały się w południe – przez pierwszych dziesięć minut czekaliśmy, aż przestaną bić dzwony w kościele, z którym Instytut dzieli podwórze; w semestrze letnim okazało się, że większość Ojców Kościoła była w gruncie rzeczy heretykami.

Kiedy po raz pierwszy weszłam na ostatnie piętro, uświadomiłam sobie z zaskoczeniem, że już tam kiedyś byłam.
Miałam wtedy pięć, może sześć lat. Mama studiowała etnografię. Zabrała mnie na zajęcia z antropologii, chyba nie miała mnie z kim zostawić. Musiała być jesień albo zima, bo mimo niezbyt późnej pory było już ciemno. Przy wejściu do niskiej sali stał kompletny ludzki szkielet, pieczołowicie pospinany drucikami. Usiadłyśmy. Za naszymi plecami na ciągnących się wzdłuż ścian półkach leżały w półmroku tekturowe pudełka pełne ludzkich kości. Byłam grzeczna, jeśli już musiałam coś powiedzieć, to mówiłam szeptem. Mama i jej koleżanki otwierały pudełka i oglądały kości. Potem wykładowca przyniósł futerał pełen sztucznych oczu, każde w innym kolorze. Każdemu, mnie także, dopasowano właściwe. Kiedy zajęcia się skończyły, stanęłam za kościotrupem i zaczęłam poruszać jego rękami. Machaliśmy wychodzącym na pożegnanie i coś cichutko mamrotaliśmy, ale ku mojemu rozczarowaniu nikt się nie przestraszył.

W tej samej sali kilkanaście lat później zdawałam egzamin z historii filozofii na drugim roku. Egzaminował doktor M, towarzyszył mu doktor P, do którego chodziłam na ćwiczenia.
Ćwiczenia były niezwykle ciekawe, ale też nie do zniesienia bolesne, ponieważ już na pierwszych zajęciach doktor P tak nas onieśmielił swoją wiedzą, przenikliwością i specyficzną rezygnacją, która brała się najprawdopodobniej z filozoficznego wglądu w położenie, w jakim się, my z nim, znaleźliśmy, że komunikacja z miejsca stała się w zasadzie niemożliwa. Widzieliśmy, że doktor P fatalnie się czuje z naszym milczeniem, obawialiśmy się, że każe mu ono wątpić w jego nauczycielskie zdolności, i nie wiedzieliśmy, jak dać mu do zrozumienia, że to nie tak, że po prostu wstydzimy się powiedzieć jakieś głupstwo. Na każde kolejne zajęcia przychodziliśmy bardziej sfrustrowani, doktor P chyba także, na każdych kolejnych zajęciach patrzyliśmy na niego z większym bólem, na każdych kolejnych zajęciach pękało mi serce.

Pierwszego pytania nie pamiętam, drugie dotyczyło tego, co Hume pisał o cudach. Zawsze lubiłam Hume’a, kawałek o cudach pamiętałam dobrze. Odpowiedziałam, doktor P i doktor M się uśmiechnęli.
– A gdyby teraz – odezwał się doktor P – dotarła do nas wiadomość o cudzie, to zdaniem Hume’a powinniśmy dać jej wiarę czy nie?
Przeanalizowałam szybko to wszystko, o czym mówiłam przed chwilą.
– Raczej nie – powiedziałam, z wahaniem, bo pytanie wydało mi się za łatwe. – Zbyt wiele zdaniem Hume’a przemawia przeciwko doniesieniom o cudach. Mała liczba ludzi wiarygodnych, powszechna skłonność do rozgłaszania fantastycznych opowieści, powszechność wiary w cuda u barbarzyńców, sprzeczne świadectwa różnych religii. Wreszcie sama indukcja, bo z dotychczasowych relacji o cudach większość prędzej czy później okazywała się fałszywa. Więc nie, raczej nie.
– Otóż nie – powiedział doktor P i, nie pamiętam dzisiaj, przygnębiony czy rozbawiony, spojrzał mi w oczy. – Według Hume’a pogłoskom o cudach można [czasami (?)] dawać wiarę. Mówi o tym w

I kurde nie wiem gdzie. No nie wiem. Przeczytałam wczoraj dziesiąty rozdział Badań dotyczących rozumu ludzkiego i nic takiego nie znalazłam. Jest tam mowa o jednym wiarygodnym cudzie, w ostatnim akapicie stwierdza się, że „religii chrześcijańskiej cuda towarzyszyły nie tylko na samym początku, ale nawet dzisiaj żaden rozsądny człowiek nie może wyznawać tej religii, nie wierząc w cuda” – ale to nie to, chodziło o coś innego, o dość krótki przypis odnoszący się wprost do wiadomości o cudach. Pamiętam jak dziś, mała złośliwa gwiazdka i jedno zdanie, może kilka.
Ale może tylko go sobie wyobraziłam, może nigdy go nie widziałam. A może to nie był przypis tylko przedostatni akapit. W każdym razie nie w tym rozdziale, może nawet w innej książce. Pewnie po prostu nie było mnie na tamtych zajęciach, pewnie urwałam się przed weekendem, żeby pojechać na parę dni do Hydraulika.
Przejrzałam resztę Badań dotyczących rozumu ludzkiego, przejrzałam Badania dotyczące podstaw moralności, Traktat o naturze ludzkiej i Dialogi o religii naturalnej, przejrzałam nawet notatki z ćwiczeń z doktorem P. Nie znalazłam.

Spojrzałam w oczy doktora P i po raz ostatni pękło mi serce.
– Niech się pani nie martwi – powiedział doktor M. – pani rozumuje słusznie. To Hume sam sobie przeczy.

[Cytowany fragment w przekładzie Tomasza Sieczkowskiego.]

z przeszłości


Dostałam od Adama gablotkę z szesnastoma przegródkami. Umieściłam w niej następujące przedmioty:

kostka do gry plastikowa biała;
kostki do gry obsydianowe, sztuk sześć;
dziupla luzem mała;
(do czwartej przegródki Adam włożył karteczkę)
kamyki, szkiełko i gumowa żółta choinka lub zatyczka do ucha, znad morza;
ostrzeżenia z bibułek papierosowych, umieszczane w opakowaniach przed piątą od końca bibułką, dużo;
uszko od stłuczonej filiżanki;
pryzmat szklany;
śruba z nakrętką stalowa duża;
papierowe kółko z opakowania lekarstw, z napisem LOVE, oraz kawałek rośliny przypominający małą włochatą łapkę;
znalezione w fortach czerwone pokrętło z trójkątem oraz wróżby z ciasteczek z wróżbą, sztuk dwie;
bączek plastikowy czarno-srebrny;
wyrwane zęby trzonowe moje, sztuk dwie;
złota dziesięciorublówka z 1899 roku, po prababci;
znalezione jednogroszówki, sztuk dwie;
nakrętka stalowa duża.

z przeszłości


Chcąc sprawdzić, co o śmierci dziadka Bubu pisałam w swoich pamiętnikach, zdjęłam pudło z szafy. W zeszycie z przełomu czerwca i lipca 1998 znalazłam kilka zanotowanych wypowiedzi siedmioletniej wówczas Zosi.

Wiesz, że palenie odstrasza diabły? Nie diabły, tylko te, no, komary. …Nie umiem odróżnić diabłów od komarów, dziwne.

Chciałabym, żeby Bóg był człowiekiem. Wtedy byłby król i Bóg byłby wszędzie. I wtedy dowiedziałabym się, jak on wygląda.
Jestem ciekawa, co się wydarzy w przyszłości. Jestem ciekawa jak wydra morska.
O piance na piwie: To jest wyspa, na której w domku są czarownice.
Ale najbardziej chcę wiesz czego? Jezusa na ziemi. I całej wiedzy, jaką można zdobyć. I żeby ludzie nie byli źli. I żeby ciągle w telewizorze były Muminki. 

Wiesz, czego diabły chcą? Żeby ludzie jak najdłużej żyli. I grzeszyli.

O czerwonej plamie na szybie okna w dachu: Wygląda mi to na krew. Może jakiś ptaszek usiadł i mu leciało z gardła.

Czas to jest labirynt, z którego się nie można wydostać. Czas to labirynt, a labirynt to czas. W powiedzeniu tak nie dla duchów, ale dla ludzi, to jest jakbyś zrobiła błąd w życiu i już nie mogła się z tego błędu wydostać. I dlatego czas jest labiryntem… W ogóle to jest dosyć skomplikowane.

z przeszłości


Wieczór u Mademoiselle Blanche miał być wstępem do karaoke na mieście, ale dobrze nam było na miejscu, poza tym zimno się zrobiło i padało. Koło dziewiątej weszła Agata z parasolem.
– Ciągle pada? – zapytaliśmy.
– Pada? – powtórzyła Agata retorycznie. – Leje. Już jesień.
No to zostaliśmy.

– Ładne masz zdjęcie czekoladek na profilu. – Przypomina mi się.
– Och, to nie są zwykłe czekoladki. – Policzki Gniewa lekko różowieją.
– A jakie? – Upijam łyk wina, nastawiam ostrość i zamieniam się w słuch.
– To są czekoladki firmy Neuhaus. Założył ją najsłynniejszy belgijski master chocolatier… Tak się to wymawia?
– Zdecydowanie nie. – Siedzący między nami S trochę się śmieje, trochę krzywi.
– I tak nie znam francuskiego – mówię dyplomatycznie.
– Tym lepiej dla ciebie…
– W Belgii są dwie takie najbardziej prestiżowe firmy – kontynuuje Gniew niezrażony – Neuhaus i Godiva. Za Godivą nie przepadam. Kupują ją głównie turyści, zwłaszcza Japończycy, bo jest najdroższa. Sami Belgowie jedzą tańsze, te lepsze kupują tylko w gości; to bardzo praktyczny naród…
– Ha, to mi przypomina pewną historię z dzieciństwa moich ojców… Ich rodzice, moi dziadkowie – zaczynam – obydwoje byli lekarzami, babcia internistką, dziadek lekarzem sądowym –
– Patologiem? – upewnia się Gniew.
– Tak, swego czasu jednym z najbardziej cenionych w kraju.
– Opowiadał historie z pracy?
– Pewnie! Zwłaszcza przy obiedzie, i na święta, jak trochę wypił. Uwielbiałam je.
– Ona się wychowała na podręcznikach do medycyny sądowej – wtrąca S. – Zadzierzgnięcia – wypowiada to słowo z wyraźną przyjemnością – zagardlenia…
– Tak, tak. I w tych podręcznikach były zdjęcia, w niektórych nawet kolorowe… Najbardziej lubiłam rozdziały o samobójstwach.
– No ba!
– I o truciznach… Niezłe były też opisy konkretnych przypadków, Iwasz miał kiedyś pomysł, żeby robić z nich komiksy. Najlepsza była historia o kradzieży poduszki…
– Był doktorem? – przerywa S.
– Nie wiem. Chyba nie. Ojciec mówił, że pisał doktorat z daktyloskopii. A może to była habilitacja, nie pamiętam. Temat wtedy w Polsce słabo znany, podejście podobno nowatorskie; ale ktoś mu ten doktorat ukradł i opublikował pod własnym nazwiskiem…
No więc – podejmuję wątek – dziadek był patologiem, a babcia internistką. Raz, jak w okolicach sylwestra strzelaliśmy z petard i jedna Iwaszowi w ręku wybuchła, to babcia i dziadek przyszli radzić. Stanęli nad łóżkiem, na łóżku Iwasz, blady lub zielony, z rozwalonym palcem, omdlewający. I tak patrzy, na babcię, na dziadka, i mówi słabnącym głosem: Dziadku, ale ja jeszcze żyję. Dziadek strasznie się wtedy obraził.

Dziadek nie żyje, babcia jest chora. Kiedy się z nią ostatnio widziałam, wrzucała do kieliszka kolejne tabletki. To na nadciśnienie. To na wątrobę. To na żołądek. To na skutki uboczne tego na nadciśnienie, to na skutki uboczne tego na wątrobę, to na skutki uboczne tego na skutki uboczne tego na nadciśnienie. To na to, to na tamto, to na skutki uboczne tego na tamto.
– Dziewięć – liczę.
– I na koniec – babcia wrzuca do kieliszka niepozorną białą tabletkę – najważniejsze.
– Na co?
– Na depresję.
– Na depresję?
– A gdybyś ty musiała codziennie brać tyle tabletek, żeby żyć, tobyś nie miała depresji?

bubu

Babcia odkłada pudełka na meblościankę, pod duże czarno-białe zdjęcie. Dziadek jest na nim jeszcze całkiem młody, jeszcze bez tych swoich siwych wąsów pożółkłych od nikotyny pod drożną dziurką, uderzająco podobny do ojców; całkiem nawet przystojny, chociaż już ze sporymi zakolami i w ciężkich okularach nadających mu dość złośliwy wygląd.
Babcia wzdycha. Żałuje, mówi, że się im nie układało, mogli być dla siebie lepsi, ale pewne rzeczy się rozumie, jak jest już za późno. Opowiada. Że na początku dziadek nie znosił swojej pracy. Że wziął ją, bo nic innego akurat nie było, a zaraz mieli się urodzić ojcowie i trzeba było zarabiać na rodzinę. Porzucił grę na saksofonie w zespole jazzowym, wracał do domu śmierdzący trupem. Tego zapachu bardzo trudno się pozbyć. Babcię odstręczał. Dziadek zaczął pić. Trochę dlatego, że nie znosił, trochę pewnie dlatego, że odstręczał, a trochę dlatego, że w milicji wszyscy pili.
Potem jakoś się przekonał. Wciągnęła go kryminalistyka, dochodzenie prawdy, tropienie morderców. Praca zaczęła go fascynować, zwłaszcza tak zwane zbrodnie z lubieżności.

Lubił opowiadać. Iwasz mieszkał z dziadkami, to się tych historii nasłuchał więcej. Najlepsza była o gwałcicielu B, czyli o pierwszej dziadka egzekucji; bo w myśl przepisów lekarz, na podstawie którego ustaleń zasądzono karę śmierci, musiał uczestniczyć w egzekucji jako obserwator i potwierdzić zgon skazanego.
Otóż B pewnego dnia zauważył w autobusie dziewczynkę. Nazwijmy ją Ania. Miała jakieś dziesięć, dwanaście, nie więcej niż trzynaście lat. Z autobusu wysiadały kolejne osoby, w końcu zostali tylko oni dwoje. Wysiedli na ostatnim przystanku, za miastem, pod lasem. Ania poszła ścieżką, B za nią. W lesie ją zgwałcił, potem zadał kilkanaście ciosów nożem, utopił w kałuży i poszedł łapać stopa. Dziewczynka okazała się jednak niezniszczalna jak Mała Mi. Ocknęła się i doczołgała do pobliskiej leśniczówki, gdzie straciła przytomność, ale w szpitalu szybko ją odzyskała i złożyła szczegółowe zeznania. B wkrótce złapano, już kierowca ciężarówki, który go zabrał spod lasu, zauważył, że coś jest nie tak, że krew na ubraniach, że dziwna nerwowość. B do wszystkiego się przyznał. Na sali sądowej dziadek siedział obok Ani. Kiedy ogłoszono wyrok, z radości podskakiwała na krześle, aż jej warkoczyki latały. Podobno B umierał długo, bo sznur był za krótki, nie szarpnęło wystarczająco mocno.

Z historii, które słyszałam osobiście, najlepiej pamiętam tę wigilijną. Ileś lat temu, w święta, mówił dziadek przy bożonarodzeniowym stole, milicja prowadziła dochodzenie w sprawie zabójstwa w N. Wieś zabita dechami, z trudem się tam dostaliśmy, była bardzo mroźna zima, drogi zasypane. Zwłoki leżały w kostnicy przy kościele. Poszliśmy do księdza i pytamy, gdzie tu można sekcję przeprowadzić, potrzebujemy chłodnego pomieszczenia z dużym stołem. A on tak myśli, myśli, i na koniec oznajmia, że w zasadzie nie ma gdzie, chyba że w kościele. Chłodno jest, duży stół jest.

Czasem, jeszcze jako dzieci, znajdowaliśmy w garażu w P-nie jakieś dziadka papiery. Pamiętam jedną teczkę, kartki zapisane na maszynie, odciski palców, czarno-białe zdjęcia. Na początku nie rozumieliśmy, co przestawiają. Potem dotarło do nas, że to kolejne, w coraz większej skali, zbliżenia. Plecy, jesionka w jodełkę, niepozorna dziura po jakimś ostrym narzędziu. Na pierwszych zdjęciach mała, potem coraz większa, posklejane kłaczki rozciętego materiału, w środku ciemność. Dziesięć, kilkanaście zdjęć, albo powiększeń jednego, idealny kontrast, ostrość, elegancka biała rameczka. Kiedy się włamano do domu w P-nie i milicja robiła zdjęcia, też były piękne, jedne z lepszych, jakie widziałam – pocięty materac z łóżka dziadzi, skotłowane ubrania w szafie, wyłamany zamek bieliźniarki; ukradli wtedy też zabawki, które miały być prezentem od babci, ale mama, na polecenie ojca, schowała je przed nami w szafie, bo byłyśmy niegrzeczne.

Dziadek był alkoholikiem, ale myślę, że nie przez milicjantów i nie przez trupi zapach. Myślę, że zupełnie serio wierzył w sprawiedliwość i to dlatego.
Ojcowie go nie rozumieli. Mieli po kilkanaście, dwadzieścia kilka lat i żyli w świecie prostych kategorii. Chyba nim gardzili. Wychowywał ich zresztą za pomocą pogardy, pogardy i przemocy, wpajał im przemoc i pogardę, zwłaszcza pogardę. Nas też tak wychowywano.
Miał przez nich problemy w pracy. Zwłaszcza kiedy u Pawła znaleźli ulotki. Jak później w P-nie zobaczył kalendarz z Wałęsą, to obrócił się na pięcie, wyszedł i już nigdy się tam nie pojawił. Nie przyszedł na ślub kościelny moich rodziców, ale Locha opowiadała, że jak był kłopot z przechowaniem tortu weselnego, bo nie miała w domu odpowiednio dużej lodówki, to się zaofiarował z pomocą, bo, powiedział, u niego w pracy są całkiem spore.

Jak stracił pracę, to mu się odechciało. Popełnił samobójstwo przez zaniechanie. Trwało latami, bo miał mocne zdrowie. Siedział w łóżku, w piżamie podobnej do więziennego pasiaka, oglądał telewizję. Prawie nic nie jadł, a jak już, to ptasie mleczko i rybki z puszki. Pił piwo mieszane z wódką i palił carmeny, jednego za drugim; po jego śmierci zostały dwie sztangi, jedną wziął Iwasz, drugą ja; po pogrzebie, kiedy już wszyscy poszli, siedliśmy na grobie i wypaliliśmy za dziadka po jednym.

Pod koniec życia był tak słaby i chudy, że chodził przechylony do tyłu jak narkomani, których widywałam na dworcu w K-cach, później nie potrafił się już sam utrzymać na nogach, Iwasz musiał go prowadzać do łazienki.
Nie cierpiał lekarzy i szpitali. Raz, jak zachorował na zapalenie płuc, zebrała się rodzina dookoła łóżka. Jeden z ojców perswaduje: Tato, ty się lecz. A dziadek się krzywi paskudnie, ręką na niego macha i mówi: Sam się lecz.
Kiedy w końcu udało im się zapakować go do szpitala, bo był już tak słaby, że nie mógł się przed nimi bronić, to uciekł, kiedy tylko poczuł się lepiej. W szpitalnym szlafroku wyszedł na ulicę i złapał taksówkę. I chyba miał rację, jeśli wziąć pod uwagę to, jak umarł.

Nie wiem, skąd o tym wiem, chyba ojciec mi mówił, ale nie wiem, skąd on wie, przecież go przy tym nie było, nawet w W-wie go nie było. Może wiedział od Pawła, ale czy Paweł to widział na własne oczy? W każdym razie – podobno jak dziadek zaczął umierać, to go reanimowali na łóżku. Na sprężynowym materacu. I myślę, że gdyby nie to, że już w zasadzie nie żył, toby im powiedział. Sami się reanimujcie.

Pracę stracił jakoś po sekcji Grzegorza Przemyka. Najpierw odsunięto go od sprawy, potem w ogóle od wszystkiego. Nigdy do końca nie ufałam ojcom i mamie, wszyscy troje uwielbiają zmyślać, ale mama mówi, że są w domu jakieś dokumenty i że babcia też o tym wspominała.
O tym, że po śmierci Przemyka władze powierzyły przeprowadzenie sekcji dziadkowi, bo chciały, żeby swoim autorytetem poparł wersję o, bo ja wiem, upadku ze schodów czy czymś w tym rodzaju – dziadek nie wnikał. Po prostu zrobił sekcję. Szczegółowo opisał wszystkie obrażenia: podbiegnięcia krwawe, obrzęki, wylewy, krwiaki, poważne uszkodzenia narządów wewnętrznych; powstałe najprawdopodobniej w wyniku licznych mocnych ciosów tępym narzędziem wykonanym z elastycznego materiału.

Ale te czekoladki to babcia dostawała.
– No tak – mówi S – dziadek pewnie alkohol.
– Albo nie miał od kogo… Więc babcia dostawała, i miała ich strasznie dużo, ojcom już uszami wychodziły. Czasami rozpakowywali taką bombonierkę, delikatnie, żeby nie zniszczyć, i ugniatali czekoladki w jednolitą burą masę, a potem lepili z niej kulki i te kulki wkładali z powrotem do pudełka. I podobno parę razy dziadkowie wzięli taką bombonierkę w gości.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

z przeszłości


Aga wymyśliła wycieczkę rowerową, ugotowała jajka i zrobiła kawę w termosie. Adam wziął owoce, sól i chrzan, ja kanapki, mapę i koc. Najpierw przez las pachnący trupem pojechaliśmy do Agi. Okazało się, że mieszka na zamkniętym osiedlu.
– Patrz, ona jest dziewczyną z zamkniętego osiedla.
– Dziewczyna ze strzeżonego – podchwytuje Adam.
W łazience Agi na bocznych ścianach jest lustrzana pułapka, a na ścianie naprzeciwko drzwi zdjęcie ojca Agi robiącego zdjęcie lustrzanej pułapki. Na półce w kuchni stoi kilka miniaturowych słoiczków z marynatami. Jedna śliwka, pięć małych grzybków, śliwka, pieczarka.
– To mój tata takie robi.
Częstujemy się ciastem, myjemy talerzyki.
– To z Ikei?
– Tutaj wszystko jest z Ikei – mówi Aga z lekkim przekąsem.

Jedziemy do P-na. Pokazuję Adze i Adamowi kościół swojej apostazji i cmentarz, na którym mam rodzinny grób na kilkanaście osób. Potem do starego domu. Przypinamy rowery pod bramą, wchodzimy przez dziurę w ogrodzeniu. Odgarniam pajęczyny patykiem, prowadzę przez pokrzywy. Jakiś czas temu do starego domu włamali się złomiarze i zabrali zlew, brodzik, płytę kuchenną, pompę itd., wypruli nawet kable ze ścian. Mosiężne klamki w drzwiach i stalowe w oknach oszczędzili, nie wiem czemu. W dawnej sypialni rodziców na gnijącej podłodze (ktoś zostawił otwarte okna dachowe na górze, zaczynam je zamykać, ale po pierwszym łapię się na tym, że to bez sensu) leży globus luzem, bez nóżki. Adam delikatnie go głaszcze.
– Zawsze chciałem taki mieć.
Komórki się zapadły, garaż się zapadł. Bierzemy z garażu dwa słoje apteczne, zbieramy przy bramie borówki amerykańskie, jedziemy.

Trochę błądzimy, fotografujemy wielojezusową kapliczkę, wreszcie dojeżdżamy do gospodarstwa agroturystycznego, które Aga chciała nam pokazać. Zamawiamy piwo, wyciągamy jedzenie, zlatują się muchy. Obserwujemy dzieci, które są w gospodarstwie na koloniach. Wychowawczyni ma plastikowe woreczki oznaczone imionami dzieci. Trzyma w tych woreczkach ich portfele i telefony.
Oglądamy zwierzęta. Świnię (z ładną i trochę śmieszną różową cipką), króliki, kozy, owce (z barankiem, malutkim, z jeszcze nieodgadniętą pępowiną [hm, nieodpadniętą, autokorekta w wordzie]), lamę (którą Aga przestaje lubić, stwierdziwszy, że to samiec), osła, konie.

Jedziemy dalej. Kilka kilometrów po straszliwym piachu.
– Uwaga – mówi nagle Adam – zatrzymuję się i zawracam. Muszę zrobić zdjęcie.
Fotografujemy Jezusa przeciętego mieczem świetlnym, jedziemy dalej.

Wreszcie docieramy na stację, z której o 20.30 miał być pociąg do W-wy. Najwyraźniej coś źle zanotowałam, bo okazuje się, że ostatni pociąg odjechał kilka godzin wcześniej.
Usiedliśmy na peronie, wypiliśmy kawę. Przejechał pociąg towarowy.
– Nie policzyliśmy wagonów! – powiedziałam z żalem.
A potem, no właśnie. Główna bohaterka jednej z moich ulubionych powieści, dziesięcioletnia Emily, na początku książki przeżywa trzęsienie ziemi. Z tych małych, niegroźnych i zupełnie nieefektownych – ot, woda w zatoce na chwilę zrobiła się bardzo gładka, zwierzęta ucichły, a potem coś jakby pękło i wszystko wróciło do normy, tylko służąca marudziła wieczorem, że poprzedniego dnia wycierała kurze, a teraz musi to robić od nowa – ale dla Emily jest czymś absolutnie niezwykłym; nazywa je Swoim Trzęsieniem Ziemi, wciąż o nim myśli, ze smutkiem stwierdza, że już nigdy nie przydarzy jej się nic równie ciekawego, czuje się stara.
Chcąc opłukać lepkie od brzoskwiniowego soku dłonie, oparłam się łokciami o żółtą barierkę przy krawędzi peronu, wychyliłam się i odkręciłam butelkę. I wtedy nadjechał kolejny pociąg towarowy. I zatrąbił. Podniosłam głowę, powiedziałam „Ach!” i zrobiłam przegięty kroczek do tyłu. Pociąg przejechał.
– Trzydzieści – powiedział Adam.
– Dziękuję! …Widzieliście? Zatrąbił na mnie.

[Autorem wszystkich zdjęć jest Adam.]

wewte »