Zoś


W pierwszej klasie liceum byłam jeszcze grzeczna i jeszcze się starałam, dopiero w drugiej wszystko miało się zmienić. Lubił mnie nawet pan od polskiego. Pan od polskiego był bardzo prawicowy, dużo mówił o Bogu i o komunistach i często zarządzał minutę ciszy z tej czy innej patriotycznej okazji, takiej jak rocznica wprowadzenia stanu wojennego, a w trzeciej klasie tak długo katował nas polskimi romantykami, zwłaszcza Mickiewiczem, że nie starczyło czasu na resztę materiału. Miał brodę jak prawosławny ksiądz albo grecki filozof i czarną jak noc – Radeczek, mój jedyny licealny przyjaciel, twierdził, że farbowaną – interesował się językami słowiańskimi i średniowieczem, a po latach wyleciał z pracy za namawianie uczniów, żeby chodzili do niego po lekcjach na płatne korepetycje, bo inaczej nie zdadzą matury.
Po pierwszej klasie pan od polskiego szybko się do mnie zniechęcił, a na koniec mawiał o mnie, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije – to jednak wiem od Radeczka; nie było mnie przy tym, niedługo przed maturą uciekłam z domu. Ale w pierwszej klasie pan od polskiego mnie lubił, bo pisałam ładne wypracowania, jako jedyna zaliczyłam (na dwóję) sadystyczne dyktando, które nam na dzień dobry zrobił, i też interesowałam się średniowieczem. Pożyczaliśmy sobie nawet kasety ze średniowieczną muzyką.

Rzadko odwiedzam rodziców, te wizyty zbyt często są trudne. Nie chcę być niesprawiedliwa; kiedy byłam u nich ostatnio, rok czy dwa lata temu, ojciec zabrał mnie do lasu, żeby mi pokazać zawilce. Ale zwykle trzeba spełniać oczekiwania i być bardzo ostrożnym, bo byle drobiazg może doprowadzić do katastrofy. Wieczorami dużo się pije, słucha się dużo muzyki i rozmawia się o wojnie. To znaczy ojciec puszcza muzykę i opowiada o wojnie. Kiedyś, po tym, jak Johanna, jego druga żona, zabrała dzieci i odeszła, sporo opowiadał też o tym, że ją zabije. Ale w gruncie rzeczy chyba nie życzył jej śmierci, bo kiedy pękł jej tętniak w mózgu i leżała w śpiączce, jeździł do Austrii i siedział przy jej łóżku.
Muzykę się podczas tych wieczorów kontempluje, interpretuje, zwraca się uwagę na szczegóły, snuje się wizje. To znaczy głównie ojciec kontempluje, interpretuje, zwraca i snuje, a pozostali słuchają. Ale czasem można puścić coś swojego. I czasem ojciec doceni.

Kiedy tłumaczyłam książkę o najbliższych współpracownikach Stalina, przypomniał mi się któryś z takich wieczorów. Puściłam wtedy ojcu jedną z kaset przegrywanych w pierwszej klasie liceum od pana od polskiego. Z muzyką bizantyjską. Było już późno, wszyscy oprócz nas poszli spać, a my byliśmy bardzo pijani.
Czwarty utwór na pierwszej stronie to było „Alleluja”, krótkie, dobitne i naprawdę mocne. Ojciec znieruchomiał, zamilkł, zasłuchał się.
– Co to jest?! To jest znakomite! Puścisz jeszcze raz?
Puściłam.
– Znakomite. Zawiozę to Johannie i jej puszczę, może się obudzi. Puścisz jeszcze raz?
Puściłam. Ojciec zsunął się z kanapy i padł na kolana.
– Chodź. Uklęknij. Johanna umiera. Módl się ze mną. Módlmy się za nią.
Nie chciałam klękać, ale pociągnął mnie za rękę i trzymał. Tak zastała nas Zosia, która zeszła po coś na dół.
– Co robicie?
– Modlimy się za Johannę – powiedział ojciec. – Chodź, módl się z nami. Puścisz jeszcze raz?

Zoś


To ta historia z dziećmi zrobiła z mojego, naszego ojca tę zapadającą się w sobie skorupę, którą był przez ostatnie lata. Zawsze był trudny, mama mówi „specyficzny”, ale kiedy austriacki sąd odebrał mu wszystkie prawa, a dzieci, zapewne przytłoczone spotkaniami pod nadzorem psychologa, poprosiły, żeby już nie przyjeżdżał, jakby coś się w nim przepaliło. Myślał – tak później powiedział – że już nigdy ich nie zobaczy. Zostały mu tylko te dwa kompletnie umeblowane pokoje na górze, czarny dla Ignaca, biały dla Wandy, które wyglądały jak dekoracja teatralna. Brał jakieś przepisywane przez babcię K tabletki i trawił się od środka, po pijaku snuł szalone wizje. Coraz bardziej przypominał swojego ojca, który kilkanaście lat wcześniej popełnił samobójstwo przez zaniechanie.
Kontakt z dziećmi zupełnie się urwał. Ja i Stasiek ostatni raz widzieliśmy je w 2006, jeszcze przed śmiercią Johanny, ich matki, To i Zoś trochę później.

I teraz, w czerwcu, Wanda znalazła nas na Facebooku. Któregoś dnia po prostu dostaliśmy od niej zaproszenie do znajomych. Rany, jak wyrośli. Kiedy ich ostatnio widziałam, ona miała sześć lat, a Ignac osiem.
Szybko się umówiliśmy i na początku lipca wszyscy czworo – To, Zoś, Stasiek i ja – wsiedliśmy w pożyczony od ojca samochód i pojechaliśmy do Braunau. Ojcu jakby ktoś wymienił bezpiecznik. Ciągle do nas pisał, pytał, jak nam się jedzie, gdzie jesteśmy, radził, żeby pić dużo wody, bo upał, i od czasu do czasu włączał mu się taki smoleński lęk, „dziwnie się czuję na myśl, że być może wszystkie moje dzieci będą jechały jednym samochodem”. (Podczas przeglądu technicznego przed podróżą okazało się zresztą, że przewody hamulcowe są przerdzewiałe, ale powiedziałyśmy mu o tym dopiero po powrocie).

Obawiałyśmy się spotkania z ciotką dzieci, Karoliną, a wiadomo było, że trzeba będzie pogadać, bo się niepokoiła, dopytywała Zosię o plany, chciała znać szczegóły. Ojciec ostrzegał, żeby uważać, nie ufać, nic u niej nie pić i nie jeść. To w ogóle nie chciała jej oglądać, mnie było łatwiej, bo jej nie znałam. Doszłam do wniosku, że najrozsądniej będzie tak normalnie, po ludzku. Zaprosiłam ją do znajomych na fejsie i jakby nigdy nic napisałam, że hello, Karolina, że chętnie się spotkamy, jeśli chce porozmawiać, że zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się czuli. Ale kiedy odpowiedziała: Yes, Karolina, we’ll meet and talk…….., poczułam się jednak dziwnie.

Od dawna boję się Austrii. Bo Bernhard, bo Haneke, Jelinek. Kiedy słyszę „Austria”, myślę „piwnica”, myślę „Wolfsegg, esesmani w dziecięcej willi”. I te ich ogródki. Pielęgnowanie tych wszystkich rabatek, klombów i żywopłotów to musi być straszna robota. Nie wierzę, że zajmują się tym dla przyjemności. Są zbyt doskonałe. Wyglądają, jakby uprawiali je kompulsywnie, żeby o czymś zapomnieć albo o czymś nie myśleć.
Wiem, wiem; to tylko taka konstrukcja, Austria może być wszędzie, jest na przykład w w-wskiej kamienicy, gdzie Radeczek wynajmuje mieszkanie, dwa piętra niżej; „Austria” to po prostu poręczna nazwa pewnej postawy, tej samej, o której przypomniała mi książka o Akcji T4, którą teraz redaguję, i w sumie dlatego postanowiłam opowiedzieć tę historię, postawy wyrażającej się między innymi w odpowiedzi, jakiej w 1920 roku jeden z rodziców pensjonariuszy niemieckiej placówki opiekuńczej w Grosshennersdorfie udzielił na postawione przez kierownika w ankiecie pytanie: „Czy zgodziliby się państwo na bezbolesne skrócenie życia swojego dziecka, gdyby fachowcy stwierdzili u niego nieuleczalny debilizm?”, a która brzmiała: „Wolałbym nic o tym nie wiedzieć”.

– Ale o co wam chodzi z tą Austrią?
– Zobaczysz Stasiek, zobaczysz – powtarzałyśmy.
– Czujesz? – zapytała To. – Wszystko ładnie pięknie, domki, ogródki, uśmiechnięci ludzie, ale śmierdzi gnojem.
– A Hermann? Co z Hermannem? – Przypomniałam sobie; Hermann, brat Johanny i Karoliny, był chyba jedyną przyjaźnie nastawioną do ojca osobą w tej rodzinie.
No i To powiedziała mi, co z Hermannem.

Miała być świadkiem w sądzie. Pojechała do Austrii z ojcem, zatrzymali się w jakimś hotelu. Dzień przed decydującą rozprawą przyjechał do nich Hermann. Zupełnie pijany. Płakał. Mówił, że Karolina i jego żona zmuszają go, żeby zeznał nieprawdę – że ojciec bił Johannę, bił dzieci, że coś tam. Mówił, zanosząc się pijackim płaczem, że tego nie zrobi, bo to jest nieuczciwe i złe, i że dzieci powinny być z ojcem. Potem powiedział, że musi już wracać, bo zaczną coś podejrzewać. I pojechał.
Na rozprawie zeznawał, płacząc. To nie rozumiała, bo mówił po niemiecku, ale widziała, co się dzieje.

Karolina mieszka z dziećmi w M, małym miasteczku pod Braunau, w umeblowanym po mieszczańsku austriackim domku z austriackim ogródkiem. Cała rodzina tam mieszka, wszyscy w takich domkach, Hermann też. W domku Karoliny jest bardzo czysto i pełno tam niepasujących do mebli dywanów i makatek (jedna super, z wielbłądami i jurtą), których ojciec i Johanna nakupowali kiedyś sporo na Kaukazie; nawet ja mam jeden taki dywan, tylko że ten mój jest bardzo mały. Nie wiem, co o niej myśleć. Rozmawiało się z nią dziwnie, ale nas nie otruła i niczego nam nie utrudniała.
Powitanie z Ignacem i Wandą było jak z telenoweli, Zoś dostała nawet spektakularnego ataku histerii. Potem zostawiliśmy Karolinę w jej domku z ogródkiem i poszliśmy na kolację. Po drodze mijaliśmy dom Hermanna.
– Tu mieszka wujek Hermann – powiedziała Wanda – ale rzadko się widujemy.
– Czemu?
– A bo nas nie lubi, Karoliny i nas.
Okna były akurat otwarte, więc krzyknęła wesoło: Hello, Hermann!, ale nikt nie odpowiedział.

Zoś


Kiedy Adam rzucił pracę, postanowiliśmy zamieszkać razem. Wszystko sobie zaplanowaliśmy – Adam będzie siedział w domu z kotami, pisał, gotował i robił różne zlecenia, a ja będę wracała wieczorem i mówiła w drzwiach: Hoooney, I’m home!
– A ubezpieczenie zdrowotne? – zaniepokoiłam się. – Można cię ubezpieczyć na mnie?
– Chyba musielibyśmy być małżeństwem… Wiesz co… potraktuj to jak oświadczyny. Sprawdzę jutro, co jest potrzebne w urzędzie. Nie musisz odpowiadać od razu.
– Okej – odpowiedziałam; po chwili, bo jednak jeszcze nigdy mi się nikt poczytalny nie oświadczał. – Będzie mi bardzo miło. Nie planowałam wychodzić za mąż, ale dla ciebie zrobię wyjątek.
– Super – powiedział Adam i podśpiewując „Zostałem przyjęty, zostałem przyjęty!”, poszedł nalać nam whisky. – Ale – upewnił się, wręczając mi szklankę – nie robisz tego tylko ze względu na ubezpieczenie?

Na następny dzień zadzwoniłam do mamy.
– Cześć mama, słuchaj, pamiętasz, który urząd wystawiał mój akt urodzenia?
– Hmmm, nie pamiętam, chyba p-ski, ale głowy nie dam… A po co ci?
– A… bo chciałam sobie dowód w końcu wyrobić. – Zabrzmiało raczej wiarygodnie, ale na wszelki wypadek rozwinęłam: – Bo jak mnie ojciec z P-na wymeldował i zameldował tam u was, pamiętasz, to sobie nie wyrobiłam, bo mi się nie chciało jeździć, i teraz ten stary już jest dawno nieważny, i wiesz.
– A, aha… – Nie byłam pewna, czy mi wierzy, ale nie drążyła. – W sumie to chyba wszystko jedno, możesz iść do tego głównego urzędu, koło kina M.

No to poszłam. Urząd nowoczesny, numerki jak na poczcie, z literkami, do różnych spraw różne literki. Wzięłam W – wnioski o odpisy. Urzędniczka miała brudne włosy i chyba nie była ze mnie zadowolona, ale wniosek przyjęła, dała kwitek z pieczątką i kazała przyjść za tydzień, a potem nakrzyczała na skuloną na krześle biednie ubraną kobietę, trzymającą w dłoni numerek z literą Z.
– Pani do zgonów? To nie tutaj, proszę do tamtego okienka!

Kiedy z Z-a przyszedł odpis Adama, wzięliśmy urlop i pojechali do P-na. Wybraliśmy P-no, bo liczyliśmy na mniejsze kolejki, a także – jeśli nie przede wszystkim – dlatego, że w P-nie jest śmieszny mały ratusz z półksiężycem na wieży, zaraz koło kościoła mojej apostazji.
Odczekaliśmy swoje, trzy urzędniczki biegały z pokoju do pokoju – rozpoznałam tę, która kilka lat temu udzielała moim rodzicom drugiego ślubu – wychodzili różni dziwni ludzie, wreszcie nadeszła nasza kolej. Daliśmy odpisy, ustaliliśmy termin – i wtedy okazało się, że nie można wyjść za mąż na paszport.
– Musi być poświadczenie zameldowania – powiedziała urzędniczka, która udzielała moim rodzicom drugiego ślubu i którą koleżanki nazywały Fredzią. – Paszport nie odzwierciedla faktycznego stanu rzeczy.
No to poszliśmy na śniadanie do restauracji naprzeciwko ratusza i pojechaliśmy do Ż Woli.

IMG10617

Jechaliśmy zaśnieżonymi bocznymi drogami, na wyczucie, bo nigdy nie byliśmy w Ż Woli, a atlas drogowy, który znaleźliśmy w samochodzie, okazał się bardzo stary i nieaktualny. Trafiliśmy, żeby się przekonać, że w Ż Woli jest pustka, urząd, remiza, kiosk i sklep ze śrubami. W urzędzie dwie miłe panie poprosiły o wypisanie wniosku i uiszczenie opłaty w kasie, a następnie wydały stosowny dokument. W łazience znaleźliśmy wstrząsającą instrukcję.

Baliśmy się, że już tam zostaniemy, między remizą a urzędem, pod tablicą z mapą pustki, bo samochód nie odpali (jest stary i czasem nie ma siły, trzeba go wtedy głaskać po desce rozdzielczej), ale się udało. Byliśmy już prawie w P-nie, kiedy zadzwonił nasz nowy landlord. „Cześć, jak tam? Słuchaj, jest taka sprawa, hmmm… czy przy sprzątaniu nie znaleźliście czasem pistoletu?”

Aga i Mariusz, ten od psa, zgodzili się być świadkami. Oprócz nich o naszych planach wiedziały tylko moje młodsze siostry, które zaprosiliśmy, żeby robiły zdjęcia, oraz rodzice Adama i jego brat, którym tą informacją chcieliśmy wynagrodzić brak zaproszenia.
Minął przepisowy miesiąc i dzień, i kilka dodatkowych dni. Aga zrobiła tiramisu, kupiła – na nasze wyraźne życzenie – paskudną figurkę na tort weselny i sprawiła sobie białą bluzkę z plastikowymi brylantami, które odpruła i podarowała Adamowi, ja nie byłam u fryzjera, manikiurzystki i kosmetyczki, a Adam naładował akumulator.

Pani Fredzia miała togę i imponujący łańcuch z orłem. Zaczęła od „Witam państwa serdecznie w Urzędzie Stanu Cywilnego w P-ecznie”, czym z miejsca mnie załatwiła, przez całą ceremonię musiałam się potem powstrzymywać od śmiechu. Poza tym bałam się, że coś źle powtórzę, źle albo za głośno, albo za cicho, więc musiałam robić miny, przebierać nogami i bujać się na boki. Ale wszystko się udało.

IMG10628 (1)

Potem była parapetówka. Trochę przed dziesiątą puściłam Białego misia, a Adam i Aga wnieśli tort.
Tych, których nie było, poinformowaliśmy telefonicznie. „Uiiiiii!” – krzyknęła babcia Ka, tak głośno, że aż w kuchni ją było słychać; „Proszę mnie odwiedzić, jak stopnieją śniegi” – powiedziała Locha; „Tak coś podejrzewałam – powiedziała mama – nie jesteś osobą, która by sobie ot tak wyrabiała dowód”.

 

Zoś


Chcąc sprawdzić, co o śmierci dziadka Bubu pisałam w swoich pamiętnikach, zdjęłam pudło z szafy. W zeszycie z przełomu czerwca i lipca 1998 znalazłam kilka zanotowanych wypowiedzi siedmioletniej wówczas Zosi.

Wiesz, że palenie odstrasza diabły? Nie diabły, tylko te, no, komary. …Nie umiem odróżnić diabłów od komarów, dziwne.

Chciałabym, żeby Bóg był człowiekiem. Wtedy byłby król i Bóg byłby wszędzie. I wtedy dowiedziałabym się, jak on wygląda.
Jestem ciekawa, co się wydarzy w przyszłości. Jestem ciekawa jak wydra morska.
O piance na piwie: To jest wyspa, na której w domku są czarownice.
Ale najbardziej chcę wiesz czego? Jezusa na ziemi. I całej wiedzy, jaką można zdobyć. I żeby ludzie nie byli źli. I żeby ciągle w telewizorze były Muminki. 

Wiesz, czego diabły chcą? Żeby ludzie jak najdłużej żyli. I grzeszyli.

O czerwonej plamie na szybie okna w dachu: Wygląda mi to na krew. Może jakiś ptaszek usiadł i mu leciało z gardła.

Czas to jest labirynt, z którego się nie można wydostać. Czas to labirynt, a labirynt to czas. W powiedzeniu tak nie dla duchów, ale dla ludzi, to jest jakbyś zrobiła błąd w życiu i już nie mogła się z tego błędu wydostać. I dlatego czas jest labiryntem… W ogóle to jest dosyć skomplikowane.

Zoś


Pradziadek czasem krzyczał przez sen. Rodzice nigdy z nim o tym nie rozmawiali. Może śnił mu się Malinke, który za garażem rozstrzelał Buholza (lub odwrotnie), może zabity przez partyzantów niemiecki żandarm, którego zwłoki przeleżały w wychodku całą wojnę, a może coś jeszcze innego, o czym nikomu nie opowiadał.

Rano golił się w kuchni. Stawiał lusterko na laminowanym stole i odkręcał kran, a ja siadałam na pralce i przyglądałam się, jak wyciska krem z tubki, rozrabia pianę pędzlem, wydyma policzki, sznuruje wargi, odchyla głowę, płucze maszynkę, wklepuje w skórę wodę kolońską. Bardzo to lubiłam.
Po goleniu smażył kaszankę z cebulą albo jajecznicę ze szczypiorkiem, odprowadzał mnie do szkoły, szedł do pracy. Przed wojną był właścicielem składu aptecznego, potem pracował w Pollenie. Przynosił nam do zabawy całe palety różnokolorowych sztucznych paznokci i sztucznych włosów pozwijanych w pętelki i kalendarze z roznegliżowanymi dziewczynami.

Wracał wcześnie, starannie układał teczkę i płaszcz zawsze na tym samym fotelu. Czasem prosił mnie, żebym nawlekła mu igłę, i przyszywał odpadający guzik, a czasem kładliśmy się razem na tapczanie i opowiadał mi o dwóch takich, co ukradli księżyc. Popołudniami zakładał spłowiałą czapkę z daszkiem i rozciągnięty granatowy dres, brał sękaty kij, który służył mu za laskę, i szedł do ogrodu, a ja przeszkadzałam mu albo pomagałam. Raz tak wygracowaliśmy ścieżkę koło róży, że na następny dzień zakwitła.

Wieczorami oglądał telewizję, bardzo głośno. W drewnianych drzwiach między jego pokojem a naszym była duża pionowa szczelina w kształcie błyskawicy, przez którą starsza z moich młodszych sióstr podglądała niewolnicę Isaurę w kamiennym kręgu. Ja zadowalałam się dźwiękiem i ametystowym odblaskiem pełgającym po politurze biblioteczki.

Kiedy miałam dziesięć lat, złamał sobie rękę w ogrodzie, potem się przeziębił, a potem zachorował na raka. Nie operowali go. Nie wiem, czy było za późno, czy bali się, że nie przeżyje operacji, bo jest za stary. Potrzymali go trochę w szpitalu i oddali pod opiekę babci Ka. Odwiedziliśmy go raz u niej. Pamiętam, że odwracałam oczy, żeby nie patrzeć na cewnik wystający z rozporka piżamy. Na biurku stała butelka z jakimś rosołem, dziadzia miał przyklejone w kącikach ust koperkowe kłaczki. Pamiętam, że wyciągnął do mnie rękę, że go za nią trzymałam, i miała taki kształt jak zawsze, jak moja, ale była strasznie słaba i strasznie, przerażająco chuda, jak u kościotrupa.

Mama była wtedy w ciąży i mieszkałyśmy z nią u drugiej babci; chodziłyśmy do w-wskiej podstawówki, gdzie starszej z moich młodszych sióstr ukradli kredki. Kiedy któregoś dnia zadzwonił telefon, wszystkie czekałyśmy na wiadomość o śmierci dziadzi, ale chodziło o najlepszego przyjaciela rodziców. Przedawkował heroinę albo po prostu była jakaś lewa, znajomi uciekli, pogotowie nie dojechało. Miał być ojcem chrzestnym, żartowaliśmy później, że to dlatego młodsza z moich młodszych sióstr jest takim łobuzem.

Dziadzia zdążył jeszcze ją poznać, niedługo po tym, jak się urodziła. Na parę dni albo tygodni przed śmiercią powiedział tacie, że pod krzakiem fioletowego bzu jest słoik złotych monet, i żeby tata ten słoik wykopał, kupił samochód i tym samochodem przywiózł dziadzię do P-na. Więc tata wykopał, babcia Ka dołożyła trochę ze swoich oszczędności i kupili pozjednoczeniowego trabanta z silnikiem volkswagena, tego samego, w którym potem mieliśmy dachowanie. Był bardzo ładny wiosenny albo letni dzień, dziadzia siedział przed domem w leżaku, ze swoim sękatym kijem, i chyba się nawet uśmiechał.

Zanim poszliśmy na pogrzeb, schowałam się w wielkim wojskowym namiocie, który stał na północnym trawniku, i przez szczelinę w brezencie patrzyłam na pokrzywy. Pokrzywy falowały na wietrze, a ja nie czułam zupełnie nic, myślałam, że powinno być inaczej, i było mi z tym bardzo źle.

[Zdjęcie z archiwum rodzinnego.]

Zoś


pod centrum handlowym
gołębia bez głowy
dzióbały kruki i wrony

a głowa
z otwartym wciąż okiem
kawałek dalej leżała
pod blokiem

[za facebookowym statusem Zoś: „pod centrum handlowym sadyba krukowate jadły gołębia bez głowy”]

Zoś


Przeglądając swoje stare notatki, znalazłam zagadkowe oświadczenie młodszej z moich młodszych sióstr, wówczas siedmioletniej. Nietypowa interpunkcja oddaje intonację.

Chciałabym. Być okropnie brudna.
Chciałabym. Być okropnie zła.

Nie. Nie chciałabym.

Chciałabym. Być okropnie dobra.
Chciałabym. Mieć dobry porządek.

Chciałabym. Mieć królestwo nad polami.

Zoś


Opowiedziane przez młodszą z moich młodszych sióstr, która była obserwatorką OBWE podczas zeszłorocznych wyborów prezydenckich na Białorusi.
Wieś X w rejonie dubrowieńskim, lokal wyborczy w pokołchozowym budynku przerobionym na dom kultury. Członkowie komisji, troje obserwatorów, poza tym pusto. Wchodzi mężczyzna po sześćdziesiątce, sam. Pokazuje paszport, podpisuje się na liście, bierze kartę do głosowania.
Przez jakiś czas stoi bezradnie na środku pomieszczenia i wpatruje się w kartę. Wreszcie mówi, że nie widzi. Niedługo będzie miał operację oczu.
– Chcę głosować na Łukaszenkę. Gdzie tu jest Łukaszenka?
Komisja nie może mu pokazać. Mógłby tylko inny głosujący, ale nikogo nie ma. Kobieta z komisji na chwilę wychodzi, przynosi jakieś okulary. Okulary nie pomagają.
Mężczyzna nie zaznacza żadnego nazwiska i wrzuca kartę do urny.

Zoś


Wydaje mi się, że to była młodsza z moich młodszych sióstr*.
Kiedy była mała, mówiła czasami marudnie:
– Chcę czegoś…
– Ale czego? – pytaliśmy pełni najlepszych chęci.
– Nie wiem… – odpowiadała bezradnie. – Czegoś…
– Jeść?
– Nie, nie jeść. Czegoś.
– Pić?
– Nie.
– Bawić się?
– Nie.
– Spać?
– Nie. Chcę czegoś…
– Ale czego?
– Nie wiem…

Była w takich razach bardzo nieszczęśliwa. Odczuwała jakiś brak, ale nie potrafiła go określić, a my nie umieliśmy jej pomóc. Potrzeby, których nie da się nazwać, trudno zaspokoić.

* Marcin twierdzi, że to jednak był brat, ten dziś czternastoletni. Bardzo niewykluczone. Niestety mam kiepską pamięć, a poproszona o pomoc mamrot przyprawiła mnie o konfuzję, twierdząc, że to mogła być nawet panna To.

Zoś


Przeprowadziłam się.
W ostatnią sobotę maja młodsza z moich młodszych sióstr i ja wyprawiłyśmy huczną imprezę pożegnalną (około pięćdziesięciu osób, trzech papieży, tańce do muzyki poważnej itd.), a we wtorek się wyprowadziłam. Wczoraj konkubent starszej z moich młodszych sióstr (przy wsparciu starszej z moich młodszych sióstr oraz inkubenta) pomógł mi przewieźć rzeczy.
W starym domu puścił ostatni zawias, na którym trzymały się drzwi wejściowe. Gdyby nie konkubent starszej (który chyba naprawia wszystko, co zobaczy), młodsza z moich młodszych sióstr zostałaby w domu bez drzwi.
Czuję się trochę jak dezerter.

W nowym domu jest fajnie. Mam wielkie łóżko, łazienkę z oknem na klatkę schodową, wysoki sufit, bardzo grube ściany, przeszklone dwuskrzydłowe drzwi między kuchnią a pokojem i dużo miejsca. Pierwszy raz mieszkam sama.

Zoś


Idę dziś na ślub swoich rodziców.
Miało mnie nie być, chciałam wziąć urlop. Raczej się tym nie martwili, zresztą na jednym ich ślubie już byłam – a właściwie nawet na dwóch, bo wtedy cywilny i kościelny były osobno – jako pięciomiesięczny płód. Mama uszyła sobie z jedwabiu spadochronowego taką fajną sukienkę, że nic nie było widać.
Ale została mi w pracy jedna sprawa na poniedziałek, urlop musiałam przełożyć, no to idę.
Moje młodsze siostry będą świadkami. Starsza z nich i ja zrzuciłyśmy się na sukienkę, młodsza właśnie poszła po wiązankę.
Założyłam białą koszulę, idę.

wewte »