Tydzień przed Wielkanocą zaczynała gotować. Klęczała na podłodze w kuchni i ciężko dysząc, ubijała mięso na kotlety. „Już nie mogę, nie mogę”, mówiła. Siedziała zgarbiona na taborecie i ze świstem wypuszczając powietrze przez ściągnięte wargi, ucierała ciasto na sernik w trzymanej między kolanami wielkiej makutrze. Starta prawie do trzonka drewniana pałka terkotała po kamionkowych rowkach.
– Droga przez mękę – mamrotała teatralnym szeptem, odgarniając wierzchem dłoni zmierzwione białe włosy z pobrużdżonego tysiącem zmarszczek czoła. – Ja już nie mam siły. Kiedy to się skończy?
– Pomóc ci? – pytałam.
– Nie będziesz umiała.
Zbierała pianę z rosołu raz, drugi, trzeci, siódmy, bo wszystko musiała robić co najmniej siedem lub dziewięć razy albo siedem lub dziewięć razy razy n, gdzie n jest liczbą nieparzystą, a najlepiej dwadzieścia siedem razy (choć nie rozumiałam, jak można tak lubić liczbę, która nie jest pierwsza). Inaczej byłoby gorzej niż położyć chleb na grzbiecie, przejść pod rozkraką, nie splunąć przez ramię za kotem.
– To się nazywa szumowanie – wyjaśniała takim tonem, jakby wypowiadanie tego słowa sprawiało jej perwersyjną przyjemność. – Szumujemy, szumujemy. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem… Zbieramy szum.
Wkładała kawał mięsa do poobijanego płytkiego garnka – „szponder”, mówiła, „sztukamięs”, „sztukamięs w auszpiku”, mówiłam ja – i godzinami dusiła, polewając tłuszczem, który zbierał się na dnie. Pieczołowicie omotywała kilometrami nitki zrazy zawijane – „myszy”, mówiła – a potem co chwila chodziła przewracać je na patelni. Nie zdążyła nawet porządnie zaciągnąć się papierosem – „Ale ja się nie zaciągam”, mówiła – a już zostawiała go z pogniecionym rozmiękłym filtrem w przepełnionej popielniczce w dużym pokoju i przerwawszy w pół linijki wyprowadzanie niekończących się wzorów, szła do kuchni, gdzie miała drugą przepełnioną popielniczkę z drugim tlącym się na stosie niedopałków papierosem. Zapach smażonego mięsa mieszał się z mentolowym dymem i swądem nadpalonych wilgotnych od śliny filtrów.
Potem godzinami te nitki odwijała.
– Oj nie lubisz ty tego – wzdychała, krzywiła się, syczała. – Nie lubisz.
– Pomóc ci? – pytałam.
– Nie będziesz umiała. To taka ofiarka dla Chrystuska, jak mawiała babcia Kazia. Ofiarka dla Chrystuska – powtarzała, z tą samą niepokojącą satysfakcją, z jaką wymawiała słowa „szumujemy”, „szponder” i „sztukamięs”.

Wczoraj skończyłam 40 lat. „Ło, niezłe osiągnięcie ‒ powiedziała mi koleżanka z pracy ‒ tyle przeżyć”. To było dość ciekawe 40 lat, więc też uważam to za osiągnięcie.

I nie jest to jedyny mój sukces. Mam 40 lat i udało mi się ani razu nie zajść w ciążę. Mieszkam w Polsce, więc uważam to za osiągnięcie.

Chyba nigdy nie chciałam być dziewczynką, a potem kobietą.
Szybko zauważyłam, że dziewczynki i kobiety traktuje się z pogardą. Mój własny ojciec przeważnie wyrażał się o kobietach z pogardą. Koledzy ze szkoły wyrażali się o dziewczynkach z pogardą. W książkach pisano o dziewczynkach, dziewczynach i kobietach z pogardą. I tak dalej.
Poza tym odkąd pamiętam, czułam się raczej chłopcem, choć też nie do końca. Najchętniej po prostu nie miałabym płci, ale wtedy nie umiałam tego precyzyjnie nazwać. Były lata 80. i nie było na to słowa.

I z tego, ale także z wielu innych powodów, których lista z czasem tylko się wydłuża, nigdy nie chciałam mieć dzieci. Nigdy. Bo byłoby to absolutnym zaprzeczeniem nie tylko moich poglądów i przekonań, ale także tego, kim jestem.

Wiedziałam, jak to zrobić. Matka z odpowiednim wyprzedzeniem wszystko mi wyjaśniła. W ogóle dość dużo wiedziałam. Załapałam się nawet na zajęcia z edukatorkami seksualnymi ‒ i w podstawówce, i w liceum.
Ale też zewsząd sączyła się ta druga opowieść. Ta o „życiu poczętym”, o naturalnym planowaniu rodziny i o aborcji, która jest jeśli nie „morderstwem”, to „dramatyczną decyzją” lub, w najlepszym razie, „bardzo trudnym doświadczeniem”.
Była też taka opowieść w rodzinie, jeszcze sprzed 1993 roku. O wcześnie przeprowadzonej aborcji, do której zachęciła ginekolożka („Młoda jesteś, po co ci kłopot”), o księdzu, który w ramach pokuty kazał się z tego przez dziewięć miesięcy ciągle od nowa spowiadać, i o wyrzutach sumienia, które nie przestaną dręczyć już nigdy.
Mój ojciec i moja matka ‒ choć chyba nigdy nie byli zwolennikami zakazu, a w każdym razie nie są nimi teraz ‒ są katolikami i zawsze podkreślali, że osobiście uważają aborcję za coś złego.
Do dziś też pamiętam, jak moja ciotka, sejmowa prawniczka, przyniosła kiedyś z pracy mały plastikowy embrion w przezroczystym plastikowym jaju wyłożonym watą. Ktoś tam takie rozdawał, najwyraźniej w ramach argumentu w dyskusji. Dorośli trochę się pośmiali, a potem dali nam tę makabryczną laleczkę do zabawy. (Pierwsze, cośmy z siostrą zrobiły, to wyjęłyśmy ją z tego jaja).

Parę razy w życiu nie byłam pewna, czy antykoncepcja zadziałała. To było naprawdę straszne uczucie. Zwłaszcza w czasach, kiedy miałam bardzo mało własnych pieniędzy i przemocowego partnera, na którego właściwie w żadnej sprawie nie mogłam liczyć. Ale jest straszne i teraz, kiedy mam wspierającego męża i pieniądze, i stosowne informacje, adresy i telefony na wyciągnięcie ręki. Jest straszne ze względu na to, co i jak mówi się o aborcji i o osobach, które ją robią. Jest straszne, bo kiedy zachodzisz w niechcianą ciążę, nagle trafiasz w jakąś podrzeczywistość, jakiś mroczny nielegalny podświat*.
I wiem, że nie przeżywałabym tego w kraju, gdzie aborcja jest zwykłym, dostępnym bez zbędnych pytań i ograniczeń zabiegiem, na który można sobie po prostu pójść do kliniki po drugiej stronie ulicy.

To było dość ciekawe 40 lat, więc potrzebowałam sporo czasu, żeby dojść ze sobą do ładu. Myślę jednak, że poszłoby mi szybciej i byłabym ogólnie szczęśliwsza, gdybym żyła w kraju, w którym nie gardzi się kobietami i osobami o orientacjach i tożsamościach innych niż standardowe.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jestem w bardzo dobrej sytuacji. Nie chcę mieć dzieci, mam dostęp do ginekologa i antykoncepcji, chociaż życzyłabym sobie tańszego i łatwiejszego, wiem, mniej więcej, jak bezpiecznie pozbyć się ciąży, gdyby ta antykoncepcja zawiodła, i stać mnie na to, żeby to zrobić.
Tak, to niesympatyczne, że władze mojego kraju nie uważają mnie za człowieka ‒ ale stać mnie, żeby sobie za to człowieczeństwo zapłacić.
Tak, to niesympatyczne, że trzeba za to płacić. Ale w gruncie rzeczy jestem w bardzo dobrej sytuacji. Ot, po prostu od czasu do czasu przeżywam paraliżujący strach.

Ale co mają powiedzieć te osoby, których nie stać? Albo te, których nikt nie wspiera? Albo te, które zamiast wsparcia doświadczają przemocy?

Albo te, które właśnie chcą mieć dzieci?

_____
* Mocny tekst o tej podrzeczywistości napisała kiedyś Marta Syrwid: Polki jadą po aborcję na Słowację.

Na zdjęciu ja, moja matka i wspomniana wyżej ciocia prawniczka, rok chyba 1982.

Wizyta w innym wymiarze w ramach odreagowywania wkurwu.
Nolite te bastardes carborundorum.

Nowe zwierzątko do kompletu.
Poprzednie tu i tu.

jedność

Parę lat po śmierci Dziadzi zaczął się remont. Ciągnął się bez końca. Po szkole Tosia i ja odbierałyśmy Zosię z przedszkola i wracałyśmy do domu, który wyglądał jak pobojowisko. Sprzątanie zajmowało godzinę, dwie. Wynosiłyśmy wiadrami skuty ze ścian tynk, zamiatałyśmy, myły podłogę. Kiedy zbliżała się chwila powrotu rodziców, rozglądałyśmy się nerwowo. Naczynia były pozmywane, pranie rozwieszone, psy i koty nakarmione, Zosia wykąpana i przebrana w piżamę. Niby nie było się do czego przyczepić. Ale wiedziałyśmy, że coś znajdą. Zawsze znajdowali. Jakby się bawili, które znajdzie więcej. Jakby to była jakaś gra.

– Cze-eść – rozlegało się w sieni. – Dzieeeci!
Szłyśmy się przywitać.
– Cześć.
– Z drogi – warczał ojciec. – Chcę przejść.
– Dlaczego Zosia jeszcze nie śpi? – pytała matka.
– Chciała na was poczekać.
– Jest już po dobranocce – mówił ojciec.
– Zosia, do łóżka! – krzyczała matka.
– Wracamy zmęczeni po pracy… – zaczynał ojciec.
– …i chcemy odpocząć, a nie zaganiać dzieci do łóżek – kończyła po nim matka.
– Co to jest? – pytał ojciec.
Zaczynało się. Celował palcem w leżącą koło zlewu zmiętą ścierkę do naczyń.
– Co to jest, pytam – powtarzał.
– Ścierka do naczyń – mówiłam.
– Nie bądź bezczelna! – podgrzewała atmosferę matka.
– Doprawdy? – pytał ojciec. – Bo wygląda jak szmata do podłogi.
– Ścierkę do naczyń – syczała matka – po użyciu należy rozwiesić.
– Słucham? Nic nie słyszę – mówił ojciec.
– Dobrze – mówiłam pod nosem.
– Powtórz, proszę, bo nie dosłyszałem.
– Dobrze.
– Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię.
Przenosiłam wzrok ze ściany na ojca i patrzyłam mu prosto oczy.
– Dobrze – mówiłam.
– Nie tym tonem!
– Bezczelna – syczała matka z teatralnym oburzeniem.
– PO UŻYCIU ŚCIERKĘ DO NACZYŃ NALEŻY ROZWIESIĆ – mówił ojciec, powoli i wyraźnie. – Rozumiesz? Bo patrzysz takim cielęcym wzrokiem, że mam wątpliwości.
– Zazwyczaj rozumiem, co się do mnie mówi – mówiłam.
– Słucham?
– ZAZWYCZAJ ROZUMIEM, CO SIĘ DO MNIE MÓWI – powtarzałam, powoli i wyraźnie.
– Naprawdę sądzisz, że będę tolerował taką bezczelność? Kiedy wydaję ci polecenie, to nie po to, żeby z tobą dyskutować o twoich zdolnościach poznawczych, ale po to, żebyś zrobiła, co ci każę. Czy to jasne?
Milczałam.
– Pytam – mówił.
Nienawidzę cię, myślałam.

Czasem kończyło się na sieni („Czy naprawdę nie możecie zrobić tego wysiłku, żeby przynieść koks? Naprawdę musimy o wszystko troszczyć się sami? To przykre, że takie z was egoistki”), kuchni i łazience („Kto dotykał mojego ręcznika?!”), czasem docierali aż do dziecinnego. I to było najgorsze. Bo Tosia i Zosia zwykle miały bałagan.

– Zobacz, Piotrze, jaki bajzel! – krzyczała od progu matka.
– Znowu to samo – mówił ojciec. – Czy wy nigdy nie nauczycie się porządku?
– Mamo, proszę… – zaczynała Tosia.
– To co? – Matka nie słuchała. – Robimy pilota?
– Proszę, nie – mówiła Tosia. – Zaraz tu posprzątam.
Zosia zaczynała płakać.
I robili. Matka tłumaczyła mi kiedyś, że tak się robi w wojsku. Albo w więzieniu, już nie pamiętam.
Wyrzucali wszystko na środek pokoju. Wygarniali rzeczy z szaf, szuflad, biurek, pudeł, zdzierali nawet pościel z łóżek.
– A teraz – mówiła matka – macie piętnaście minut, żeby to posprzątać.
– Jeśli nie zdążycie – dodawał ojciec, odpinając kabel od kasprzaka – dostaniecie lanie.

Tamtego dnia moje siostry z płaczem kucnęły przy stosie wyrzuconych na podłogę rzeczy i usiłowały coś z niego wyciągać, coś składać, gdzieś układać, pokazać, że przynajmniej próbują. Ja nie. Stałam obok i patrzyłam na rodziców. Nie dało się tego sprzątnąć w piętnaście minut. We dwie czy we trzy, wszystko jedno, nie dałybyśmy rady. No i w końcu ja w swojej części pokoju miałam porządek.
Kiedy ojciec natrafił wzrokiem na mój wzrok, jakby coś go ukłuło. Podszedł do mnie. Odwróciłam twarz, ale wziął mnie pod brodę i zmusił, żebym na niego spojrzała.
– Co? – spytał z zimną furią. – Nie płaczesz? Taka jesteś harda?
Patrzyłam na niego i nie płakałam. Nie czułam strachu, choć wiedziałam, że to się źle skończy, i to pewnie nie tylko dla mnie. Byłam zbyt wściekła, żeby o kogokolwiek się troszczyć. Byłam zbyt wściekła, żeby się bać.
Ojciec puścił moją brodę, zamachnął się i uderzył mnie w twarz. Pękła mi warga, poczułam smak krwi.
Nienawidzę cię, myślałam, patrząc mu w oczy. Nienawidzę cię i chcę, żebyś umarł.

– Piotrze… – odezwała się po chwili matka.
Widok krwi jakby zbił ich z tropu.
– Idziemy – zarządził ojciec, odwracając się do matki.
Tego dnia już do nas nie zaglądali. Posprzątałyśmy, ale nie przyszli sprawdzić. Lania nie było.

W nocy, długo po tym, jak położyłyśmy się spać, przyszedł ojciec. Był sam. Nie włączył światła, nic nie mówił. Podszedł do mnie i poczochrał mnie po głowie. Wiedziałam, że to znaczy „Przepraszam”. To był jedyny sposób, w jaki potrafił to powiedzieć.
Bez słowa odwróciłam się twarzą do ściany. To był mój sposób, żeby powiedzieć „Nie wybaczę ci”.

Straszne sceny z życia owadów.
Poleca się także Kocimiętkę 1.
(Wariacje Goldbergowskie gra Kimiko Ishizaka.)

Na początku kwietnia zamknęli lasy, parki i place zabaw i zabronili już w zasadzie wszystkiego. Poza tym, co konieczne dla zaspokojenia niezbędnych życiowych potrzeb. Co jest niezbędną życiową potrzebą? W praktyce decyduje o tym policja. Na przykład, jak się okazało, zakup piwa na kaca taką potrzebą nie jest.
Status spacerów (innych niż z psem), biegania i rekreacyjnej jazdy na rowerze przez dłuższy czas był niejasny. Nie wolno? Wolno, byle nie po parku / lesie? Jak wykazać życiową niezbędność spaceru? Dziewczyna naszej przyjaciółki na wszelki wypadek poprosiła psychiatrę o zaświadczenie, że bieganie jest konieczne dla jej zdrowia.
Wyjścia do lekarza są dozwolone. Ale czy można jechać do lekarza na rowerze? Co jeśli policjanci uznają to za zbędną rekreację? W Olsztynie pobili jadącą do pracy rowerzystkę. Z myślą o zbliżającej się wizycie kontrolnej w Instytucie zgrywam sobie na telefon skan zaświadczenia od doktora G. Nie uważam, że policja powinna wiedzieć, na co się leczę, ale mój rower jest wyzywająco kolorowy, a trasa, którą jeżdżę do Instytutu, ma prawie 20 kilometrów i prowadzi między innymi wzdłuż zamkniętych bulwarów nad Wisłą.

Za niedostosowanie się do rozporządzeń można dostać do 500 złotych mandatu i do 30 tysięcy złotych kary od Sanepidu. Rzecznik praw obywatelskich zwraca uwagę, że zakazy wprowadzone w związku z epidemią są niekonstytucyjne.
Inaczej siedzi się w domu, kiedy jest to własna, podyktowana poczuciem odpowiedzialności decyzja – inaczej, kiedy bezprawnie zabraniają wychodzić.
I jeszcze inaczej, kiedy sami demonstracyjnie łamią zakazy. 10 i 11 kwietnia Kaczyński i jego świta składają wieńce pod pomnikiem ofiar katastrofy w Smoleńsku, nie zachowując zasad bezpieczeństwa, i odwiedzają kilka zamkniętych z powodu epidemii cmentarzy.

Wciąż nie potrafię przestać czytać wiadomości. Lekarze i pielęgniarki mówią o dramatycznej sytuacji w szpitalach i proszą o pomoc. Rząd bije im brawo. Ludzie po domach szyją dla nich maseczki i drukują przyłbice na drukarkach 3D. Bogacze, którzy nie płacili podatków, łaskawie dają po milionie czy dwóch. W sejmie trwają coraz absurdalniejsze rozmowy o majowych wyborach. Skutki nadchodzącego kryzysu gospodarczego odczuwają hodowcy kwiatów, czytam w połowie miesiąca w „Wyborczej”. W Holandii w ciągu ostatniego miesiąca zniszczonych zostało 140 mln kwiatów – pisze „New York Times”.

Potem do sejmu wracają zakazujący aborcji projekt Kai Godek i projekt „Stop pedofilii”, który – surprise, surprise – wcale nie zajmuje się Kościołem. W jednym oknie wystawiam parasolkę, w drugim wywieszam prowizoryczny plakat z napisem STRAJK KOBIET. Wysyłam jakieś mejle, podpisuję jakieś petycje, publikuję jakieś posty i czuję się bezsilna.
Razem z tymi dwoma do prac w komisjach przechodzą także projekt o zmianach w prawie łowieckim i antysemicki „Stop 447”.

Nie prowadzę pamiętnika epidemii. Czasem tylko zapisuję jakieś liczby w zeszycie. To nie miałoby sensu, nie potrafię złapać perspektywy. Jakby wszystko się jakoś skurczyło.

16 kwietnia wieczorem dostaję esemesa z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa: „Od dziś obowiązuje nakaz zasłaniania ust i nosa. Przy wychodzeniu z domu zakryj te części twarzy. Więcej: https://www.gov.pl/web/koronawirus/zaslon-usta-i-nos”.
Trzy dni później przychodzi kolejny esemes: „Uwaga! Od 20.04 otwarte parki i lasy, więcej osób może być w sklepach”.
Najpierw oddycham z ulgą. Będzie można pójść pobiegać, nie układając sobie w myśli argumentacji dotyczącej niezbędnych potrzeb. Nie będzie trzeba opowiadać się policjantom z choroby.
Potem uważniej przyglądam się linkowi na końcu wiadomości.
„Informacje nt. nowych zasad: https://www.gov.pl/web/koronawirus/nowa-normalnosc-etapy”.

policja

25 kwietnia, 22.00, zarażonych na świecie 2 902 708, w Polsce 11 237, zmarłych na świecie 202 179, w Polsce 524.

(Powyżej zrzut z kamerki, powrót z Instytutu do domu).


Ku pamięci – Michał Bachowski rozmawia z Jarosławem Lipszycem: Co będzie dalej?, „Noizz”, 20 kwietnia 2020.

Najpierw staram się zachować godność. To znaczy tak mówię, żartem, koledze z pracy, kiedy pyta, chyba żartem, „Zrobiliście już prepperskie zapasy?”. Nie robimy. Ale to nie jest trudne, bo Adam zawsze kupuje na zapas. Przeglądając zawartość szafek, fantazjuję czasem o dniu, w którym w końcu to wszystko zjemy i zużyjemy, bo lubię, kiedy w domu jest mało rzeczy, ale jak tylko czegoś zacznie ubywać, Adam robi następne zakupy.
Przestaję zwracać pokasłującej koleżance uwagę, że z chorobą nie powinno się przychodzić do pracy, choć nadal tak myślę, zwłaszcza że kiedy w lutym gorzej się czułam, doktor G napisał „I proszę się nie przeziębić, jeśli to możliwe”.
Kiedy wraca smog, nie zakładam maski, bo się wstydzę.
Notuję sobie co bardziej surrealistyczne wiadomości: Wstrzymano pielgrzymki do Mekki. W Australii podczas walki o papier toaletowy klientka wyciągnęła nóż. Mieszkaniec Wilna zamknął żonę w łazience, bo myślał, że ma koronawirusa. Papież nie pojawił się w oknie. 50% pasażerów na całym świecie zrezygnowało z lotów. Donald Trump nie podziela obaw. Wszystko wskazuje na to, że mecz Polska–Finlandia odbędzie się bez udziału publiczności.

Potem odwołują targi książki w Bolonii. Na jakimś portalu dla wydawców kolega czyta, że we Francji rekordy bije sprzedaż Dżumy Camusa. Chwilę później odwołują targi w Londynie.
Przypominam sobie, że kiedy byłam mała, fascynowały mnie epidemie. Rozmawiam o tym z siostrami. „Tak! – pisze młodsza z nich. – Z mamą się ze sklepu wracało i było: Mamo, mamo, opowiedz mi o chorobach. I mama opowiadała; o ropniach pod pachą i rozcinaniu na krzyż itp., itd.”.
Czytam o tym, że Ukraińcy wznoszą barykady, żeby nie wpuścić rodaków wracających z Chin, i że w Warszawie policja zatrzymała pociąg, bo ktoś powiadomił służby o kaszlącym pasażerze „o azjatyckich rysach twarzy”. Z lektur z dzieciństwa pamiętam, że ci, których było na to stać, wyjeżdżali na wieś i opowiadali sobie historie, inni zwracali się ku Bogu, a jeszcze inni oddawali się rozpuście. Nie pamiętam, czy było coś o podszywającej się pod troskę o wspólne dobro przemocy.
Kupuję Dżumę, w sumie od dawna chciałam ją jeszcze raz przeczytać.

4 marca informują o pierwszym przypadku w Polsce. Zastanawiam się nad tym, czego dotykam i w jakiej kolejności. Jeśli rękawiczka jest świeżo wyprana, to jadąc rano do pracy na rowerze, można chyba otrzeć smarki wierzchem dłoni, ale potem trzeba tę rękawiczkę zdjąć, zanim dotknie się gałki w drzwiach. Kurek w kranie można odkręcić nieczystymi rękami, bo później się je myje, ale po wszystkim trzeba go przecież zakręcić. Klamki i krany, których nie da się obsłużyć łokciem, nagle zaczynają mi się wydawać bezsensownym estetycznym zbytkiem.

Tydzień później zamykają szkoły. Moje szefowe przestawiają firmę na pracę zdalną. Dla Adama i dla mnie to nie jest trudne, bo nie mamy dzieci, ani nawet nowe – bywaliśmy freelancerami, a ostatnio połowę lutego przesiedziałam w domu, bo miałam akurat zadanie wymagające skupienia.
Odwołujemy urlop na Helu. Wkrótce dowiadujemy się, że burmistrz chce zamknąć miasto dla turystów. Zastanawiam się, czyby nas stamtąd deportowano czy musielibyśmy zostać. „Mieszkalibyśmy na plaży – pisze Mariusz – i żywili się tym, co wyrzuci morze”.
Czytam o spłaszczaniu krzywej i oglądam animacje z zarażającymi się kropkami. Zaczynam myśleć o sobie jako o jednym z wielu biologicznie od siebie zależnych organizmów tego samego gatunku. Ta myśl budzi we mnie mniej więcej takie uczucie jak dotyk publicznej klamki, ale podoba mi się, że solidarność można okazać przez siedzenie w domu i omijanie innych szerokim łukiem.
Na Facebooku pojawia się nakładka #staythefuckhome, mój telefon w menu wyświetla #ZostanWDomu. Zostajemy, chociaż szef Adama powtarza „Nie dajmy się zwariować”.

W relacjach prasowych najpierw zawrotną karierę robi wyrażenie „w sile wieku” (już nie młoda / młody, ale raczej nie umrze). Potem „choroby współistniejące” (nie martwcie się, większości z was to nie dotyczy). Pod tymi informacjami o śmierci, w których nie ma wzmianki o chorobach współistniejących, w komentarzach od razu podnosi się raban – czemu straszycie?
Znajomy donosi, że na Facebooku obficie cytuje się Dżumę.
„Tak – przyznaje w opublikowanym przez „Wyborczą” wypracowaniu o zarazie jeden z popularnych polskich pisarzy – mam czterdzieści lat i nie byłem przygotowany na historię”. Trochę mnie to rozbawia, ale nie na długo, bo nie mogę się uwolnić od wspomnienia nagranego komórką filmiku z wojskowymi ciężarówkami wywożącymi nocą trumny z Bergamo, a w polskiej polityce po raz kolejny sprawdza się zasada „jeżeli sądzisz o czymś, że nie, na to się już nie odważą, to wiedz, że to myślenie czysto życzeniowe: oczywiście, że się odważą”.

Posprzątaliśmy, pracujemy, ćwiczymy, w weekendy wieczorami oglądamy seriale. Co rano wietrzę, jeśli nie ma smogu. Kiedy dziś otworzyłam okna, akurat przejeżdżał radiowóz i przez głośniki nadawał komunikat z prośbą o pozostanie w domach.
Po zakupy chodzi Adam. Mówi, że ja za bardzo bym się wkurzała, bo niektórych ludzi trudno ominąć. Kiedy wraca, włączam mu światło w łazience, myję warzywa, owoce, butelki, słoiki, puszki, odkażam klamki, odkażam jego telefon. A co, jeśli dotknie się pojemnika z odkażaczem nieczystą ręką? Może powinien mieć dwa uchwyty, jak te żydowskie kubki do mycia rąk, i dwa spusty?
Od częstego mycia wysusza się skóra. Sprawdzam zapasy. Kremu mamy akurat jeszcze tylko dwie tubki. Te aluminiowe, przypominam sobie, wrzucone do ognia implodują z sykiem.

tubka

Naprawdę chciałam napisać o czymś innym. Poddałam się, kiedy przeglądając notatki, znalazłam taką:
Słowo „oddychać” jest czasownikiem niedokonanym.
1. O organizmach żywych: pobierać tlen z otoczenia i wydalać dwutlenek węgla. O roślinach: przyswajać w procesie fotosyntezy dwutlenek węgla i wydalać tlen. Wciągać powietrze do płuc
(wdychać) i wydalać je z płuc (wydychać).
Roślina żywa oddycha zawsze: zarówno w świetle, jak i w ciemności, oddycha wszystkimi swoimi żywymi organami, zarówno zielonymi, jak i pozbawionymi zieleni. Oddychać szybko, wolno, lekko.
Odetchnąć pełną piersią, odetchnąć głęboko.
2. Doznawać uczucia ulgi, pozbywać się strachu.
Proszę oddychać.

(za Słownikiem języka polskiego PWN i Doroszewskim)


Ku pamięci – lektury, głównie o tym, co koronawirus robi służbie zdrowia:
1. Agata Sikora, Bartosz Lisowski, Koronawirus: epidemia paniki vs. epidemia ignorancji, „Krytyka Polityczna”, 12 marca 2020.
2. Harry Stevens, Why outbreaks like coronavirus spread exponentially, and how to „flatten the curve”, „The Washington Post”, 14 marca 2020 – tu wspomniane animacje z zarażającymi się kropkami.
3. Marta Falecka, Robić robotę, „Dwutygodnik” nr 277, marzec 2020.
4. Marta Falecka, Żadnych supermocy, „Dwutygodnik” nr 278, marzec 2020.

W puszce z makiem. Po większe prosz klikać.

– Po co ten kapelusz?
– Żeby ludzie wrzucali do niego pieniądze – powiedziała mama, kładąc kapelusz na bruku.
A potem, ku mojemu zdumieniu, wyłowiła z kieszeni swojej długiej kwiecistej spódnicy kilka monet i wrzuciła je do środka.
– Czemu tak robisz?
– Na zachętę. Jak zobaczą, że ktoś już wrzucił, to chętniej wrzucą sami.
– Ale to nie ktoś. To ty. Oszukujesz.
– Nikt się o tym nie dowie.

Musiały być wczesne lata osiemdziesiąte, bo byłam jeszcze bardzo mała, miałam cztery, może pięć lat. Późna wiosna albo początek lata, zalana słońcem starówka i my, na rynku, w wąskim cieniu pod rzędem bordowych kamienic.
– Gotowy? – zapytał Paweł albo mój ojciec, unosząc flet do ust.
– Gotowy – powiedział Paweł albo mój ojciec.
Nasi ojcowie byli klonami. Odróżniałam ich po tym, że Paweł miał złamany nos i pieprzyk nad górną wargą, a mój, tak jak ja, nie wymawiał „r”.
– Raz, dwa, trzy – powiedział jeden z nich, a potem obaj wzięli głęboki wdech i zaczęli grać.

Pierwsze takty do dziś potrafię na zawołanie odtworzyć w pamięci. Ojciec musiał lubić ten utwór, bo często grał go też sam, w domu, albo nucił pod nosem. Tylko że „pam pam pam, para ram pam pam” nic wam nie powie. Wydaje mi się, że wzięli to z pierwszej części V koncertu brandenburskiego, ale mogę się mylić.
„To taki żart muzyczny”, mawiał ojciec. „Partia klawesynu na dwóch fletach, Paweł gra prawą rękę, a ja lewą”. Albo na odwrót, co do tego też nie mam pewności.

Oni grali, a ja tańczyłam, z mamą. Chciałam pomóc. Tańczyłyśmy pięknie. Trzymałyśmy się za ręce i kręciłyśmy się, w koło i w koło, jej kolorowa spódnica i moja jasnobłękitna sukienka wirowały jak karuzele. Mama pachniała czymś dusznym i słodkim, jak to pudełko z ozdobami, do którego czasem pozwalała mi zaglądać – to, w którym trzymała moją szpitalną bransoletkę i poczerniały skamieniały pępek – podskakiwały jej kolczyki z piórek, lśniły szklane koraliki.
Potem niebo nagle pociemniało i zawiał chłodny wiatr. Mama była taka piękna, taka wesoła. Bałam się, że coś jej się stanie. Pierwsze krople deszczu poznaczyły moją sukienkę ciemniejszymi plamkami, jak wtedy.

Tańczyłam w ogrodzie z parasolką. Kręciłam się w koło i w koło, powietrze pachniało mokrymi liśćmi. Deszcz przybierał na sile, coraz bardziej wiało. Zrobiło się ciemno jak w nocy albo prawie. A później rozległ się huk, tak potworny, jakby tuż nade mną pękło niebo, i w tym samym ułamku sekundy zobaczyłam przed sobą, na wyciągnięcie ręki, szeroką skwierczącą wstęgę oślepiająco białego światła.

Na rynku zapachniało mokrymi płytami chodnikowymi, brzęknęły kolejne wrzucane do kapelusza monety, mama uśmiechnęła się do mnie wesoło.
– Oszukujesz – powiedziałam.
– Nikt się nie dowie.

_
Autorką zdjęcia jest Agnieszka Kamińska.

przedtem »