jf zmyśla


dla Telemacha*

Wujek miał wąsy i skarpetki w romby. Kiedyś uczył w podstawówce, ale zrezygnował, bo bał się uczniów. Cofał się pod naporem ich wrogich spojrzeń aż pod tablicę i stał, z całej siły wbijając się w nią plecami. Spuszczał wzrok, mówił szybko, cicho i niewyraźnie. Po południu jego wełniana kamizelka była cała w kredowym pyle.
Później otworzył mały warsztat i zajął się dorabianiem kluczy. Jego dłonie zawsze były nienaturalnie czyste – białe jak dwa kawałki surowego ciasta, ani ciepłe, ani zimne, bez zapachu.

Wolny czas spędzał na placu zabaw. Dyskretnie przyglądał się dzieciom. Fascynowały go. Pozbawione poczucia odpowiedzialności, ale obdarzone wyobraźnią tak potężną, że zdolną stworzyć świat. Okrutne, beztroskie i straszne.
Nigdy ich nie zaczepiał, nie odważyłby się. Między nim a dziećmi była przepaść, zdawał sobie z tego sprawę, nie próbował, nawet w marzeniach. Po prostu patrzył i tęsknił.

W piątek został trochę dłużej. Ściemniało się, dzieci wracały do domów. Jeden z chłopców przeszedł tuż obok wujka i otarł się prowokacyjnie o jego kolano. Wujek znieruchomiał. Chłopczyk spojrzał mu w oczy i z całej siły kopnął go w kostkę.
– Pedofil!

Wujek został sam na pustym placu zabaw. Usiadł na karuzeli. Spod nogawek przykrótkich spodni wyłoniły się skarpetki w romby i kilka centymetrów białej, pokrytej rzadkimi włosami skóry. Wujek odepchnął się od ziemi, karuzela jęknęła.
Zamknął oczy. Na jego kolanach siedziała pięcioletnia księżniczka Tacjanna.
Karuzela się kręciła. Księżniczka się śmiała. A wujek ją łaskotał, łaskotał, łaskotał…

* Ze względu na prośbę wyrażoną tu.

– Nie leć, synu, za blisko słońca, by nie stajał wosk od jego żaru – powiedział Dedal, przypinając Ikarowi skrzydła. – I nie leć za blisko morza, by pióra nie nasiąknęły wodą*.
– Ojcze – Ikar się zaśmiał, bo pióra łaskotały go w szyję – jesteś znakomitym rzeźbiarzem i jeszcze lepszym projektantem labiryntów, jesteś pomysłowym wynalazcą i wspaniałym konstruktorem sztucznych krów – (przy krowach Dedal trochę się skrzywił) – ale przyrodnik z ciebie żaden.
– O, doprawdy? – zdziwił się Dedal drwiąco, ale pobłażliwie, bo lubił swojego syna.
– Czyżbyś nie wiedział, że im bliżej słońca, tym zimniej? – zapytał Ikar i nie czekając na odpowiedź, odbił się od ziemi, by po chwili zniknąć w przestworzach.

Na wysokości 1700 metrów jego serce zaczęło walić jak oszalałe. Na wysokości 1800 metrów zrobiło mu się niedobrze. Na wysokości 2000 metrów zaczęło kręcić mu się w głowie. Na wysokości 2300 metrów zemdlał i runął do morza.

* Za Wandą Markowską.

[Ilustracja pochodzi stąd.]

Pod koniec kwietnia Lola Amatorka zorientowała się, że jest w ciąży. Nie była pewna, czy ojcem dziecka jest Ponury Monter, Ksiądz po Kolędzie, czy Operator Fotoplastikonu, ale było to w zasadzie nieistotne. Ponury Monter miał ładne dłonie, Ksiądz po Kolędzie miły głos, a Operator Fotoplastikonu czarne oczy, ale żaden z nich nie nadawał się na ojca i z żadnym Lola nie chciała się wiązać.

Kiedy zobaczyła na teście dwie kreski, była trochę zaskoczona, ale naprawdę się ucieszyła. Zawsze lubiła dzieci i zawsze chciała jakieś mieć. Swoją ciążę potraktowała poważnie i odpowiedzialnie; rzuciła palenie, zaczęła się zdrowo odżywiać i chodzić do lekarza. Była szczęśliwa i coraz ładniejsza, więc Ponury Monter, Ksiądz po Kolędzie i Operator Fotoplastikonu kochali ją jeszcze mocniej i czulej niż przedtem.

Mała kropka na pierwszym USG była strasznie ciemna. Czarniejsza niż oczy Operatora i sutanna Księdza i bardziej ponura niż Monter. Lola starała się o tym nie myśleć, ale im mocniej się starała, tym silniejszy ogarniał ją niepokój, choć lekarze zapewniali, że „płód jest prawidłowy”. W końcu zdecydowała się na amniopunkcję.

– Naprawdę przykro mi to mówić – powiedział lekarz, i naprawdę było mu przykro, bo zdążył już pokochać Lolę Amatorkę – ale pani dziecko cierpi na nieuleczalną depresję. Nie chce żyć i nigdy nie będzie chciało. Podczas porodu zrobi wszystko, żeby umrzeć. Odwróci się tyłem, okręci sobie pępowinę wokół szyi albo wypchnie łożysko przed sobą. Może przy tym – tu trochę załamał mu się głos – niechcący panią zabić.
Lola Amatorka milczała.
– Jeżeli pani dziecko nie umrze przy porodzie – ciągnął lekarz – nigdy nie będzie szczęśliwe. Znam takie przypadki – odwrócił wzrok. – Znam ludzi, którzy nie chcą żyć, i nic im nie pomaga. Ani najlepsi lekarze, ani najnowsze leki, ani najwymyślniejsze terapie. Ani kochające rodziny, ani wspaniali przyjaciele, ani sukcesy, ani sława i pieniądze, ani alkohol i narkotyki. Nic.
Lola Amatorka patrzyła na swoje stopy. Lekarz patrzył w okno.
– Nieuleczalna depresja płodu może być uznana za wskazanie do przeprowadzenia aborcji – powiedział. – Jeżeli zdecyduje się pani na usunięcie ciąży, pomogę pani.

Paweł wychodził pierwszy. Zamykał furtkę i podnosił głowę. Piotr stał w oknie. Paweł uśmiechał się do niego i odchodził. Potem się popsuło.
Paweł wyszedł, zamknął furtkę, nie podniósł głowy. Na myśl o Piotrze stojącym niepotrzebnie w oknie zrobiło mu się bardzo smutno. Piotr nie wstał od komputera. Wpatrywał się w monitor i myślał o Pawle patrzącym w puste okno. Było mu bardzo smutno.

Pewnego razu dzik wyszedł na łąkę i zobaczył cielaka. Cielak miał trochę zbyt kędzierzawe futerko, ale poza tym był bardzo ładny, więc dzik podszedł do niego.
– Dasz się zaprosić na spacer po lesie? – zapytał.
Cielak spojrzał na niego wielkimi oczami, w których dzik pięknie się odbijał.
– W lesie są dusiołki – powiedział.
– Nie ma! – odparł dzik. – Nie ma żadnych dusiołków. Są za to pyszne żołędzie.
– Nie lubię żołędzi – cielak liznął zasmucony pysk dzika. – Ale lubię sól.
Dzik był słony od potu, bo cały dzień biegał po lesie.
Cielak lizał dzika swoim wielkim szorstkim jęzorem przez dwie godziny. Lizał go mocno, czule i dokładnie, po całym ciele – było to dość niezwykłe i bardzo przyjemne.
– Muszę już iść – powiedział w końcu dzik. – Odprowadzisz mnie kawałek?
– Nie mogę – odpowiedział cielak. I dodał z prostotą: – Nie zauważyłeś łańcucha?
Po powrocie do lasu dzik długo myślał o cielaku i długo czuł na sobie ślady jego liźnięć.
Było mu trochę smutno – no bo co zrobić z takim cielakiem?

Była już noc, padał śnieg. W ciszy wypełniającej dom czegoś brakowało. Spojrzałem na zegarek. Stanął. Zawsze nakręcałem go o czwartej po południu, kiedy filozof przechodził pod moimi oknami. Dziś nie przechodził. Następnego dnia dowiedziałem się, że nie żyje.

Znalazłem niedawno lusterko, z tych małych, okrągłych, które z jednej strony są normalne, a z drugiej powiększające. Leżało w lewej szufladzie kredensu, razem z młotkiem, kilkoma pokrzywionymi śrubokrętami, kawałkiem sznurka i pokrywkami od słoików. Pewnie po Marcie zostało. Albo po którejś z córek.
Z normalnej strony wyglądałem normalnie. Z powiększającej dużo starzej. Nie wiedziałem, że mam tyle zmarszczek. Nie żeby mnie to bardzo zmartwiło. Nie czuję się stary. Zresztą i tak nie wyglądam na swoje lata. Nigdy nie wyglądałem, to rodzinne. Po prostu się zdziwiłem.

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do młodych ludzi. Patrzę, przyglądam się. W tramwajach, autobusach, na ulicy, w metrze. Dyskretnie, rzecz jasna. Podchodzę blisko, ale nie za blisko. W pracy czasem proszę o pomoc koleżankę z pokoju obok – że niby czegoś nie umiem na komputerze. Umiem doskonale. Koleżanka jest śliczna, kiedy tak z przejęciem tłumaczy. Nie, nic od nich nie chcę. Koleżanka mogłaby być moją córką. To nie to. Chcę tylko patrzeć. Być blisko. Chłonąć.

Młodzi ludzie mają tę ogromną przewagę nad resztą świata, że są młodzi. Zazwyczaj jest to ich jedyna przewaga. Ale za to miażdżąca.
I wszyscy są piękni – ponieważ są młodzi. Większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Bywają śmiesznie smutni. Przeżywają takie same i od pokoleń te same problemy, które mają czynić ich wyjątkowymi. Zwykle są naiwni i niezbyt mądrzy. Ale to tylko dodaje im uroku.
Nie, naprawdę nic od nich nie chcę. Po prostu lubię czasem usiąść obok, w autobusie na przykład, i dać się zmiażdżyć.

Parę tygodni temu coś dziwnego stało się z moim językiem. Złapał mnie skurcz. Bolało jak jasna cholera. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem usta, spojrzałem w lustro. Mój język zwinął się w trąbkę i za nic nie chciał się rozprostować. Następnego dnia odwiedziłem doktora R. Dał mi jakiś zastrzyk, który nie pomógł, przepisał leki przeciwbólowe i rozkurczowe, kazał smarować metadozyną i przyjść na kontrolę za tydzień. Po paru dniach ból ustąpił, ale język wciąż pozostawał zwinięty. Nie było to zbyt wygodne. Trąbka bardzo przeszkadzała w mówieniu, utrudniała połykanie, musiałem ją płukać po każdym posiłku, bo zbierały się w niej resztki jedzenia.

Nadszedł dzień wizyty kontrolnej. Wsiadłem do autobusu. Rozejrzałem się. Przy drugich drzwiach, pod oknem, siedział młody chłopak. Był piękny.
Zwykle nie siadam tak blisko, ale tym razem czułem, że muszę, muszę jak najbliżej. Że każda odległość będzie za duża.
Spuściłem wzrok. Uspokoiłem oddech. Zganiłem się w myślach.
– Można? – zapytałem, sepleniąc.
– Tak, proszę. – Miał rozkoszną chrypkę.

Usiadłem. I wtedy moja trąbka drgnęła. Drgnęła i zaczęła pęcznieć. Naprężyła się. Usłyszałem szum swojej krwi i łomot serca. Delikatnie rozchyliłem wargi. Wysunąłem koniuszek nabrzmiałego języka. Troszkę, tylko troszeczkę. Jeszcze trochę… I gwałtownie wciągnąłem powietrze. Przeszedł mnie dreszcz, zacisnąłem pięści, głowa poleciała do tyłu, mimowolnie jęknąłem.

Chłopak zadrżał. Znieruchomiał. Westchnął, jakby coś z niego wypuszczono, jakby coś z niego zeszło, jakby mu ulżyło. Spojrzał na mnie niepewnie. Miał niesamowicie jasne oczy. Jak ten najmniejszy chłopiec z serialu Stawiam na Tolka Banana (ale o czym ja, przecież nie możecie tego pamiętać). I w tych jego jasnych oczach było zdziwienie i, ja wiem, coś jak prośba i pytanie, coś jak wymieszana z wdzięcznością skarga. Miałem ochotę paść mu do stóp, uściskać, błagać o wybaczenie, podziękować, wyznać miłość. Zamiast tego uśmiechnąłem się tylko słabo. Blado. Nieprzekonująco.

Wysiadłem na następnym przystanku. Zapaliłem papierosa. Trochę drżały mi ręce. Spojrzałem w niebo. Poczułem się znowu młody. Poczułem się, jakbym już zawsze miał być młody.

Doktor R. zajrzał mi do ust i parę razy szturchnął moją trąbkę zimną metalową szpatułką.
– Hm, tak – pomrukiwał – tu się zrosło, tutaj zgrubienie, zanik naczyń, przerost tkanki… Wszystko się zgadza… – Usiadł przy biurku. – No cóż. To nic takiego, dość częsta w tym wieku choroba. Pański język zamienił się w ssawkę do forewerjangu. – Nie słuchałem go. Wsłuchiwałem się w siebie. Rozpierała mnie energia. Krew buzowała. Serce podskakiwało, radośnie i trochę głupio. – To się łatwo leczy. Jeśli pan chce – spojrzał na mnie z powątpiewaniem –  jedna prosta operacja załatwi sprawę.

« wte