Na początku liceum jeszcze chodziłam na religię. Lekcje prowadzili księża. W pierwszej klasie mieliśmy z takim grubawym, który łatwo się wkurzał. Jak się wkurzył, to się robił czerwony, krzyczał, i rzucał w nas kredą albo kluczami. Po wakacjach był już inny ksiądz. Młody i bardzo nieśmiały. Chudy, blady, z podkrążonymi oczami. Drżały mu ręce, mówił cicho i strasznie przynudzał.
Któregoś razu, z tych nudów, zaczęłam liczyć guziki w jego sutannie.
Ksiądz siedzi na ławce. Raz, dwa, trzy, cztery… Liczę w myśli. Gdzieś tak w okolicach dwunastego zacinam się. Sutanna jest w tym miejscu sfałdowana, niektóre guziki chyba porozpinane, za cholerę nie mogę się doliczyć. Dwanaście, trzynaście, czternaście – nie. Wracam, dwanaście, trzynaście… Wpatruję się intensywnie, ale nie widzę. Jest tam guzik, czy go nie ma? Zmęczona podnoszę wzrok. I widzę spłoszone spojrzenie księdza, na którego ziemiste policzki wypłynął ciemny rumieniec.
Niedługo potem przestałam chodzić na religię.