Matura, egzamin ustny z biologii. W komisji dwie starsze panie i jeden starszy pan. Z pytaniem o budowę łodygi radzę sobie doskonale. Z drugim, już nie pamiętam o co, także. Trzecie było pytanie o ludzki narząd wzroku.
Opisuję szczegółowo budowę oka, ale panie mi przerywają.
– Nie, nie. Nie o to chodzi. Pomyśl, po czym poznajesz mamusię?
Opowiadam więc o tym, jak odbite od mamusi światło wpada do oka i jak zostaje przetworzone na impuls nerwowy. Opowiadam o neuronach, ich budowie i działaniu. Ale panie znowu mi przerywają.
– Nie, nie – kręcą głowami. – Po czym poznajesz mamusię?
Poznajesz, poznajesz… Ach, no tak, pewnie chodzi im o to, że aby coś rozpoznać, nie wystarczy bodziec, w tym przypadku wzrokowy, trzeba jeszcze zapamiętanego obrazu i potwierdzającej zgodność konfrontacji obrazu postrzeżonego z zapamiętanym. Ale czy mam mówić o fizjologii pamięci i rozpoznawania? To przecież sprawy nie za dobrze zbadane, a w liceum, nawet na biolchemie, prawie się o tym nie wspomina… Mimo to zaczynam. Ale panie znowu mi przerywają.
– Nie, nie – kręcą głowami, grożą palcem. – Mamusię poznajesz po kształcie i kolorze.