Przezroczysta skóra pęcherza napina się pod moim palcem. Coraz gładsza, coraz bardziej śliska i błyszcząca. Czuję wzbierające wewnątrz ciśnienie, nienaturalną twardość powierzchni, wzruszający opór naprężonej do granic możliwości cienkiej błony. I jest w tym oporze jakaś kokieteria, jakieś zniszcz mnie, sponiewieraj, zgnieć…
Przeciągam to. Zwiększam nacisk z okrutną powolnością. Nie umiałabym się już wycofać, nawet gdyby ktoś mnie w tym momencie przyłapał. Sprawy zaszły za daleko, zbyt dużą mi to sprawia przyjemność.
Żałuję tylko, że to nie może trwać wiecznie, że za ułamek sekundy stanie się nieuniknione – pęcherz się podda i pęknie z bezradnym, cichutkim „pyk!”.

Robię to z każdym kawałkiem folii bąbelkowej, który wpadnie mi w ręce.