[Będzie w kawałkach, bo mi coś dużo wychodzi.]

Trzy tygodnie temu, niedziela rano, bus do Zagórza.
Próbuję zasnąć, nie mogę, bo Radio ZET. Kochanie, wiem, w co grasz, ta pokerowa twarz… Przypomina mi się Telehon i jak na zamówienie – w kolejnym busie, bo jazda z przesiadką – RMF, tak, RMF ef em. Zła muzyka zawsze była dla mnie istotnym elementem dłuższych podróży autobusami, ale teraz ta zła muzyka wydaje mi się gorsza niż kiedyś. Własnego odtwarzacza nie mam, bo bagaż; trochę bez sensu, i tak wyszło z dziesięć kilo, ale, no nie mam. Kierowca pali, dym wlatuje do środka. Prowadzi ostro, górki dołki serpentyny, robi mi się niedobrze. A potem jeszcze lepiej, bo kierowca włącza płytę. Piosenki biesiadne. Discopolo najczystsze, szczere jak złoto. Notuję, starając się uchwycić intonację. Jak mnie nie pokochasz, to wiedz że, miłość ma cygańska znajdzie cię. Bo kiedy przyjdzie noc, włożę najczarniejszy płaszcz, i zamienię się, w czarnego lwa.

O trzeciej na miejscu. Restauracja, kawa, placek, na zimną płytę jakoś nie mam ochoty. Wychodzę, z telefonem w ręku. Mija mnie dwóch starych zagórzan i jeden mówi do drugiego:
– Co mi tam kotlet… Ta pani ze światem ma kontakt.

Dworzec zamknięty na głucho. Remont torów, do środy, czy jakoś. Taktak, kiedyś jeździł pociąg do Medzilaborców, proszę pani, nawet w zeszłym roku, ale teraz nie. Autobusy? Jakieś były, kiedyś, ale teraz też nie ma chyba. No nie ma. No to Nowy Łupków, na piechotę przejdę, jutro, trudno.
Przed dworzec zajeżdżają samochodem miejscowe chłopaki. Okna pootwierane, łokcie wystawione, muzyka. Krzyczą „Obora to my!” i odjeżdżają z piskiem opon.

45 minut za Nowym Łupkowem świat się kończy, jest drogowskaz, można na koniec świata, można do baru, można do karczmy. Jest też tablica, że noclegi. Z numerem telefonu, więc dzwonię, zapowiadam się na za dwie godziny i idę do karczmy. (W której, jak się później okazuje, nie wolno sikać na stojąco).
Potem po ciemku drogą przez łąki. Pachnie słodko i nieprzyzwoicie, gwiazdy cykają. W połowie drogi samochód, pani Krysia wysłała po mnie jednego ze swoich gości. Grzegorz, z Łodzi, z kolegą tutaj z wykrywaczem metalu chodzą, jutro wracają, krótki wypad taki, czterodniowy.

*

Rano pani Krysia robi mi bardzo żółtą jajecznicę i pokazuje na mapie, jak się dostać do Medzilaborców. Komórką fotografuję kluczowy fragment. Własnej mapy tych okolic nie mam, zbierałam się w pośpiechu, prawie nic nie zaplanowałam, tyle że Medzilaborce i że tam jakieś mapy siękupi i sięzobaczy. Przed urlopem dużo się działo, tak wyszło, i teraz lekcje chaosu. Co mnie zresztą cieszy, bo przygoda.

Najpierw jest łatwo, idę torami, zrywam sobie jakieś pomarańczowe niezapominajki, obserwuję płochliwe zwierzątka i tak dalej. Ale potem tunel, a ze zdjęcia w komórce wiem, że długi. Pociągi niby nie jeżdżą, ale gdyby? Tunel wąski. Więc górą, przez chaszcze. Po piętnastu minutach dopada mnie obezwładniające zmęczenie i przez chwilę serio się obawiam, że będę musiała odwołać wakacje. Potem mija. W chaszczach spędzam sporo czasu, bo krążę i mam interesujące przemyślenia dotyczące procesów decyzyjnych.
Później, już po słowackiej stronie, torami. Gorąco, pić mi się chce, nie mam wody (a bo sklepu w Łupkowie nie było; mówiłam, lekcje chaosu), studnia po drodze wyschnięta. Wreszcie docieram do Paloty, w pierwszym gospodarstwie proszę o wodę, dostaję całą butelkę.

Z Medzilaborców postanawiam jechać od razu do Humennego. Naprzeciwko dworca ogromny sklep z kryształowymi żyrandolami, niektóre gigantyczne. Zagapiam się, ekscytuję, ale zdjęć nie robię, bo mi jednak trochę głupio. Dworcowy bar, kawa w szklance, rozmowa z miejscowymi. A skąd, a dokąd, a czy nie boi się pani tak sama, trenuje pani (tu kilka ciosów w powietrze) karate?
Pytanie o to, czy nie boję się tak sama, będę słyszała od prawie każdego spotkanego Słowaka. Stanie się to jednym z istotnych powodów, dla których końcówkę urlopu postanowię spędzić w Polsce, gdzie od paru lat już nie pytają, a przynajmniej nie tak często. (Dwa lata temu w Gorcach spotkałam nawet inną samotnie podróżującą dziewczynę. Z psem wprawdzie, ale za to zimą).

W Humennem znajduję internat z wielkim okrągłym lustrem, w którym się następnego dnia rano fotografuję, ponieważ dużo się nad sobą zastanawiam.

*

Szukam map najbliższej okolicy, bo podobno ciekawe góry, wulkaniczne. Ale gdzie tam. Nie ma. No to zmiana planów. Prešov. Odbijam sobie dotychczasowe niepowodzenia i kupuję prawie kilogram map (tak, kurczę! przed chwilą zważyłam). Następnie nie znajduję noclegu, nabywam karimatę w Tesco i około dziewiątej wieczorem wysiadam z pociągu w Sabinovie.

Mapy okażą się niezłe – z jednym dość poważnym zastrzeżeniem: hotele, schroniska i pensjonaty zaznaczono na nich czterema rodzajami piktogramów, które jednak nie są przypisywane obiektom zależnie od standardu czy ceny noclegu, ale według jakichś innych kryteriów, które do końca pozostały dla mnie nieprzeniknione. Ponadto, jak się wkrótce miałam przekonać, część tych placówek jest zamknięta na głucho.

W Sabinovie czerwony domek z mapy okazuje się hotelem za 50 euro. Uznaję to za lekką przesadę. Ochroniarz mówi, że coś tańszego jest podobno 7 kilometrów dalej, ale mnie się nie chce tyle, o tej porze i nie na pewno. Idę przez Sabinov, zastanawiam się, rozglądam. Dworzec? Dworce to nie są dobre miejsca. Patrzę – cmentarz. Ogrodzony murem, ale bramy pootwierane, drzewami ładnie obsadzony, w dalszych alejkach cień głęboki, wspaniale. Noc ciepła, jakby tak jakąś ławeczkę albo, jeszcze lepiej, dostać się do takiego grobu-kapliczki…
Jedyna kapliczka niestety porządnie zamknięta. Idę dalej, wspinam się na wzgórze. To nowsza część, świeże groby, jeszcze sporo wolnego miejsca, a na samym szczycie – dom pogrzebowy, z bardzo fajnym daszkiem. Świecę sobie latarką, dowiaduję się, ile kosztuje pogrzeb dorosły, a ile dziecięcy, obchodzę budynek dookoła. Na parkingu zauważam samochód, słyszę głosy, męski i kobiecy, wycofuję się. Rozkładam karimatę z Tesco we wnęce przy bocznych drzwiach. Samochód wkrótce odjeżdża.

[zdjęcia]